Cześć I: https://www.salon24.pl/u/abojawiem/1524051,8-pik-opowiadanie
Dwa dni później, 6:00 rano.
Obmył twarz pod kranem, po czym zmusił się, żeby spojrzeć w lustro.
Patrzył na siebie przez dobrą minutę, ani razu nie odrywając wzroku od odbicia. Pozornie oglądał swój fizys, tak naprawdę skupiając się na swoich przeszłych wyborach - świadomych, półświadomych, a czasem, niestety, całkowicie bezmyślnych - oraz na ich realnych konsekwencjach, zarówno dla niego, jak i dla innych.
„Nazywam się Bartłomiej Fornal, zwany Bartem. Oto ja, cały ja” - skonstatował na koniec z fatalistyczną rezygnacją co do przeszłości, ale i całkowitą determinacją co do teraźniejszości. Tę decyzję podjął w pełni świadomie, starannie rozważywszy wszystkie implikacje, i zrobił wszystko, co musiał zrobić, żeby stała się realną możliwością. Teraz już tylko trzeba było zamknąć sprawę.
Zanim wyszedł, próbował pozbyć się przydzielonej mu ochroniarz. Arogancka sucz oczywiście całkowicie go zignorowała, nie zaszczycając go nawet odpowiedzią na jego żądania, groźby i prośby.
Godzinę później stał tuż przy szerokiej ścieżce, którą chwilę wcześniej, zakończywszy bieg, szła grupa mężczyzn w szarych bluzach.
- Podpułkowniku Kamieńczyk. Proszę pana o chwilę rozmowy - powiedział w miarę głośno, ale z całą pokorą, do idącego na ich czele wysokiego mężczyzny w kapturze.
- Pimpek? Co za przypadek! Nie będę kłamał, że dobrze cię widzieć, bo jesteś mi, kurwa, całkowicie obojętny. Jak chcesz przeprosić, to nie trzeba, nie ma za co, znaczy jest, ale wszystko wybaczone. Nie mam czasu na takie drobiazgi, zatem nara, mój ty byku, potężny zawodniku.
Mężczyzna wygłosił całość, zanim jeszcze go minął.
- Siema, Mysza. I też nara, jak mniemam.
Radośnie ogłosił to w stronę jego ochroniarz, o dziwo płynnie ściągając kaptur, a następnie lekko kłaniając się podporucznik.
- Chodzi o przedwczorajszy wieczór. Chcę uregulować dług - powiedział ku własnemu zaskoczeniu pewnie i zdecydowanie.
Podpułkownik jednym lekkim gestem ręki zatrzymał wszystkich idących za nim, po czym obrócił się w jego stronę.
- Masz dwie minuty. Zacznij od przeprosin - warknął.
Wyjął z kieszeni telefon, chcąc załatwić sprawę od razu, po czym coś sobie uświadomił.
Znowu jestem nieuważny.
Zezłościł się na siebie i kilkoma błyskawicznymi kliknięciami ustawił stoper na 1 min 55 s, po czym spojrzał na podpułkownika.
Jest zdecydowanie szczuplejszy i lżejszy ode mnie, i to o dobre kilkadziesiąt kilogramów. Ja mam posturę boksera, on gimnastyka. Nie jest dużo wyższy niż ja, jeśli w ogóle, no może o centymetr, dwa. Czyli 1,87, może 1,88. Wydaje się o 10 lat młodszy, ale przecież, jak się dowiedziałem, jest po 30-tce, więc co najwyżej 2, może 3 lata. Niemniej jest szczuplejszy, młodszy, wyższy i kilka rzędów wielkości przystojniejszy.
Uśmiechnął się wewnętrznie, naigrywając z własnej zazdrości.
Obiektywnie jednak musiał przyznać, że podpułkownik Kamieńczyk miał urodę supermodela.
A to przecież tylko śmieszne drobiazgi w porównaniu z cechami naprawdę ważnymi. Jest o rzędy wielkości inteligentniejszy, mądrzejszy i, co gorsza, pracowitszy i odpowiedzialniejszy ode mnie. A na koniec zajmuje w hierarchii zawodowej i społecznej pozycję, której ja nigdy, ale to nigdy, bym własnymi siłami nie zdobył. Coś jednak w życiu osiągnąłem, niemniej relatywnie, przy tym wilku alfa to ja naprawdę jestem tylko śmiesznym pimpkiem, i co gorsza nadętym i ujadającym.
- Miał pan co do mnie rację, panie podpułkowniku. Miałem się za zawodowca, a okazałem się być zwykłą lamą czy tam leszczem. I dałem się zgasić jak kiep, którym najwyraźniej jestem. Co do kwestii zawodowych to uznałem, oczywiście błędnie, że obaj jesteśmy tacy sami, w tym znaczeniu, że jesteśmy protegowanymi - zawahał się na sekundę, szukając określenia - naprawdę wpływowych ludzi, potęg, mocy. Nie zauważyłem tego, co jest oczywiste. Ja jestem kiepem z potężnym benefaktorem, pan jest potęgą sam w sobie, na co najlepszym dowodem jest fakt, że mój benefaktor określa pana jako przyjaciela. Nie przedłużając...
- Wystarczy - warknął podpułkownik. - Tak, jestem potęgą. Taką pomniejszą, ale jednak. Niemniej moja relacja z Szejkiem nie ma tutaj nic do rzeczy. Nie będę tego tłumaczył, nie mam ochoty ani czasu. Co do ciebie, to o nic się nie martw, Bartusiu. Jak dostanę rozkaz, żeby przewinąć ci pieluchę, to go wykonam, jak dostanę taki, żeby sobie wyrwać serce i podać ci je na tacy, to też wykonam, choć wtedy oczywiście starannie sprawdzę, czy jest legitny i czy nie da się zamiast mnie poświęcić kogoś innego. A tak poza tym będę ciebie kompletnie zlewał, tak jak zlewałem, zanim przyszedłeś do mojego domu i zacząłeś się puszyć, co to nie ty. Skończyliśmy rozmowę, nafciarzu, inwestorze, wizjonerze, specu od krypto i pokera. Bywaj zdrów i pamiętaj, żeby jeść dużo szpinaku, byku.
Mimowolnie się uśmiechnął.
Zaczynał rozumieć coś, co wcześniej całkowicie mu umknęło. Lucjan zawsze był Lucjanem. To, że walił w rozmówców tekstami, na które zwykle pozwoliłby sobie co najwyżej bardzo toksyczny nastolatek na Discordzie, to jedno. To, że mógł to robić bezkarnie, bo pozwalała mu na to jego pozycja i wpływy, to drugie. To, że najwyraźniej niczego nie udawał i naprawdę miał taki charakter, to trzecie.
Niemniej był jeszcze poziom czwarty.
Nawet pozornie całkowicie przypadkowe złośliwe odzywki bywały u Lucjana improwizowanymi ad hoc, ale perfekcyjnie wykonanymi, celowymi działaniami.
Spojrzał na smartfona. Miał sporo ponad minutę.
- Nie rozliczyliśmy jeszcze przedwczorajszej gry. Po to tutaj przyszedłem, żeby wyczyścić dług stolika. Czy kwota się zgadza?
Kliknął, wrzucił portfel na ekran i pokazał go podpułkownikowi. Ręka zaczęła mu się lekko trząść.
- Nie mogę przeczytać. Czy możesz przestać tak machać ekranem? A może masz Parkinsona? Ojej, jakie to, kurwa, smutne.
Znowu się lekko uśmiechnął. Lucjan zawsze był Lucjanem. Ostatnie zdanie aż wibrowało zatroskaniem i współczuciem.
- Pan podpułkownik weźmie sobie fona z mojej ręki i odczyta. Nie musi się pan martwić, Parkinson nie jest zaraźliwy.
Jakoś zdołał się odgryźć.
- Kwota się nie zgadza. Koniec bajki.
Z głosu Lucjana dosłownie wylała się złośliwa, jadowita radość.
Fala słabości i paniki, jaka go ogarnęła, sprawiła, że prawie upadł. Nie wiedział, skąd znalazł w sobie siłę, żeby odpowiedzieć.
- Jeśli jest wyższa, to znaczy, że się zgadza. Jeśli jest niższa, to przeleję tę i dopłacę brakującą różnicę gotówką.
Powiedziawszy to, usiadł na ziemi z opuszczoną głową, ciesząc się, że jak na razie nie zemdlał.
- W takim razie kwota się zgadza. Niemniej...
Nie mógł tego dostrzec, ale Lucjan, z rękami zaplecionymi za plecami, pochylił się nad nim jak kat nad ofiarą.
- ...nie zamierzam jej przyjmować. I co teras, byku?
Zebrał się w sobie, choć zajęło mu to dobrych kilkanaście sekund. Na szczęście Lucjan nie odszedł, tylko napawał się chwilą.
- Teraz...
Podniósł lekko głowę i patrząc Lucjanowi w twarz wyszeptał:
- ...podaj adres, na jaki mam przelać. Bo ty jesteś potęgą, a ja jestem nikim, ale tego mi odmówić nie możesz. Więc skończ się popisywać i podaj mi ten adres.
Wytrzymał pojedynek spojrzeń przez zaledwie kilka sekund, po czym zamrugał i opuścił wzrok, w powidoku wciąż widząc piękne, głęboko lazurowe oczy podpułkownika, nie wiedzieć czemu kojarzące mu się z wilkiem, takim o pobrudzonym czerwienią pysku.
Dalej oszołomiony zdołał jednak zeskanować podstawiony kod QR i potwierdzić transfer.
- Dwie minuty minęły. Odezwę się jak znajdę czas. Nie zapomnij o tym szpinaku, byku. Nara, Mysza.
Lucjan po prostu odszedł.
- Preferuję podporucznik Krawczyk, podpułkowniku Kamieńczyk, acz jeśli chcesz, możesz dalej tytułować mnie Myszą. Z mojej strony, słysząc tytuły, na jakie zasługujesz: śmierdzielu, szubrawcu, parszywy szulerze.
Drgnął zaskoczony. Nagły przylot kosmitów wydawał się bardziej realny niż to, że podporucznik odezwie się w taki sposób.
- Lubię ciebie, Mysza, ale przesadziłaś z deczka, a zasady są zawsze takie same. Bros over hoes. Drugi i Stefan pannie podporucznik Krawczyk to wyjaśnią.
Lucjan nawet się nie zatrzymał, odpowiadając.
Siedział wpatrując się w ekran smartfona, a milion czarnych myśli galopowało mu w głowie. Kilkanaście sekund później otrzymał potwierdzenie transferu, a dosłownie sekundę później drugie powiadomienie - transfer przychodzący. Kwota była znacznie mniejsza niż wysłana i najwyraźniej była zwrotem nadpłaty.
Zanim zdążył zareagować, podporucznik jak kłoda upadła na ziemię obok niego.
- Masz szczęście, że Lucek ciebie lubi, esbecki cyborgu. Dlatego dostałaś tylko parę ostrzegawczych plaskaczy, a nie bęcki. No chyba że dalej coś ci się wydaje i masz ochotę na drugą rundę. - Po głosie rozpoznał Stefana, zaszokowany tym, co się stało, spojrzał na leżącą podporucznik.
Na szczęście chyba rzeczywiście została tylko lekko poturbowana, głównie uderzona w twarz, choć miała też zaczerwienioną szyję. Następnie przeniósł wzrok na Stefana. Ten patrzył obojętnym wzrokiem na podporucznik. Obok niego stał drugi przyboczny Lucjana, niski blondyn, chyba o imieniu Paweł.
Postali jeszcze kilka sekund, po czym obrócili się i odeszli. Na odchodnym Paweł położył pistolet obok siedzącej już podporucznik i ukłonił się jej.
- Gentleman, kurwa jego mać. Żyjesz? - mruknął po chwili do niej.
- Nie jesteśmy i nie będziemy na ty, panie Fornal. Paweł nie jest dżentelmenem, bo takich w Polsce nigdy nie było, a w Anglii już ich nie ma, tylko prawdziwym mężczyzną, jacy w Polsce byli i na szczęście wciąż są. I człowiekiem o nienagannej kulturze osobistej. Przeceniłam swoje umiejętności, Stefan nielicho mnie zaskoczył.
Powiedziała to, trąc zaczerwieniony policzek.
- Właściwie szkoda, że nie przywalili ci mocniej. Może dostałbym normalnego ochroniarza zamiast aroganckiej dziuni przekonanej o swojej nadzajebistości i zbierającej bęcki od duetu kurdupel plus beczka z piwem.
- Stefan to raczej trzy beczki z winem i to postawione jedna na drugiej. Jest od pana wyższy, cięższy, silniejszy, a zarazem szybszy, choć pan ma posturę i refleks boksera wagi ciężkiej. Paweł na studiach regularnie wygrywał wszystkie akademickie zawody karate.
- Aha. I jak rozumiem, zakładałaś - przepraszam, zakładała pani - że im obu dołoży, bo girls power i „łumyn stronk”, tak?
- Prędzej silna kobieta, jak już. I tak, oczywiście, że tak. Taki właśnie miałam plan, oparty na tym, że widziałam kilka odcinków różnych seriali i kobiety zawsze wygrywały. Cała ja. Na swoje dodatkowe usprawiedliwienie mam jednak, że ostatnio, wbrew mojej woli, chronię pewnego finansistę, inwestora, potentata branży robotyki medycznej czy tam diagnostyki medycznej, a może i obu, następnie branż naftowej, kryptowalut i pokera online i na żywo. Jego postawa i osiągnięcia były dla mnie tak wielką inspiracją, że postanowiłam sama spróbować.
Zastanowił się chwilę, roześmiał, po czym, nadal siedząc, wyciągnął rękę.
- Bartosz Fornal. W sumie w miarę zamożny, odnoszący pewne sukcesy szczęściarz w życiu zawodowym, a zarazem nieuleczalny idiota w sprawach życiowych i osobistych. W miarę dobry pokerzysta online, absolutny leszcz na żywo. Głównie wiecznie zdziwiony i ciągle zaskakiwany łoś. Dodatkowo kretyn, któremu się wydawało, że zostanie kolejnym premierem Polski i w ramach odcinania kuponów od urojenia na dzień dobry uznał siebie za Supermana i nadął jak balon. Kilka kopniaków w ego i jeden w twarz później łosiowi urojenia przeszły. Oby na dobre.
Podniosła lekko brwi, chyba zaskoczona wyznaniem po czym uśmiechnęła się.
- Marta Krawczyk. Chciała zostać prokuratorem i formalnie nim jest, jednak po drodze została zwerbowana przez służby i teraz jest uwielbiającym swoją pracę esbekiem. Życiem osobistym nie epatuje ani się nie dzieli, ale między nami to jest samotną panną i całkiem dobrze jej z tym. Głównie mól książkowy, choć dodatkowo pasjonuje się szermierką i strzelectwem sportowym, amatorsko oczywiście. Pełnoprawny członek tajnej loży skrytych szyderców, z której pewnie za chwilę zostanie wyrzucona. Głównie przekonana o własnej wyjątkowości i patrząca na innych z góry kretynka, której się dużo wydawało, ale powoli przestaje, oby na stałe.
Uścisnęła jego rękę.
- Mam dwa pytania. Zacznę od tego oczywistego, żeby zaoszczędzić trochę czasu. Ile pieniędzy przelał pan Lucjanowi? - spytała rzeczowo.
Spojrzał na nią autentycznie oburzony.
- Nie zamierzam tego ujawniać. Pytanie jest nie na miejscu. Przynajmniej w męskim świecie - zakończył zgryźliwie.
Odpowiedziała wzrokiem pełnym politowania i wyciągnęła swój telefon, w którym zaczęła grzebać.
Cholera! Jestem debilem do kwadratu. Od razu załapała, że użyłem stablecoina, wystarczy, że sprawdzi ledger po czasie transakcji. To dlatego wspomniała o zaoszczędzeniu sobie czasu. - Uświadomił sobie.
- Przyznaję, że jestem pod wrażeniem kwoty, ale i działania. Dwadzieścia jeden milionów złotych. Wypłaconych szulerowi i oszustowi ot tak, po prostu. I to, zdaje się, bez wiedzy albo i wbrew woli rzekomego dłużnika...
- Przestań, proszę - przerwał jej smutnym tonem.
Zamilkła.
- Dziewięćset tysięcy zwrócił, zatem dwadzieścia milionów. Lucjan nie jest szulerem. Karty rozdawał przecież nie on, tylko podkomendny kapitana Zawady i jego bliski, jeśli nie najbliższy, przyjaciel, ten cały Arbiter, jak go nazywają w oddziale. Zapłaciłem za Kaza, bo zawdzięczam mu życie, więc przynajmniej tak mogę się odwdzięczyć. Bez jego wiedzy, bo przecież w życiu by się nie zgodził. Naprawdę nie zauważyłaś, że Kamieńczyk nie chciał moich pieniędzy i za wszelką cenę starał się mnie spławić? Co to niby za szuler, który nie chce wygranej?
- Kwota jest astronomiczna dla mnie i zapewne większości zwykłych ludzi, nie wiem, czy duża, czy mała dla pana, ale najwyraźniej osiągalna. Dla podpułkownika Kamieńczyka to jednak drobne, przecież jego kolekcja samochodów jest więcej warta. Tym samym cokolwiek chciał osiągnąć, na pewno nie były to pieniądze, tylko coś zupełnie innego. Byłam pewna, że ustawił tę grę, teraz jednak nie wiem, co myśleć, skoro przyjął pieniądze od pana. Nic już nie rozumiem - przyznała z rezygnacją.
Pobladł.
- Nie mógł odmówić ich przyjęcia.
Spojrzała zaskoczona.
- Oczywiście, że mógł. Dług nie jest pański, zatem nie miał żadnych powodów, żeby w ogóle z panem o tym rozmawiać.
- Nie mógł! Długi karciane są bardzo specyficzne, to długi honorowe, ale nie muszą być spłacone przez grającego, liczy się kasa na stole przed upływem terminu zapadalności i nie można odmówić jej przyjęcia bez całkowitej utraty twarzy i honoru. Próbował mnie spławić, ale mu się nie udało, dlatego przyjął.
- Nadzwyczaj ciekawe. Czyli jest szulerem i ustawił to rozdanie dla jakichś swoich intryg. Spłacenie tego długu przez pana na pewno utrudniło mu działania, to już jakiś punkt zaczepienia.
- Nie jest szulerem! Nie chciał, żeby dług został spłacony, to na pewno. Niemniej nie jest szulerem. Ile razy mam ci powtarzać, że karty rozdawał Arbiter, żebyś to w końcu przyjęła do wiadomości?
Czuł, że powoli traci panowanie nad sobą.
Popatrzyła na niego chłodnym, obojętnym wzrokiem.
- Uprzejmie założę, że podobnie jak pułkownik Filipiak i major Maślak jest pan przesądny co do kart i że ta skrajna irracjonalność dotyczy wyłącznie kart. Tak, karty rozdawał starszy szeregowy Jarosław Lestek, zwany Arbitrem, podkomendny kapitana Zawady i, zdaje się, jego bliski przyjaciel. Co najprawdopodobniej oznacza, że Arbiter został przekupiony, zaszantażowany lub zmuszony, żeby ustawić to rozdanie. Nie dostrzegam innego racjonalnego wyjaśnienia. Co więcej, fakt, że kapitan ufa Arbitrowi i że sam uważa się i zarazem jest uważany za skrajnego pechowca, silnie wzmacnia moją roboczą wersję przebiegu zdarzeń, właśnie dlatego Lucjan mógł liczyć, że tak jawne oszustwo ujdzie mu płazem.
- Uprzejmie założę, że te głupie, niemające żadnych, ale to żadnych podstaw spekulacje oparte są po prostu na nadmiarze wyobraźni i przeczytanych kryminałów i na co dzień pani myśli logicznie. A przynajmniej logiczniej. No choćby, że nie myli pani aż tak światów literackiej fikcji i realnej rzeczywistości.
Powoli zaczynał się wewnętrznie gotować.
Co za uparta idiotka.
- Rozumiem. Czy będzie pan zatem uprzejmy i wyjaśni głupiutkiej mi, co naprawdę się wydarzyło w maśle maślanym realnej rzeczywistości? Zaakceptuję każde wyjaśnienie, jakie by nie było, i o nic więcej w tej kwestii nie spytam.
- To bardzo proste. Kaz miał po prostu pecha. Niewyobrażalnego wręcz pecha. To się zdarza. Fachowo nazywamy to wariacją, to termin matematyczny, slangowo gutshot, a żeby skończyć tę głupią gadkę, to Kaz miał pecha i bad-beata, a Lucjan miał szczęście, gutshota do pokera i binknął one-outa na riwierze - odburknął, licząc, że w końcu da mu spokój.
- Przyjmuję do wiadomości i akceptuję naukowe wyjaśnienie. Wariacja i pech. Science, bro.
Spojrzał na nią wściekłym wzrokiem, odpowiedziała całkowicie neutralnym, wręcz niewinnym spojrzeniem.
Co jak co, ale skrytym szydercą to jest na pewno.
- A teraz co z Arbitrem? Czy mogę prosić o wyjaśnienie drugiego fenomenu? Może być dokładnie takie jak pierwsze. Przyjmę jak prawdę objawioną, bo jestem głupia i nie znam się na pokerze - powiedziała nadzwyczaj uprzejmie.
- Jaki drugi fenomen? Przyjaciel Kaza, któremu on bezgranicznie ufa, rozdawał karty. Czego nie rozumiesz? - bez mała wrzasnął.
- Tylko jednego. I wykorzystując to, że faktycznie czytam czasem kryminały, pozwolę sobie przedstawić moją wątpliwość jako fikcję literacką. Gdyby Arbiter kilka godzin przed grą nagle się rozchorował i karty rozdawał zamiast niego Stefan, to czy dalej pokerowo absurdalne ale nadzwyczaj zabawne symbolicznie 69 w ręce Lucjana, następnie układ kart na turnie, czyli gutshot Lucjana przy karecie kapitana, i ostatecznie wynik rozdania wartego miliony byłyby całkowicie normalną wariacją? Proszę powiedzieć tak i się, za przeproszeniem, odwalę.
Powiedziawszy to, wstała i odeszła na ścieżkę, czekając, aż on się ruszy.
Chciał powiedzieć to jedno proste słowo, ale nie potrafił. Im bardziej się zastanawiał, tym mocniej uświadamiał sobie, że gdyby rozdającym był ktokolwiek inny niż Arbiter, miałby od groma wątpliwości. Z drugiej strony wiedział, że Kaz znał się na ludziach i że naprawdę całkowicie ufał Arbitrowi.
- Może pomogę w dylemacie?
Odwrócił głowę.
- Rozdającym nie musiałby być Stefan. Mógłby to być wytatuowany kierowca taksówki, znany na całą okolicę jako kombinator i lewus. Kapitan dalej ma cztery siódemki po turnie, podpułkownik Kamieńczyk dalej nie ma nic i może liczyć tylko na cud, czyli gutshota, czyli jedną, jedyną kartę z całej talii. I mimo to dalej żąda zmiany zasad rozdania, tak by można było postawić dosłownie dowolną kwotę. Kapitan, zachowując się nad wyraz racjonalnie, jak na hazardzistę, którym przecież jest, jak i wy wszyscy, stawia cały majątek albo i dużo więcej, bo szansa że przegra jest statystycznie nieistotna. Na rzece pojawia się ósemka pik. Kapitan przegrywa ponad dwadzieścia milionów złotych. I wszystko jest całkowicie zrozumiałe, gdyż, jak ustaliliśmy, kapitan przegrał, bo ma pecha do kart. Tako rzecze science, bro.
- Wiesz co, esbecki cyborgu, mam dla ciebie świetną wiadomość. Co jak co, ale tego członkostwa w loży szyderców to ciebie nie pozbawią. Nie ma szans - powiedział i, wstawszy, ruszył w stronę samochodu.



Komentarze
Pokaż komentarze