Jakiś czas temu w przepastnych przestrzeniach internetu rozmawiałem ze znajomą teolożką. Spieraliśmy się o wiarygodność Ewangelii Jana dla poznania życia i nauki Jezusa. Dyskusja toczyła się wspaniale i, choć odbywała się na forum, w tempie godnym chata. Strzelałem w znajomą pociskami historyczno-filologicznymi, ona dawała apologię katolickiego rozumienia Pisma. W pewnym momencie zdumiałem się: Mój Boże, przecież nie tak dawno sam toczyłem podobne dyskusje, z tym, że wtedy to ja występowałem apologeta. Mój Boże- wygląda na to, że ona stoi tam, gdzie ja wtedy, a ja tam, gdzie stało ZOMO...
Ostatnie dwa lata to w moim życiu czas dekonstrukcji tego wszystkiego, co miałem za najwyższą wartość i zarazem czas szukania dróg nowych. Przez ponad dekadę budowałem moje życie na fundamencie katolickiej wiary, fundamencie, który miał być skałą, a okazał się ruchomymi piaskami. Gdy się przez 10 lat przeżywa liturgię, bada swoje sumienie, czyta święte teksty i boryka się z reakcyjnymi papieżami, to nie może to pozostać bez wpływu na każdą myśl i każde czucie, na estetyczną wrażliwość i kategoryczność osądów. I nagle okazuje się, że skrzynia, w której gromadziło się wszystkie skarby jest pusta. Chcę się odwołać do jakieś tradycji w sobie- tradycji niekatolickiej- i napotykam same skrawki i strzępy.
Jestem przekonany, że jest w Polsce wielu ludzi borykających się z tymi samymi trudnościami, z którymi i mnie przychodzi się mierzyć. Od czasu do czasu stały bywalec akademickiego duszpasterstwa przestaje być widoczny na modlitewnych spotkaniach, a wyklęczana i skropiona łzami ławka próżno czeka na tę, którą gościła przez lata. Nie mam zamiaru i chęci nikogo nawracać, co więcej, nie sądzę, żeby to było możliwe. Wierzącemu nikt nie jest w stanie odebrać jego wiary, jeśli ona umiera, to przyczyna jest wewnętrzna i głęboka. Chcę natomiast pisać o doświadczeniu wychodzenia z religii, o życiu "extra Ecclesiam". A życie tam okazuje się być naprawdę ekstra.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)