Ngorongoro był wulkanem, dorównującym Kilimandżaro. Kiedy rozpadł się w efekcie wielkiej erupcji, zapadł się, i w miejscu krateru powstała wielka kaldera o szerokości 20 km i 300 km 2 powierzchni Brzegi krateru są na wysokości 2260 m.n.p.m.
Do krateru prowadzą dwie drogi zjazdowe. Obie bardzo kręte i o stromych spadach . Przewodnik informuje nas, ze będziemy jechali specjalnym samochodem terenowym, z napędem na cztery koła i licencjonowanym (specjalnie na okoliczność zjazdu na dno krateru)kierowcą.
Ngorongoro było pierwotnie włączone do obszaru Parku Narodowego Serengeti , ale wskutek protestu Masajów, wyłączono obszar samego krateru i okolic , tworząc park odrębny. Zmuszono mieszkających tu Masajów do wybudowania domostw na brzegi krateru , pozostawiając jednak możliwość wypasania bydła w zachodnim zakątku ,na jego dnie.
Zachód słońca nad Ngorongoro oglądaliśmy z tarasu widokowego, mniej więcej w połowie wysokości hotelu. Przez liczne lunety, można było „na wyciągniecie ręki „ obcować „ ze zwierzyną.
Obudziło nas słońce ,Okna w pokoju miały panoramiczne szyby, prawie do podłogi. Można było z łóżka patrzeć na budzącą się do życia w kraterze , faunę. To był naprawdę widok na raj. Zbiorniki wodne, drzewa, palmy. A wśród nich z wdziękiem chodzące długonogie żyrafy. Stada antylop impala, gnu,.
Na horyzoncie w oddali, widać było szeroką smugę różowości..... Wsiedliśmy do terenowego, specjalnie wzmocnionego, jeepa. Kierowca-przewodnik nakazał zapięcie wszystkich pasów. Kiedy podjeżdżaliśmy już do zjazdu, Leszek zwrócił uwagę na kamienną tablicę z wyrytymi nazwiskami.
Kiedy podjechaliśmy bliżej , przeczytałam: to obelisk upamiętniający tych, którzy zginęli w kraterze: „1. Michael Grzimek (Ngorongoro/Serengeti) zginął w katastrofie lotniczej 1959 2. Gadie Mathel (Ngorongoro) staranowany przez nosorożca 1971 3. Theophil Reginald (Ngorongoro) zginął w wypadku drogowym 1972 4. Jonathan Nnko (Ngorongoro) zginął w wypadku drogowym 1973 5. Ellias Lasheri (Ngorongoro) zastrzelony przez kłusownika 1978 6. Narwa Nyahur (Serengeti) zastrzelony przez kłusownika 1978”
Michael Grzimek, to syn Niemca z Nysy , Bernharda ,który był jednym z założycieli Parku. Mimo ,iż jest bardzo wielu strażników z bronią, nadal dochodzi do polowań na zwierzynę w kraterze, Najczęściej celem są czarne nosorożce, za których rogi handlarze płaca , niewyobrażalne dla biednych tanzanijczyków pieniądze. Przewodnik stwierdził, że obecni kłusownicy pochodzą z Somalii. Ilu z tych kłusowników zginęło ?
Zjeżdżamy bardzo ostro w dół. Rzeczywiście , czujemy się prawie jak w roller-coasterze. Szczęśliwie jesteśmy na dnie krateru. Tuz za nami zjeżdżąją nasi niemieccy towarzysze podróży. Musimy jednak chwilę na nich poczekać, bo samochody są wypuszczane z góry co kilka minut.
Rozpoczynamy penetrację kaldery. Zbiorniki wodne, przez cały rok dzięki wodzie spływające po ścianach krateru , są dostatecznie zasilone w wodę. Pełno w nich, żurawi koroniastych, czapli (złotawych i czarnogłowych) .Słone jezioro jest siedliskiem dla różowej :smugi”, którą widzieliśmy z okna hotelowego, to nieprzeliczone stado flamingów. Przejeżdżamy obok słoni , bawołów, żyraf. W wysokiej trawie obserwujemy lwy.
Wreszcie , tuż przed samochodem przechodzi samica nosorożca z młodym. Widzimy je doskonale. Niesamowite uczucie. Równocześnie czujemy lekki lęk, przewodnik nie wyłączył silnika samochodu, gotowy do ucieczki w razie, gdyby matka , zaniepokojona , chciała zaatakować samochód. W starciu z kilkuset kilogramowym nosorożcem samochód szans nie ma.
Nosorożec powoli przechodzi , nie zwracając uwagi na nasze dwa samochody. Mieliśmy szczęście. W ciągu dnia nosorożce kryją się w wysokich trawach . Wtedy bardzo trudno je zobaczyć. Są prawie ślepe, maja natomiast doskonały węch. Wyszły przed samochód , bo wiatr akurat wiał prosto w naszym kierunku. W przeciwieństwie do brzegów krateru, gdzie jest bardzo rześkie powietrze, w kalderze jest gorąco.
Spędzamy wiele godzin, podglądając dumnie kroczące sekretarze, dropie olbrzymie, baraszkujące guźce, koczkodany i pawiany. Zieleń i kwiaty. Eden, tak musi wyglądać Eden.
Podjazd na górę jest nieco mniej, ale nadal bardzo ekscytujący . Zwijamy nasze bagaże, wracamy do naszego samochodu i jedziemy dalej. Przed zmierzchem musimy dojechać do naszej lodge, w sercu Serengeti. Wjeżdżamy przez check point na teren równiny. Krajobraz zupełnie się zmienił. Płaski teren , z rzadkimi tylko kępami zieleni, z typową roślinnością sawanny. Jedziemy przez teren żyznej ziemi, która jest potomkiem lawy Ngorongoro.
Mijamy skały , które były pierwowzorem do scenografii króla Lwa. Wreszcie widzimy zabudowania lodge Saronera.(w jez, suahili: środek).To znak, ze jesteśmy w sercu Serengeti.Zanim podjechaliśmy do hotelu, mijamy lądowisko małych samolotów. A także parking dla balonów....
Lot balonem nad Serengeti , wczesnym świtem , a potem śniadanie na trawie sawanny , koniecznie z szampanem.. Saronera to logde zabudowany w kształcie czworokąta. W narożniku restauracja osadzona na skale, do której wiodą ułożone z kamieni schody. Na zboczach skały , wśród kęp zieleni wylegują, kiedy idziemy na posiłki, leniwe małpiatki.
Jedna ze ścian restauracji to po prostu skała, na której podrzeźbiono rysunki antylop, a w środku rośnie baobab. http://www.panoramio.com/photo/649495 - SARONERA W środku patio-dziedziniec , które po zmierzchu we władanie obejmują hieny, szakale, guźce i małpy.Te ostatnie praktycznie urzędują przez cały dzień w rejonie hotelu. O czym boleśnie się przekonaliśmy.
Pokoje mają drzwi balkonowe , ale w miejsce balkonu są drewniane poręcze , blisko przylegające do muru. Tak aby można było stanąć w drzwiach i obserwować Sernegeti . Nie ma podestu na który mogłyby wejść niepożądani goście.I jest to wystarczające zabezpieczenie przed wszystkimi stworzeniami, ale nie przed małpami. Z poręczy urządziły sobie znakomite miejsce do zaglądania do pokojów i porywania nieopatrznie wywieszanych przez turystów do suszenia ,części garderoby.Uniknęliśmy błędu, widząc pierwszego wieczora koczkodana tryumfalnie machającego kostiumem kąpielowym. Podejrzewam, że skład z ręcznikami , skarpetami, t-shirt,ami i strojami kąpielowymi, musi być gdzieś w małpim gaju, spory.
Kiedy jednak zobaczyłam małe małpki , ostrożnie podchodzące do mnie, nie wytrzymałam i położyłam na progu kruche ciasteczko. Małpki wzięły .Położyłam więc kolejne trochę bliżej siebie w pokoju.... Nie zauważyłam, że małe małpki dawno odeszły przepędzone przez większe koleżanki. Ciastko znikło w łapce większej małpy. nagle do pokoju wpadła kolejna spora małpa . W momencie porwała aparat fotograficzny z łóżka i rozpoczęła się walka o jego odzyskanie. Małpę jakby bawiła gonitwa z nami po pokoju.Udało się nam odzyskać aparat po tym jak wpadałam na pomysł ,żeby rzucając jej na podłogę ciastka, zainteresować ją łakociami.
Pokój wyglądał jak po przejściu tajfunu. Skołtunione łóżko, pościel w rdzawych śladach małpich łap ,powywracane krzesła , a na podłodze pełno okruszków.
Serengeti to wielki obszar (prawie 15 tys. km kw.) pokrytej trawą równiny - potężne naturalne pastwisko, które dzięki , miedzy innymi wspomnianemu wcześniej Bernhardowi Grzimkowi , udałosię zachować w naturalnej formie.
Większość całej powierzchni parku to równina, urozmaicona kilkoma rzekami oraz stosunkowo nielicznymi innymi zbiornikami wodnymi. Oraz jednym większym jeziorem Ndutu.
Urozmaicenie stanowią także nieliczne wzgórza, porośnięte lasami akacjowymi , ze sporymi skałami narzutowymi , wśród których można znaleźć często lwie stada, z góry obserwujące tereny swoich łowisk. Krótki, urokliwy wschód słońca. Z okna naszego pokoju widzimy antylopy, żyrafy i geparda na drzewie. Znikły dopiero wtedy, gdy pierwsi goście szli na śniadanie do restauracji. W nocy słychać było hieny z wewnętrznego dziedzińca .
Po bardzo wczesnym śniadaniu wyruszamy na całodzienną wycieczkę na sawannę. Uderza nas mnogość zwierząt. Wielkie stada antylop, guźców. Często spotykamy grupy słoni i górujące nad wszystkimi żyrafy.
Podjeżdżamy do niewielkiej rzeki ,żeby obejrzeć z bliska hipopotamy. Spotkaliśmy ekipę filmowców z National Geografic, którzy mówią, nam ,ze można zrobić doskonałe zdjęcia lwicom, leżącym na skałkach kilkaset metrów dalej, nad rzeką. Jedziemy oczywiście i rzeczywiście mamy okazję do świetnych ujęć. Lwice wylegiwały się na skałach , nie zważając zupełnie na naszą obecność.
Jedziemy dalej. Na horyzoncie jak okiem sięgnąć szara smuga. Kiedy podjeżdżamy bliżej , powoli przed oczami rysują się sylwetki zwierząt. Są ich dziesiątki tysięcy. To gnu. Widok jest absolutnie niesamowity. Armia gnu, po bokach której oczywiście są zebry. Zebry, które rzadko zawuażą się w stadach złożonych z własnego gatunku, natomiast zawsze są w pobliżu stad różnych antylop, słoni czy innych. Takie zwierzęce odzwierciedlenie PSL J Koegzystują z każdym niemal gatunkiem.
W Serengeti ujawnia się mały profesjonalizm naszego przewodnika. Nie potrafi wyjaśniać różnic gatunkowych pomiędzy antylopami, nie zna wszystkich gatunków ptaków. A przede wszystkim – jak się okazało- nie umie przewidywać dostatecznie dobrze , zachowania zwierząt. Podjeżdżamy bliżej gnu. Po lewej stronie , jak okiem sięgnąć , kilometrami ciągnie się orszak złożony z tych zwierząt. Przewodnik podjeżdża bardzo blisko i nagle dodaje ostro gazu.( Później tłumaczył nam, że chciał szybko odjechać od matek z młodymi ) . Spłoszyło to kilkanaście zwierząt i nagle wszystkie ruszyły w szaleńczym galopie przed siebie. Część zwierząt nagle znalazła się po naszej prawej stronie i jechaliśmy pośród stada. Zamiast zatrzymać się , przewodnik nadal jechał bardzo szybko, dopóki krzykiem nie zmusiliśmy go do zatrzymania. Pędzące gnu nadal wzniecały tumany kurzu , w którym byliśmy od stóp do głów. Zwolniły dopiero po dobrych kilkunastu minutach.
Mieliśmy żal do przewodnika za fanfaronadę. Z drugiej strony , dzieki niej, mogliśmy łatwiej sobie wyobrazić, jak setki tysięcy gnu szarżują słupy elektryczne i płoty , migrując na tereny Masai Mara w Kenii, w poszukiwaniu pożywienia.
Na pierwszym napotkanym wzgórzu urządzamy długą sesje zdjęciową dużej rodzinie lwów. Kilka lwic i młode. A na szczycie wzgórza, za spora skałą, w pewnym oddaleniu od grupy - Król Lew. Ze wspaniała grzywą , wskazującą na zacny wiek samca.
Dojeżdżamy do południowej części parku i jeziora Ndutu. Bogactwo ptaków i stado impala u wodopoju. Nieopodal water buffalo.
Kiedy odjeżdżaliśmy od jeziora, przy kilku rosnących drzewach , stał samotny słoń. Przewodnik podjechał bardzo blisko. Słoń jadł jakieś owoce z drzew. Kiedy przewodnik zatrzymał samochód i wyłączył silnik , słoń nagle zaryczał i ruszył gwałtownie w naszym kierunku. Przewodnik zatrąbił kilkakrotnie- słoń zatrzymał się. Po chwili znowu ostro wyruszył w naszym kierunku. Wyglądało to bardzo groźnie. Kiedy słoń był kilkadziesiąt metrów od samochodu , zaczęliśmy krzyczeć –kierowca ponownie klaksonem unieruchomił słonia. Nakazał nam absolutną ciszę. Byliśmy przerażeni. Słoń jest w stanie wystartować z miejsca i osiągnąć szybkość 30 km w kilkanaście sekund. W starciu z nim ani samochód , a tym bardziej my, nie mieliśmy żadnych szans. A trzeba było jeszcze uruchomić silnik. Po kilku minutach wzajemnej obserwacji – przewodnik włączył klakson i równocześnie zapalił silnik. Potem bardzo powoli ruszył, bacznie obserwując reakcję słonia. Kiedy ten ponownie ruszył – zatrąbił kilkakrotnie co na chwilę znowu zatrzymało słonia, a co umożliwiło nam szybki odjazd.
Kiedy opowiedzieliśmy o tej przygodzie ekipie filmowców , wyjaśnili nam, że słonie samotniki są bardzo niebezpieczne i nigdy nie należy podjeżdżać do nich blisko. A kiedy określiliśmy w jakim miejscu go spotkaliśmy , dowiedzieliśmy się, że to są drzewa , których owoce powodują u słoni stan euforii , w którym są absolutnie nieprzewidywalne.
Doświadczony przewodnik nigdy by nie naraził swoich pasażerów na takie niebezpieczeństwo.Traumę mieliśmy sporą, bo w Masai Mara na widok małego stada słoni informowaliśmy przewodnika ,że zdjęć słoniom nie będziemy robić....
Spędziliśmy na równinie dwa dni. W bajkowej atmosferze. Gdzie wyrażenie pole, pole (w suahili-powoli, nie ma pośpiechu) ma swój głęboki sens. Podobnie jak w całej Afryce. Czas jest sprawą umowną. Rozciąga się pomiędzy wschodem i zachodem słońca. I tylko to jest ważne. A w jakim momencie wykonamy daną czynność, czy spotkamy się – nie ma znaczenia. Byle się mieścić w tych ramach :wschód –zachód słońca.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)