49 obserwujących
196 notek
632k odsłony
781 odsłon

"Ukraińcy mają potężną pracę do wykonania" - frapujący wywiad z

Wykop Skomentuj4

W ostatnich dniach na stronie wolgal.pl ukazał się wywiad ze znanym kompozytorem Krzesimirem Dębskim świadczący o tym, że historia polsko-ukraińska nie musi być zdominowana przez głosy nacjonalistów i uległych im politpoprawnych publicystów. Warto przeczytać fragmenty wywiadu z człowiekiem, który o Ukrainie wie więcej niż niejeden Ukrainiec.

Aleksander Szycht: Pański dziadek Leopold Dębski herbu Radwan pochodził z drobnej szlachty. Jego rodzina doświadczyła represji po powstaniu styczniowym. Studia natomiast skończył we Lwowie, mieście - gdzie, jak powiedział marszałek Piłsudski „Polskie serca biją najgoręcej". Już po tym można spodziewać się, że został Pan wychowany w patriotycznej atmosferze.

Krzesimir Dębski: Tak, to prawda, choć dziś niewielu ludzi widzi w tym coś, czym może się chwalić. W życiu mojej rodziny wszelkie sentymenty czy sprawy historyczne mocno się przewijały. Właściwie codziennie o nich rozmawialiśmy, zarówno przy obiadach jak i kolacjach. Od dziecka słyszałem o różnych trudnych kwestiach. Dziś dla mnie to niewyobrażalne, że niektórzy ludzie tak późno dowiedzieli się o Katyniu. Trudno jest mi też zrozumieć brak zainteresowania u części z nich tym, kto z rodziny zginął i co się z nim stało. Ja wszystko słyszałem m.in. z ust kolegów ojca z 27 Dywizji Wołyńskiej AK, którzy przychodzili do nas bardzo często na wspominki. Od dziecka lubiłem siedzieć przy stole i słuchać tych opowieści, choć nawet czasami się powtarzały.

Aleksander Szycht: Pana dziadek osiadł w Kisielinie. 11 lipca 1943 roku po wymordowaniu części mieszkańców, UPA próbowała także odebrać życie pozostałym cywilom, którzy stawiali zaciekły opór. Pańscy rodzice poznali się właśnie w czasie obrony kościoła przed UPA w Kisielinie. To musiała być romantyczna historia...

Krzesimir Dębski: Oczywiście to była bardzo romantyczna i dramatyczna historia. Zginęli członkowie ich rodzin - szczególnie dużo osób z rodziny mojej mamy, choćby siostry i bracia cioteczni. Mama uratowała się tak jak i ojciec, który jednak został bardzo ciężko poraniony. Został inwalidą. Stracił nogę. Miał w ciele osiem odłamków. Cierpiał przez całe życie ponieważ niektóre z nich się przemieszczały. Po latach pewne małe odpryski granatu dopiero wychodziły z ciała. Tata miał z tego powodu bardzo ciężkie życie. Wspomnienia były jednak na tyle żywe, że opisał je w książkach. Namalował też wiele obrazów, w jakich utrwalił Wołyń - nieistniejące dziś już miejscowości czy kościoły itp. Wspomnienia były tym bardziej pamiętne oraz bolesne ze względu na to, iż w mszy świętej 11 lipca o tej konkretnej porze nie brała udziału rodzina mojego ojca. Nie mieli więc szansy na uratowanie się. Mój dziadek, który urodził się i studiował we Lwowie, a także babcia Anisja Czemierkin, pochodząca z rodziny zrusyfikowanych kozaków zaporoskich przeniesionych przez cara na Kaukaz zginęli oboje. Dodam, że co warte podkreślenia zginęli z rąk UPA mimo, że babcia była rodowitą Ukrainką, a dziadek lekarzem, który często „judymował" - leczył biednych Ukraińców za darmo. Kilkadziesiąt lat później, gdy byłem w Kisielinie, ukraińscy sąsiedzi wiele razy podkreślali jak wspaniały był to człowiek i jak niesamowicie dobry. Pewnego razu moja mama nie wytrzymała i zapytała: „To dlaczego go zamordowaliście?". Odpowiedzieli: „Bo tak trzeba było". „A nas też, gdyby trzeba było, zamordowalibyście?". „No tak" - usłyszała.

Aleksander Szycht: Pańscy rodzice później walczyli w 27 Wołyńskiej Dywizji AK i tego wojska banderowcy się bali. Z uzbrojonymi młodymi ludźmi z 27 AK, marzącymi o walce z banderowcami trudniej było odważyć się upowcom zmierzyć - niż z kobietami i dziećmi...

Krzesimir Dębski: Właśnie. Trzeba też wiedzieć, że są różne dane statystyczne, ale przeważenie wykazują, iż Polacy na Wołyniu stanowili 16%. Natomiast podkreślam, że z tej liczby trzeba odjąć rodaków wywiezionych na Syberię czy na roboty do Niemiec. Musiało więc zostać ich dużo mniej. To była szalona dysproporcja, tym bardziej myśląc o liczebności powstałej później po kulminacji zbrodni - Armii Krajowej w stosunku do banderowców. Nacjonaliści ukraińscy byli dodatkowo bardzo często wspomagani przez Niemców. Stanowili też ogromną część niemieckiej policji. Od Niemców posiadali broń. Tym bardziej należy podziwiać sprawność AK.

Aleksander Szycht: Dodajmy do tego, że nieco więcej Polaków mieszkało w miastach, UPA zaś mordowała głównie mieszkańców wsi.

Krzesimir Dębski: Rzeczywiście poruszył Pan jeszcze inną kwestię. Dziwi mnie więc ta nacjonalistyczna ukraińska metoda „panowania nad przeszłą rzeczywistością", która m.in. twierdzi, że Polacy tam również napadali. Czy polska mniejszość - tak niewielka mogłaby cokolwiek zrobić w tej sytuacji, mając nad sobą jeszcze czapkę niemiecką czy sowiecką?
(...)
Aleksander Szycht: Mówiliśmy wcześniej o nazywaniu Pana rodziny Ukraińcami. Chociaż pochodzi Pan z polskiej bardzo patriotycznej rodziny - jednak należy wspomnieć, że płynie w Pana rodzinie kropla krwi ukraińskiej - babcia Anisja była rodowitą Ukrainką z Zaporoża i to nie byle jaką. Pochodziła ze zruszczonej rodziny Czemierkinów, którą władze carskie po likwidacji Siczy Zaporoskiej osiedliły na Podkaukaziu. (...) Pomimo wszystko Pana babcia, z rodziny o tak mocno ukraińskich tradycjach, została zamordowana przez UPA za rzekomą „zdradę", za związek z dziadkiem Leopoldem. To świadczy, nie tylko o okrucieństwie, czy bezwzględności UPA, ale także o niezwykłej głupocie napędzającej się i przeplatającej z chorym fanatyzmem.

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura