Coraz to nowe pomysły funduje nam minister Kudrycka. Najpierw zapowiedziała wprowadzenie opłat za drugi kierunek studiów. Następnie zaczęła przebąkiwać o możliwości wprowadzenia limitów przyjęć na uczelnie państwowe.
Cel wydaje się jasny (Rzepa pisze o tym wprost) - nabicie chętnych "uczelniom" prywatnym. Ograniczenie możliwości studiów równoległych zaowocuje bowiem, w moim przekonaniu upadkiem wielu "niszowych" kierunków na uczelniach państwowcyh. Los filozofii, filologii klasycznych, religioznawstwa w sytuacji, w której można by je było studiować jako jedyny kierunek wydaje się niepewny; w sytuacji powszenej niepewności co do perspektyw zatrudnienia i probiznesowej propagandy młodzi ludzie decydują się studiować coś rzeczywiście interesującego tylko wówczas jeśli asekurują się drugim, rzekomo bardziej chodliwym rynkow kierunkiem.
Rozwiązania te w sposób widoczny idą więc w kierunku ograniczenia naboru na uczelnie państwowe. Jeśli bowiem popyt na "usługi edukacyjne" nieuchronnie musi się zmiejszyć, to aby uczelnie prywatne mogły się utrzymac należy wyeliminować konkrencję.
Jeszcze zabawniejszy pomysł przedstawiają w Rzepie panowie Pawłowski i Pomianek - przedstawiciele uczelni niepublicznych. Chca oni mianowicie, aby Państwo ... sponsorowało studia na uczelniach niepaństwowych; w ten sposób oczywiście miałyby one szanse przetrwać niż demograficzny.
Co jest jednak złego w chęci utrzymania uczelni niepaństwowych? Panowie rektorzy powołują się na przykład USA, gdzie najbardziej prestiżowe uczelnie są prywatne, jak również na potrzebę wprowadzenia konkurencji w edukacji.
Problem polega niestety na tym, iż w Polsce uczelnie niepaństwowe (z bardzo nielicznymi wyjątkami) są uczelniami tylko z nazwy. Uczelnia to nie jest bowiem miejsce gdzie produkuje się magistrów. Uczelnia to powinno być miejsce, gdzie prowadzi się badania naukowe. Te dwie funkcje nie są ze sobą zwiazane przygodnie - tylko ludzie, którzy mają kontakt z rzeczywistą nauką są w stanie być rzetelnymi nauczycielami akademickimi. Tymczasem w naszym kraju uczelnie prywatne żadnych badań, nawet w humanistyce, nie prowadzą. Koszt prowadzenia tychże jest "ofsetowany" na uczelnie państwowe za pomocą instytucji "wieloetatowości". Przeciętny samodzielny pracownik naukowy polega na swojej "macierzystej" uczelni państwowej w celu zapewnienia mu "zaplecza naukowego" w postaci dostępu do laboratoriów/literatury/kontaktów międzynarowodowych, zaś na uczelni prywatnej zmienia się w automat dydaktyczny.
To, że wieloetatowość ta jest najgłębszym źródłem patologii w polskiej nauce wiedzą wszyscy, tylko nikt nie mówi tego głośno. Nie mówią o tym przedstawiciele uczelni państwowych, bo gdyby ją zlikiwdować, to trzeba by zacząć płacić uczciwe pieniądze akademikom (w tak kochanych Stanach Zjednoczonych naprywatnych uczelniach topowi profesorowie z najgorzej opłacanych dziedzin humanistycznych zarabiają do kilkuset tysięcy dolarów rocznie, nie mówiąc o świetnie opłacanych profesorach prawa czy ekonomii). A uczelnie prywatne bez dopływu siły roboczej z uczelni państwowych musiałyby zamknąć swoje podwoje.
Tymczasem "pracować na dwóch etatach" się po prostu nie da. Etat to 40 godzin! Na tak zwanym Zachodzie pracownicy naukowi rzeczywiście tyle pracują - jeśli nie prowadzą aktualnie zajęć, to po prostu siędzą na uczelni prowadząc badania. Bo badania naukowe są po prostu czasochłonne i nie można ich prowadzić w pociągu jeżdząc z "uczelni" do "uczelni". I to jest główny powód, obok braku pieniędzy, żenadnej kondycji polskiej nauki - nasi "naukowcy" po prostu nie mają czasu czytać, nie mówiąc już o myśleniu.
Uczelnie prywatne byłby sens ratować wtedy, jeśli podjęłyby one wysiłek stania się uczelniami sensu stricte - tzn. zatrudniały wykładowców na wyłączność i ci wykładowcy prowadziliby rzetelne badania. Jeśli tak się nie stanie, to ich upadek w wyniku niżu będzie najlepszą rzeczą, jaka się może polskiej nauce przytrafić. Studenci nie będą otrzymywac "wyrobów studiopodobnych", zaś wykładowcy, pozbawieni zbędnych dystrakcji, zajmą się może wreszcie nauką i odbudowaniem jakości kształcenia na uczelniach państwowych. Na których oby wszystkim zdolnym nie zabrakło miejsca.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)