ryszkiewicz-staszczyk ryszkiewicz-staszczyk
49
BLOG

Warszawiacy! Impreza na wałach!

ryszkiewicz-staszczyk ryszkiewicz-staszczyk Kultura Obserwuj notkę 4

 

Gdy stan poziomu Wisły zbliżał się do granic alarmowych, rzeka stała się główną atrakcją turystyczną Warszawy. Mieszkańcy tłumnie przybyli na wały przyjrzeć się rozmiarom powodzi, podziwiać walkę ratowników z żywiołem i… zjeść hot-doga.

Poziom Wisły rzeczywiście przerósł moje oczekiwania. Przęsła mostów, które zazwyczaj były całe odsłonięte obecnie zostały całkowicie zakryte przez wodę rzeki. Nie tylko na mnie żywioł zrobił oszałamiające wrażenie. Warszawiacy, ale i turyści przychodzili masowo na wały, aby przyjrzeć się rozmiarom powodzi. Również kierowcy przejeżdżający stołecznymi mostami zatrzymywali się, a nieraz i wysiadali z samochodów. Efekt okazał się zgubny dla płynności komunikacji. Wkrótce powstały takie korki, że podróż z Saskiej Kępy do Placu Bankowego, przez Most Śląsko-Dąbrowski zajmowała od 45 minut nawet do godziny.

Na lewobrzeżnych wałach sytuacja była dużo bardziej spokojna. Nikt nie przejmował się paraliżem ruchu ulicznego stolicy. Przechodnie traktowali wycieczkę nad Wisłę, jako główną atrakcję sobotniego spaceru. Nieliczni tylko zdawali sobie sprawę, że po drugiej stronie rzeki trwa właśnie ewakuacja szpitala, kilku szkół i znacznej liczby domów. Wśród tłumu wiele było rodzin z małymi dziećmi, a prawie każdy miał ze sobą aparat fotograficzny lub robił zdjęcia z telefonu komórkowego.

Zapytałem pewną panią, po co przyszła z dwójką swoich młodych synków na wały. Odpowiedziała „Musiałam im pokazać skalę tej tragedii”. To pokazywanie tragedii sprowadzało się głównie do okrzyków „Patrz, patrz Franek, jakie wielkie drzewo płynie”. Zresztą przedsiębiorczy Polacy zadbali o to, żeby malcy nie nudzili się w sobotę nad Wisłą. Tu i ówdzie wyrosły jak spod ziemi stragany sprzedawców hot-dogów, obwarzanków i waty cukrowej i zaraz ustawiły się do nich kolejki rodziców z pociechami.

Ratownicy też nie prezentowali dużego zaangażowania. Przenosili te same worki z piaskiem z miejsca na miejsce. Chyba nikt nie planował w rzeczywistości powstrzymać fali powodziowej. Strażacy wyglądali na znużonych swoją pracą. Jeden z nich palił z boku papierosa. Wyglądali, jakby ktoś wysłał ich nad Wisłę za karę za złe zachowanie. Wątpię, czy ktokolwiek kierował tą akcją.

Prawdziwy prym na wałach wiedli dziennikarze. Puszczeni samopas kręcili swoje programy prosto znad Wisły i to oni byli najbardziej przejęci całą sytuacją. Biegali w kółko, co i rusz wieszcząc powódź stolicy. Robili wywiady z ratownikami, którzy niechętnie odpowiadali z braku innych zajęć, po raz pięćdziesiąty o alarmowym stanie poziomu rzeki. Tłumaczyli też, że nikt nie może wchodzić na wały, czyli właśnie tam, gdzie biegali wszyscy reporterzy. Pojawili się podobno też politycy, którzy jak wymaga patriotyczny obowiązek w akcie solidarności z warszawiakami przyszli pogapić się na rzekę i udzielić kilku wywiadów. Akcji przeciwpowodziowej to nie ułatwiało, jeśli w ogóle jakaś akcja miała miejsce.

W tych ciężkich dla Warszawy dniach zyskaliśmy prawdziwą atrakcję turystyczną. Wśród tłumu nad rzeką znaleźć można było wielu zagranicznych przyjezdnych, którzy po angielsku, albo niemiecku gorąco debatowali na temat Wisły. Skoro, jak donosiły media, powódź w Polsce widać nawet z kosmosu, to bez skrupułów można powiedzieć, że akcja promocyjna obiegła cały świat.

Gdy wracałem w kierunku centrum po drodze minąłem starszą parkę również udającą się w tym kierunku. Mężczyzna mówił do swojej towarzyszki: „Na co dzień Polacy to śmierdzące lenie, ale niech wydarzy się jakaś katastrofa, to każdy się ruszy z domu, żeby zobaczyć. Banda gapiów ten nasz naród.”. Chyba nigdy tyle osób jednego dnia nie odwiedziło Muzeum Narodowego, ile w tą sobotę spotkałem nad Wisłą.

Krzysztof Ryszkiewicz

Każda przesada gorsza od faszyzmu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura