korek789 korek789
610
BLOG

Spór o "Największego agenta Anglii"

korek789 korek789 Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

          W 2009 r. emerytowany oficer amerykańskiego wywiadu marynarki wojennej, John Turi opublikował w londyńskim wydawnictwie Stacey International książkę "England's Greatest Spy" (treść książki wskazuje, że trzeba to tłumaczyć jako "Największy agent Anglii" a nie "szpieg"). Turi twierdził w niej, że po kapitulacji Powstania Wielkanocnego w 1916 roku Eamon De Valera, jeden z dowódców powstania, aby uniknąć rozstrzelania przez Brytyjczyków został ich agentem i służył interesom brytyjskim przez całą dalszą karierę polityczną, która przyniosła mu stanowiska premiera i prezydenta Irlandii. 
          Demaskatorska książka o wydźwięku antybrytyjskim wydana przez londyńskie wydawnictwo? Czy chodziło im jedynie o zarobienie na kontrowersyjnej treści? A może chodziło także o atak na Kościół katolicki? Turi w kilku miejscach swojej książki dał wyraz swojej niechęci do tej instytucji. Atak na De Valerę często łączy się z atakiem na Kościół, o czym mogłem się przekonać śledząc internetowe dyskusje Irlandczyków o ich dwudziestwowiecznej historii.  A może chodziło też o pokazanie Irlandczykom, że Imperium Brytyjskie może z nimi zrobić wszystko, nawet wylansować na  męża stanu w Irlandii swojego agenta?
          Książka Turiego nie była pierwszym amerykańsko-brytyjskim przedsięwzięciem, które w negatywnym świetle ukazywało postać De Valery. W latach 90-tych powstał w koprodukcji irlandzko-amerykańsko-brytyjskiej film "Michael Collins" w którym De Valera był czarnym charakterem. Film miał na pewno większą siłę oddziaływania niż książka Turiego, bo w kinach irlandzkich był to hit. Nie sugerował jednak związków De Valery z Brytyjczykami.   
          Ciekawe, że potrzeba było dopiero historyka rodem z US Navy, aby postawić publicznie kwestię ewentualnej zdrady De Valery. Sami Irlandczycy zapewne nie chcieli wierzyć, aby mogli być tak oszukiwani. Woleli sądzić, że błędy De Valery jako przywódcy były związane z jego nieudolnością, brakiem profesjonalizmu czy zaburzeniami osobowości. 
          Książka mimo swoich wad, które natychmiast zostały wytknięte przez zwalczający ją irlandzki establishment (pomieszana chronologia, niefortunne patetyczne sformułowania, widoczny w wielu miejscach brak znajomości irlandzkich realiów) przekonała sporo osób, co można zaważyć w internetowych wpisach. Autor cytuje wiele ciekawych relacji świadków wydarzeń, które nie są przytaczane przez innych historyków. Będzie jeszcze zapewne okazja do nich wracać na blogu.
          Ale czy teza o tym, że De Valera uratował życie podejmując współpracę jest w ogóle prawdopodobna? Najpopularniejszym wyjaśnieniem ocalenia go od egzekucji jest fakt posiadania przez niego amerykańskiego obywatelstwa. Taka teza znajduje się także w ostatnio wydanej polskiej biografii De Valery autorstwa Pawła Toboły-Pertkiewicza. Z punktu widzenia drugiej połowy XX wieku lub poczatku XXI wytłumaczenie to może być dla kogoś przekonujące. W końcu w latach 80-tych brytyjscy rockmani nie raz śpiewali o tym że Wielka Brytania to 51 stan USA (to oczywiście gruba przesada, ale piszę o świadomości niektórych ludzi), więc dlaczego posiadanie amerykańskiego obywatelstwa nie miałoby uratować De Valery? Wystarczyłoby polecenie władz federalnych dla stanu z siedzibą w Londynie i De Valera uniknąłby egzekucji. 
          Ale w 1916 r. relacje brytyjsko-amerykańskie były zupełnie inne i inna była świadomość ludzi. Stany Zjednoczone były już wielkim mocarstwem, ale ich instytucje państwowe nie mogły się jeszcze porównywać z brytyjskimi. Amerykanie byli nie raz w tych czasach przedmiotem kpin Europejczyków. W końcu jeszcze poprzednik prezydenta Wilsona, Taft trzymał w Białym Domu krowę dającą świeże mleko. A tuż przed I wojną światową prasa europejska ze zdumieniem pisała o tym, że sekretarz stanu w administracji prezydenta Wilsona - William Jennings Bryan wygłaszał pogadanki za pieniądze w przerwach występów niezbyt wyszukanych rewii typu tingle-tangle.  Czy Imperium Brytyjskie mogło ulegać naciskom takiej administracji w kwestii irlandzkiej, którą uznawało za swoją wewnętrzną?  

        Nie wiadomo, czy władze amerykańskie w ogóle wiedziały o istnieniu kogoś takiego jak Eamon De Valera i ewentualny gest Brytyjczyków polegający na nie dokonywaniu na nim egzekucji nie miałby żadnego znaczenia. Jak już pisałem, De Valera został wywieziony ze Stanów Zjednoczonych jako małe dziecko i w późniejszych latach jedynym jego łącznikiem z tym krajem była jego matka, przebywająca na wschodnim wybrzeżu USA. Obszerna biografia De Valery autorstwa Tima Pata Coogana nie wspomina, aby miał on jakichś amerykańskich przyjaciół, bądź kontaktował się z amerykańskim konsulatem w Dublinie. Prawdopodobnie konsulat dowiedział się o pochodzeniu De Valery dopiero od jego żony Sinead, która, aby go ratować, udała się do konsula. Notka angielskojęzyczna o De Valerze w Wikipedii zawiera wzmiankę, że konsul interweniował w jego sprawie, ale nie podaje źródła tej informacji. Nawet gdyby Amerykanie rzeczywiście próbowali ratować De Valerę, można sądzić, że nie wskóraliby nic u rządzącego Irlandią jak udzielny władca generała Maxwella. Maxwell, jak pisałem w notce z 2 kwietnia, prawdopodobnie odmówił w 1916 roku wykonania polecenia samego ministra wojny lorda Kitchenera. Premier Wielkiej Brytanii Asquith pozostawiał generałowi wolną rękę, jeśli chodzi o skazywanie konkretnych osób na śmierć za udział w powstaniu. Trudno więc sądzić, aby generał uległ jakimś naciskom amerykańskim, wszystko jedno z jakiego szczebla. 
         Osobą z grona przywódców Powstania Wielkanocnego, która niewątpliwie była znana władzom amerykańskim był Thomas Clarke. Człowiek z długą przeszłością w irlandzkiej konspiracji i obywatel USA, który mieszkał w Ameryce prawie 10 lat.  A jednak brak informacji, aby ktokolwiek ze Stanów próbował go ratować.  Decyzja o losach De Valery również była wewnętrzną sprawą Brytyjczyków.

 
        Zdaniem większości historyków o uratowaniu De Valery zdecydowała rozmowa generała Maxwella z prokuratorem Williamem Wylie. Ponieważ premier Asquith zasugerował, aby w zawiązku z oburzeniem opinii publicznej ograniczyć liczbę egzekucji, generał zastanawiał się, kogo za skazanych można uratować. Kiedy padło nazwisko De Valery, generał zapytał, czy jest to ktoś ważny. Wylie miał odpowiedzieć, że nie, że to nauczyciel matematyki wzięty do niewoli w piekarni Bolanda. Wtedy generał miał zdecydować o zamianie kary De Valery na dożywocie.
        John Turi kwestionuje autentyczność tej rozmowy. Powołuje się na relację "New York Timesa" według której generał Maxwell zapoznawał się z aktami każdego skazanego na śmierć. Gdyby De Valera był rzeczywiście skazany, generał musiał wiedzieć kim on jest. Nawet jeśli potraktować relację gazety jako mało wiarygodną, trzeba przyznać Turiemu rację, że rzekoma niewiedza Maxwella wygląda dość dziwnie.  De Valera był jednym z dowódców batalionów Irlandzkich Ochotników i to właśnie podległy mu formalnie oddział Michaela Malone zadał Brytyjczykom najcięższe straty. Dowódcy 1, 2 i 4 batalionu zostali rozstrzelani - dowódca 3 batalionu, Eamon De Valera, nie. 
        Turi sugeruje, że o losie De Valery zadecydował oficer brytyjskiego wywiadu major Ivor Price, który przesłuchiwał wziętych do niewoli przywódców powstania. Zapewne próbował niejednego z nich pozyskać do współpracy, kusząc obietnicą darowania życia. Zdaniem Turiego jedną z osób pozyskanych przez Price'a był Eamon De Valera. Krytycy Turiego zarzucają, że nie ma on dowodu, że Price w ogóle rozmawiał z De Valerą. Ale jeśli De Valera został brytyjskim agentem, to trudno sądzić, aby informacja o takiej rozmowie kiedykolwiek była dostępna dla badaczy. Lekką przesadą jest natomiast sugestia Turiego, że Price stał się dla De Valery jak ojciec, bo to już jest ewidentnie produkt jego fantazji. 
       Turi w odpowiedzi na krytykę, że nie ma twardych dowodów na to, że De Valera był agentem, zarzucił swoim krytykom, że oni również nie mają twardych dowodów na to, że De Valera stanął przed sądem i został skazany. Opierają się jedynie na relacji samego De Valery, który często kłamał lub koloryzował na temat swojej przeszłości. Proces De Valery jest też przedstawiony jako fakt w Wikipedii. Tymczasem nie ma żadnych dokumentów na temat tego procesu. Jeśli chodzi o relacje świadków to mamy tylko słowo De Valery przeciwko słowu prokuratora Wylie, który w latach 60-tych powiedział, że De Valera nie był w 1916 roku sądzony. Było to stwierdzenie dosyć odwaźne, bo było zarazem zarzuceniem kłamstwa urzędującemu prezydentowi. 
       Ostrym krytykiem książki Turiego był znany biograf De Valery Tim Pat Coogan. Stwierdził on, że ma nadzieję, że podobni do Turiego oficerowie wywiadu nie doradzają Obamie w sprawach Bliskiego Wschodu. Oczywiście można przyjąć tezę, że po latach pracy w wywiadzie Turi widzi wszystko w kategoriach agentury, władzy służb specjalnych, oficerów prowadzących i tajnych dokumentów, a nie widzi miejsca dla zwykłych ludzkich błędów. Ale jego książka daje dość łatwe wyjaśnienie dla wielu dziwnych posunięć De Valery. A ludzie lubią łatwe wyjaśnienia. Między innymi dlatego książka zdobyła sporą popularność, mimo potępienia ze strony środowisk uniwersyteckich.              

 

korek789
O mnie korek789

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura