1maud 1maud
371
BLOG

Miasta i ludzie. Geneza konfliktu Luo-Kikuyu. Kenia 3

1maud 1maud Polityka Obserwuj notkę 15

       Nairobi - stolica Kenii, położone w centrum kraju na wysokości 1700 m n.p.m. u podnóża góry Aberdare i źródeł rzeki Athi. Jedno z największych miast Afryki równikowej. Lądujemy na międzynarodowym lotnisku Jomo Kenyatta Airport.        

     J.Kenyatta pochodził z plemienia Kikuyu i był pierwszym prezydentem niepodległej Kenii.       

     Nairobi zostało założone w 1899 r. podczas budowy linii kolejowej z Ugandy do Mombasy. Na terenach należących do Masajów.Prezydent Kenyatta rozdał jednak ziemie leżące w tym terenie członkom swojego plemienia Kikuyu.       

    Mimo iż Kikuyu , po powstaniu Mau Mau , zostali usunięci z terenów Nairobi, to po odzyskaniu niepodległości ,powrócili do centrum miasta obejmując najważniejsze urzędy . Plemię Luo, które podejrzewane było o kolaborację z władzami brytyjskimi , a na pewno nie uczestniczyło czynnie w ruchach wolnościowych, zajęło głównie slumsy.    Konfliktowi plemion, który wywodzi się  z okresu odzyskania niepodległości, poświęcę odrębny odcinek.     

      Przyjeżdżającego do Nairobi turystę witają uśmiechnięci tubylcy, i bez względu na barwę skóry (Luo mają wyraźnie ciemniejsza karnację od Kikuyu) witają  radosnym  Jumbo bwana. http://www.youtube.com/watch?v=_VWBND1ggF8 ( wklejam specjalnie w tym, momencie, aby dla uzyskania odpowiedniego nastroju czytelnika, poprowadzić go dalej  drogą moich wspomnień).Jumbo i hakuna matata w jez. Suahili znaczą tyle co „hello sir” i „ nie ma problemu” Oba wyrażenia stanowią na co dzień podstawową formę kontaktu z turystami. Także między tubylcami.

    Pozdrowienie „jumbo” to także obowiązkowy zwrot do każdego napotkanego człowieka, który zatrzyma na nas wzrok.

           Nairobi to miasto kontrastów. Bardzo nowoczesne centrum, wieżowce, dzielnice pięknych rezydencji  postkolonialnych, które koegzystują z typowymi dla reszty kraju, niezbyt eleganckimi domami.       

      Można znaleźć restauracje z wszystkimi potrawami świata, a najtrudniej o kuchnię typowo kenijską. Jednak znajdujemy restaurację, w której serwowane jest , oprócz standardowego drobiu i wołowiny , mięso dzikich zwierząt. Prawdopodobnie z obawy, że konsumenci mogliby wyjść głodni – najpierw serwują nam obowiązkowo przystawki, skrzydełka pieczone z kurczaka, ryby a dopiero potem , kelnerzy wnoszą na rusztach kolejne porcje mięsa : krokodyla, dzikiego bawołu, antylopy .    Mięso z krokodyla przypomina mięso słodkiego kurczaka, bawół –twarda wołowinę, a antylopa po prostu przypomina sarninę. Mięsa strusia i guźca nie próbowałam. Deser to samo marzenie –oprócz wspaniałych ciast pełna gama tropikalnych owoców.    

     Temperatura w stolicy przyzwoita , w końcu jesteśmy na wysokości 1700 m.n.p.m. Przejeżdżamy obok imponującej siedziby ONZ. Nairobi jest bowiem jest jedną z czterech głównych siedzib ONZ w świecie (pozostałe to Nowy Jork, Genewa i Wiedeń), jedyną w kraju rozwijającym się. Gości Sekretariaty Programów Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP) i ds. Osiedli Ludzkich (UN-Habitat). W mieście jest Wielki Park Wolności .Tuż za nim, mieści się inny park narodowy , w którym można oglądać także dzikie zwierzęta. (doskonale jest to pokazane na filmie , który jest w załączonym nagraniu youtube).

  Ten park można oglądać swobodnie z wieżowców Nairobi. Oprócz sporych sklepów, królują –tak jak w całej Afryce , niewielkie sklepy, w których można zauważyć pewną prawidłowość.       

       Wszystkie sklepy z biżuterią i pamiątkami prowadzone są przez Hindusów. Sklepy z odzieżą – przez Chińczyków. Elektronika – Arabowie, Hindusi. W trakcie zakupów obowiązuje wszędzie ta sama zasada – ceny są umowne. Zakup bez targów jest uznawany za afront dla przyzwoitego sprzedawcy.     

     Przewodnik pokazuje nam Kluby. Ostrzega jednak , że są one pełne prostytutek . Wokoło wiszą liczne bilboardy z czerwoną wstążeczką , które ostrzegają przed Aids (codziennie umiera na nią w Kenii kilkaset osób).   

     Pogodne jumbo i „hakuna matata” można usłyszeć także od przechodzących gromadnie  mężczyzn, których nieprzytomny wzrok wskazuje, że są pod działaniem halucynogennych liści miraa. Są mieszkańcami biedniejszych dzielnic i slumsów. Bo w centrum to nasze turystyczne ubiory stanowią wyjątek. Pracujący kenijczycy ubrani są w standardowe garnitury czyli typowe „kołnierzyki”     

    Przed nami kolejna atrakcja. Powrót do Mombasy koleją,. W wagonach identycznych jak te , którymi jeździła  baronowa Blixen, autorka Pożegnania z Afryką. W Nairobi można odwiedzić  muzeum pamiątek po niej, także eksponatów, które były używane do scenografii filmu. Niestety nie mieliśmy czasu, aby pojechać do jej  posiadłości przy plantacji kawy , położonej  około 30 km od Nairobi.    Dojeżdżamy do dworca. Jest . Na peronie stoi pociąg przeniesiony jakby żywcem z zeszłej epoki. Potężna lokomotywa króluje na początku oraz ...dwie na końcu składu.  W drodze do  stolicy, gdy pociąg musi się „wspinać „ stanowią wzmocnienie  pociągowe.   

    Szukamy swoich miejsc, Okazuje się ,ze nazwiska są na szybach w odpowiednich przedziałach. Mamy przedziały w dwóch wagonach, w końcu jest nas 11-ścioro.1/   W przedziale spora  toaleta z umywalką, szafa na rzeczy, półki . Podczas kolacji, na którą zostaliśmy zaproszeni specjalnym gongiem , steward przygotował nasze łóżka do nocnego wypoczynku.    Przed nami 487 km do pokonania w czasie 20 blisko godzin. Przeciętna prędkość około 25 km /h   Urok tej jazdy można było docenić świtem.

    Jechaliśmy przez Tsavo. Z pociągu obserwowaliśmy zwierzęta i przyrodę. W pewnym momencie pociąg zahamował. Przez tory przechodziły spokojnie słonie.   Widzieliśmy także wioski murzyńskie, czyli skupiska po kilka lepianek z małymi, przydomowymi poletkami.  Pomyślałam o slumsach Nairobi. Tam zdobyć żywność trzeba zdobywając jakąś pracę. A tej dla biedaków w wystarczającym stopniu nie ma. Monotonię sawanny , porośniętej gdzie nie gdzie akacjami, urozmaicały baobaby.  

   Dworzec w Mombasie. Już tylko przejazd przez charakterystyczną bramę , która tworzą skrzyżowane wielkie „kły słoniowe” i za chwilę będziemy na promie. Potem tylko 40 km i Green Oasis.    Busikiem podjeżdżamy pod Port Jesus. To najstarsza część Mombasy .Miasta brzydkiego, skleconego z różnej jakości domów i pełnego małych kanciap, w których naprawiane są różne starocie .Mieszczą się tam także małe sklepiki z cyklu 1001 drobiazgów.  

   Stara twierdza ,zbudowana przez Portugalczyków. Tu zawitał Al. Idrisi w XII w i nazwał  Manfasą. Pierwszym Europejczykiem był Vasco da Gama i to on był twórcą twierdzy.  W Mombasie widać sporo minaretów . Zakweofowane kobiety na ulicach spokojnie rozmawiają z nowocześnie ubranymi koleżankami.

  Docieramy do ośrodka. Po kilku dniach w podróży kąpiel w basenie to rozkosz.  Następnego dnia czekała nas wyprawa arabską łodzią  na muzułmańskie  wysepki oraz Wasini Island.    .

    Płyniemy z wioski  i portu rybackiego Shimoni. Do  rzeźbionej , pełnej ornamentów łodzi , musimy przejść po płytkiej wodzie. Jest pora odpływu. Między nami przebiegają kraby. Woda jest bardzo ciepła. Po kilkunastu minutach dopływamy do największej z okolicznych wysepek o nazwie  Funzi.

   Architektura na wyspie żywcem przeniesiona z arabskich miast. Kamienne domy ,wszystkie mają drzwi wejściowe.  Na uliczkach pustki. Jakby wymarła miejscowość. Joseck , nasz stały przewodnik po okolicy, wyjaśnia nam ,że mężczyźni są w morzu , a kobiety i dzieci na widok obcych zamykają się w domach.   Tutaj rzeczywiście przestrzega się najsurowszych reguł Koranu.  Spacerowaliśmy przez dobre pół godziny i nie zobaczyliśmy nikogo, poza starcem, który na rytualnym dywaniku bił pokłony w kierunku Mekki.  

   Kolejnym portem w naszej podróży jest Wasini . Wychodzimy z łodzi do oceanu i  docieramy do piaszczystego brzegu wysepki(obejście jej zajmuje 15 minut) . Od zachodniego brzegu ,piaszczystą ścieżką podchodzimy do góry i wchodzimy do ...restauracji. Pod krytymi ,splecionych  z liści palmowych dachami , rozstawione są stoły , przy których stoją po obydwu stronach  szerokie ławy . Na ławach mnóstwo poduszek.      W centralnym miejscu ustawiony stół, na który co chwilę miejscowi kucharze donosili gorące ryby z rusztu, krewetki, kraby. Ostre sosy , surówki  i owoce.   Wokoło nie było nic – sądziliśmy ,że lunch będzie typu kanapka, przywieziona z lądu. A tutaj niespodzianka.  Joseck wyjaśnił, że właściciel łodzi rano przywiózł kucharzy i prowiant , a dopiero potem przypłynął po nas. Zarówno łódź jak i restauracja należały do niego.      

    Obżarstwo najczęściej kończy się sennością. Nie inaczej było z nami. Joseck zarządził sjestę. Rozłożyliśmy poduchy i zasnęliśmy.  Obudził nas po godzinie aromat kawy postawionej na naszym stole. Zaparzonej dla każdego w odrębnym naczyniu ....o cieście z owocami nie wspomnę. 

    Na Wasini wróciliśmy jeszcze raz.  Zmienił się właściciel łodzi ,wyprawa nabrała charakteru komercjalnego show ze zdjęciami w strojach arabskich ,serwowany lunch ograniczono do odgrzewania gotowych potraw, a o sjeście nie można było pomarzyć... Ewentualnie uskutecznić na plaży , przysypiając na piasku nad brzegiem.      

   Wasini ma jeszcze jedną zaletę. Można z niej podziwiać drzewa mangrowe z bliska, a także  żyjące tam warrany.  

Deep sea fishing games    

      Nasza pierwsza oceaniczna wyprawa na wielkiego merlina , to efekt  kontaktów Marty, Krzysia i Jacka z tubylcami z Msambweni. Otóż dzięki tym kontaktom , za kilkadziesiąt dolarów udało się załatwić łódź przeznaczoną do połowów na głębokim oceanie. Wypływaliśmy z wioski Shimoni, tak jak na Wasini.   

    Pogoda tego dnia była niewyraźna. Kiedy tuż po wschodzie słońca dotarliśmy na miejsce, zmoczył nas deszcz. Nasz lekki niepokój wzbudził także dość silny wiatr. Łódź była bardzo duża. Oczekujący nas kapitan (doświadczony rybak z Shimoni) uspokoił nas, że  tam , gdzie mamy popłynąć wiatr na pewno jest mniejszy.   

     Załogę  stanowił kapitan i pomocnik . Na pokładzie były dwie ławeczki  oraz dwa krzesła do połowów. Doposażeni w wędki zajęliśmy stanowiska. Rzeczywiście, kiedy wypłynęliśmy  z portu wiatr jakby zelżał. Mimo to fale były dość spore. Na hasło kapitana zarzuciliśmy wędki, ale w falującym ocenie nie było widać spławików. Kapitan zarządził przerwę w łowieniu i postanowił  od razu pójść po całości, czyli dopłynąć w rejon Pemba Channel , tam , gdzie wędkarze z całego świata  łowią wielkiego merlina.   Obserwowaliśmy ocean. Bujało dość solidnie. Mimo wcześniejszych przewidywań kapitana , wiatr nie chciał zelżeć. Ba wydawał się nawet ciut mocniejszy. Po około dwóch godzinach usłyszeliśmy hasło, że za  chwilę możemy zarzucać wędki. Posłusznie spławiki wylądowały w oceanie.  I nic.Kapitan zarządził lunch. Mimo iż było nadto wcześnie, nie protestowaliśmy. I bardzo rozsądnie jak się okazało. Bo był to ostatni moment , w którym można było jeść cokolwiek. 

    W przeciągu kilkunastu minut nadciągnęły chmury . Wiatr wzmógł się jeszcze i rozpętała się burza. To naprawdę nie były przelewki. Łódź praktycznie skakała na falach. Niektórzy pożegnali niedawno przywitany lunch. Kapitan powiedział, że wracamy i ,że „hakuna matata” ... Pomocnik solidnie przymocował linami krzesła do burty łodzi.   Ale trzeba było mieć szansę utrzymać się na krześle....Zdecydowanie lepiej było  na ławeczkach przy nadbudówce .  O przejściu w pozycji horyzontalnej nie było mowy...

    Kto pierwszy wpadł na pomysł , jak dotrzeć do ławeczek – nie pamiętam. Ale po chwili cała nasza szósta w jednakowej pozie , z pupą przytwierdzoną do pokładu , pełzała do życiodajnych ławeczek.   

    Kiedy po 3 godzinach dotarliśmy z powrotem do Shimoni, bez jednej rybki za to poobijani dokumentnie , wiatr ucichł, chmury znikły  i zaczęło – jak co dzień – prażyć słońce. Dotarliśmy do wiejskiego sklepiku i usiedliśmy wszyscy na schodkach prowadzących do wejścia.Łapanie równowagi zajęło nam z pół godziny co najmniej.

      Kolejne  wyprawy organizowaliśmy już profesjonalnym torem.         Kierując się z Shimoni  w stronę Tanzanii , dojeżdża się do Pemba Fishing Club. Nazwa tego klubu, prowadzonego od kilkudziesięciu lat przez angielska rodzinę , pochodzi od nazwy zatoki Pemba, który mieści się już po tanzańskiej stronie.  Z usług klubu korzystają wytrawni rybacy z całego świata , i tacy nowicjusze jak my. Profesjonalne łodzie , z pomieszczeniami na i pod pokładem. Siedziska do połowu z pasami , wędki z zapasem „muszek” odpowiednich do łowiska . Radiostacja . Potężne silniki. Trzyosobowa załoga.  Każde wypłyniecie w rejs poprzedzone sprawdzeniem warunków pogodowych w rejonie połowu.   Przed Klubem (posiadają tam także kilka pokoi dla starych bywalców, którzy przylatują tutaj tylko na tydzień w oceanie)  niewielki basen, mnóstwo zieleni i ........2 piękne, płowe boksery.

O mały figiel nie zostałabym na lądzie z nimi, ponieważ od ponad 20 lat w moim domu zawsze był minimum 1 bokser. A w tym czasie w domu czekały na mnie też dwa. Stęsknione kontaktu nie mniej ode mnie.

 

    Tym razem płynęliśmy z rodzicami Leszka, którzy oboje byli po 70-tce. Po śniadaniu w Klubie , wraz ze wschodem słońca , wypłynęliśmy na pierwszy skuteczny big game fishing. Mimo , iż nie złowiliśmy merlina , połów był znakomity. Panowie wyciągnęli po kilka dużych  dorad(największa ok. 6 kg), mnie udało się osobiście wyciągnąć jedną , ponad 2 ,5 kg. Umocowana w specjalnym pasie na brzuchu wędka umożliwiła mi wyciągnięcie jej na pokład.

     Ryby podzieliliśmy pomiędzy miejscowych Murzynów i naszych mieszkańców Msambweni. Jedną z nich przygotowano nam w Klubie na ruszcie.

     Kolejny połów to był prawdziwy desant. Trzy piękne łodzie motorowe i nas jedenaścioro. Jedna łódź musiała jednak zawrócić. Mimo pięknej pogody ,ocean był leciutko wzburzony, Dorotka miałą ewidentną chorobę morską i wróciła do Klubu, Lidka została jej do towarzystwa.  Łodź ze Staszkiem i Zbyszkiem dołączyłą do nas po chwili.

    Kapitanat ostrzegł nas, że w rejonie Pemba Channel może kołysać i sugerował, żeby osoby podatne na chorobę morską nie płynęły.    Reszta czuła się absolutnie silna. Do czasu.    Mimo iż rzeczywiście kołysało , wyniki połowu były znakomite. Kilka wspaniałych dorad , tuńczyki oraz dwie sail –fish . Jedna została z powrotem wpuszczona do oceanu(ok.70) , a drugą, około 60 –kg zabraliśmy do Green Oasis. W trakcie ponad godzinnej walki ,została ranna tak głęboko, że nie miała szans na powrót do oceanu.     Wyciągnięcie na pokład wielkiej ryby to walka . Wielką sail fish złowił Krzyś, ale bez pomocy sternika , który „podciągał” rybę zwalniając i przyspieszając     łodzią, zwycięstwo rybaka w tej walce nie byłoby możliwe.    

    Każdy rodzaj złowionej ryby , kapitan sygnalizował wywieszeniem na specjalnym maszcie , kolorowej chorągiewki. Mijając więc łódź można było dowiedzieć się , jakie trofea są na pokładzie, a także jaka ryba została złowiona i wypuszczona do morza. Większość złowionych dużych ryb, była z powrotem wpuszczana do oceanu.    

   Zbyszek walczył prawdopodobnie z merlinem  przez kilkadziesiąt minut. Wygrał merlin. Oczywiście wszyscy mieliśmy skojarzenia tego dnia z Hemingway’em.    Połowy były bardzo udane. Jednakże bojowe oświadczenia o odporności na morską chorobę okazały się  mocno na wyrost  dla większości . Michał odpuścił połowy już po pierwszej godzinie i w charakterze wampira tkwił do końca rejsu  przy relingu. Marta i Piotr zajęli miejsca po przeciwległych stronach burt ,niedużo później. W końcu zasilił ich grono Krzyś .      

    Na brzegu wszystko wróciło do normy. Ryby powędrowały tradycyjnie dla mieszkańców Msambweni . Sail fish w całości  trafił na ruszt  w kuchni  Green Oasis i został zaserwowany na kolację dla wszystkich mieszkańców ośrodka (około 90). Starczyło także dla całego personelu . 

             1/ W Afryce byliśmy trzy razy w  latach 1993/1995/ 1997   . Dlatego w niektórych, opisywanych przeze mnie miejscach , pojawią się różne osoby.Dla porządku wyjaśniam ;

 1993 – wyprawa z Markiem i Jackiem, oraz my z dziećmi                                           

1995 – ja z Lesiem i jego rodzicami                                                                       

1997- wyprawa 11 osobowa (przyjaciele: Zbyszek z synem Michałem,Lidka i Piotr z córkami Kasią i Dorotką, Piotr, przyjaciel Marty oraz my z dziećmi)                                

Niektóre wydarzenia będą w trzech  wersjach, tak jak  oceaniczne Safari , czyli deep sea fishing game, za to w różnych konfiguracjach  i różnymi skutkami. 

 Port lotniczy - Jomo Kenyatta International Airport. http://pl.wikipedia.org/wiki/Nairobihttp://www.panoramio.com/photo/631929 WASINI
http://www.panoramio.com/photo/3076095 - pemba
http://www.panoramio.com/photo/10161441 shimoni
http://www.panoramio.com/photo/5832977  restauracja
http://www.panoramio.com/photo/8646170 FUNZI

1maud
O mnie 1maud

Utwórz własną mapę podróży.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (15)

Inne tematy w dziale Polityka