ryszkiewicz-staszczyk ryszkiewicz-staszczyk
67
BLOG

Gandzia lub Smoleńsk - wybór młodzieży

ryszkiewicz-staszczyk ryszkiewicz-staszczyk Kultura Obserwuj notkę 1

 

Każdy człowiek odczuwa potrzebę przynależności. Chcemy przebywać w grupie ludzi o podobnych poglądach, którzy postrzegają świat w taki sam sposób. Nadchodzi moment, kiedy musimy podjąć świadomą decyzję, do której z takich grup chcemy należeć. Jednocześnie potrzeba jedności zmusza nas czasem do publicznego zamanifestowania swoich uczuć. 12 Kwietnia - odbył się marsz studentów w hołdzie ofiarom katastrofy pod Smoleńskiem. 29 Maja to dzień, w którym ulicami Warszawy przeszedł Marsz Wyzwolenia Konopi. Dwa zupełnie różne wydarzenia, ale jedna wspólna cecha. Chęć poczucia więzi z otaczającymi nas ludźmi.

 

Abraham Maslow, amerykański psycholog, udowodnił, że do realizacji naszych wyższych celi niezbędne jest zaspokojenie podstawowych potrzeb. Jedną z nich określił potrzebą przynależności. Nie jest tajemnicą, że każdy z nas dąży do znalezienia grupy ludzi, z którymi zechce się utożsamiać. Dobór towarzystwa, w którym się odnajdujemy może mieć wpływ na całe nasze życie. Biorąc udział w obu przemarszach miałem okazję zauważyć około pięciu tysięcy młodych ludzi, którzy dokonali takiej decyzji. Nie wykluczam, że niektórzy uczestnicy pochodu upamiętniającego ofiary katastrofy wzięli udział w demonstracji promującej legalizację marihuany i zastrzegam, że nie mam na celu stratyfikacji obu wystąpień. Chcę pokazać w jak różny sposób dzisiejsza młodzież potrafi zamanifestować swoje uczucia i poglądy.

Podczas startu

Marsz studencki rozpoczął się pod Sejmem. W zamiarze było przejście na Plac Piłsudskiego wzdłuż Placu Trzech Krzyży, a dalej ulicy Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia. W pierwszej chwili już zrozumiałem, że będzie to marsz ciszy, bez żadnej muzyki ani okrzyków. Miał to być pochód upamiętniający śmierć zmarłych tragicznie dwa dni wcześniej pod Smoleńskiem. Studenci byli ubrani głównie w ciemne kolory, choć widać było, że właśnie zostali oderwani od swojego codziennego życia. Ktoś uginał się pod ciężarem książek, ktoś inny przechadzał się z wielką teczką na rysunki, a jeszcze ktoś taszczył ze sobą torbę z koszykówki. Grupą nikt nie zarządzał, stąd po chwili pojawiły się nerwowe pytania: „O której to się zaczyna?”, „Długo jeszcze będziemy czekać?”, „Ile to będzie trwało?”. Wiele osób w tłumie szeptało do siebie i wymieniało uwagi, kilka odpaliło papierosy. Wreszcie pochód ruszył i nastała zupełna cisza.

Marsz Wyzwolenia Konopi rozpoczął się pod Pałacem Kultury i Nauki, a kończyć miał się właśnie pod Sejmem na ulicy Wiejskiej. Jego uczestnicy zgromadzili się w celu propagowania legalizacji narkotyków miękkich, a w szczególności konopi indyjskiej. Towarzystwo, które stawiło się na miejscu zbiórki, przedstawiało się bardzo kolorowo. Gęsto było od kolorów tradycyjnej kultury rastamanów (czerwony, żółty, zielony – kolory Jamajki). W tłumie wyróżniały się lawety, z których płynęła głównie muzyka reggae. Co chwila ktoś zaczynał skandować „Sadzić, palić, zalegalizować” (główny slogan kampanii). W tłumie krążyły gazetki reklamujące marsz, oraz lista do zbierania podpisów pod petycją do Sejmu w sprawie legalizacji marihuany. Pochód ruszył, a uczestnicy odpalili skręty.

Na półmetku

Poczucie podniosłej atmosfery minęła na wysokości Placu Trzech Krzyży. Już nikt nie starał się nawet mówić szeptem. Zaczęły dołączać się coraz to nowsze osoby. Już nie tylko studenci, ale i starsze osoby oraz rodziny z dziećmi włączyły się do marszu przysłowiowego „milczenia”. Jedynym tematem rozmów była tragedia w Smoleńsku. „Na topie” było wszystko, co dotyczyło katastrofy. Słyszało się o sensacyjnych wiadomościach odczytanych z czarnych skrzynek, ktoś tłumaczył, dlaczego zamachu dokonali Rosjanie, jeszcze ktoś inny przypominał ile zginęło osób razem i bez załogi. Na wysokości skrzyżowania Nowego Światu ze Świętokrzyską dwójka pijanych punków zaczęła wrzeszczeć na przechodzących i ryczeć piosenkę o znamiennym refrenie „I nikomu nie wolno się z tego śmiać”. Rzeczywiście jedynymi osobami szepczącymi podczas marszu, byli dowcipnisie opowiadający pierwsze niesmaczne żarty o niedawnej katastrofie. Parka zataczających się obwiesi zaraz szybko zniknęła w bramie, gdy zobaczyli zbliżającego się w ich stronę policjanta. Dalej już nic nie zakłóciło przebiegu pochodu, ale i tak atmosfera kontemplacji i zadumy nie miała szans się utrzymać. Wydarzenia były zbyt świeże, a emocje za silne.         

Narkotyki były wszechobecne podczas Marszu Wyzwolenia Konopi. Niektórzy palili tak zwane „magiczne papierosy” (papieros wypełniony marihuaną zamiast tytoniem) inni woleli standardowe jointy. Liście konopi były wymalowane na plandekach platform, z których puszczano piosenki o zażywaniu narkotyków (oprócz reggae można było usłyszeć także inne kawałki np. „What a wonderful World” Louisa Armstronga). Całą akcję protestacyjną ochraniała policja. Zapytałem się któregoś z uczestników, czy nie boji się palić marihuany na oczach mundurowych. Usłyszałem w odpowiedzi: „Podczas takich akcji mamy ciche pozwolenie na jaranie gandzi. To taka niepisana umowa.” W muzycznym i narkotykowym transie uczestnicy parady zdobywali kolejne ulice. Większość z nich trafiła pod Sejm, niektórzy na komisariat.

Finisz  

Gdy marsz skręcał z Krakowskiego Przedmieścia na Plac Piłsudskiego spora ilość ludzi odłączyła się od grupy i skierowała się w stronę Pałacu Prezydenckiego. Pod sam pałac dostać się można było tylko przy umiejętnym lawirowaniu wśród tłumu. W samym sercu skupiska ludzi ludzie składano setki zniczy, którymi mniej lub bardziej umiejętnie gospodarowali harcerze. Na tle tej scenerii rozstawiły się namioty dziennikarskie komentatorów z całego świata. Naokoło każdy mógł usłyszeć speakerów angielskich przekrzykujących się z francuskimi i zagłuszających hiszpańskich. Na podwyższeniu ustawionym naprzeciwko zniczy jakiś polityk udzielał wywiadu w zaimprowizowanym studio. Rozmowę transmitowano na żywo. Nagle Pałac Prezydencki w Warszawie stał się centrum całego świata. Z jednej strony dawało to poczucie coraz większej wspólnoty z ludźmi, również tymi przed telewizorami. Z drugiej rozgardiasz i hałas do końca niweczył pozostałości kameralnej atmosfery ciszy marszu studenckiego

Podczas gdy trzon Marszu Wyzwolenia Konopi dotarł pod Sejm, gdzie miał zostać złożony wniosek obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej, część manifestacji udała się pod komisariat stołecznej policji. Tam protestowali przeciwko aresztowaniu kilku uczestników akcji legalizacyjnej. Na początku krzyczeli tylko „Wypuśćcie go” oraz „Nie mamy broni”. Warto tu wspomnieć, że subkultura rastamanów, (z którymi w znacznej części identyfikują się uczestnicy marszu) jest z założenia pacyfistyczna. Gdy pojawiły się oddziały prewencji rozdrażnieni manifestujący zaczęli prowokować słowami „Zawsze i wszędzie policja j….na będzie” i „Kto nie skacze ten z policji”. Po parokrotnym nawoływaniu do rozejścia się funkcjonariusze uzbrojeni w pałki i tarcze zaatakowali skandujących. Regularnym pałowaniem zakończyła się pacyfistyczna demonstracja zwolenników marihuany. Szukając pozytywnych stron: nic tak nie jednoczy jak poczucie zagrożenia. Potrzeba przynależności u członków protestu na pewno została zaspokojona.
          

Więź, jaka powstaje podczas wspólnego manifestowania swoich uczuć jest nie do opisania. Każdy z nas podświadomie dąży do tego, aby znaleźć się w takiej grupie. Tym młodym ludziom się udało.

Krzysztof Ryszkiewicz
 

Każda przesada gorsza od faszyzmu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura