Wszyscy wiedzą, że rządząca nam miłościwie PO jest partią stricte burżuazyjną - to znaczy, że swoje decyzje podejmuje nie pro publico bono, tylko kierując się interesem kapitału - zarówno międzynarodowego, jak i naszych przaśnych post-nomeklaturowych paraoligarchów; ewentulaną niechęć do formułowania tej tezy wprost można jedynie przypisać niechęci do marksizmu. W każdym razie przypadek Pawła Grasia jednoznacznie pokazuje, iż mamy do czynienia z grupą ludzi wprost wynajętych do zarządzania Polską.
Kraj nasz jest jednak o tyle niewdzięcznym polem dla zarządzajacych, iż często następuje tu zużycie władzy - nawet najlepiej obsługiwani pijarowo politycy przejadają się wyborcom. "Klienci są jak karaluchy. Trzeba ich spryskiwać wciąż mocniejszą dawką reklam, bo się szybko uodparniają" - głosi slogan. Jest więc całkiem prawdopodobne, że niedługo konsumenci naszego medialnego matrixu udopornią się na wdzięki Tuska, błazeństwo Palikota etc. Zwłaszcza, że rozmiarów dziury budżetowej nie da się za długo ukrywać - trzeba będzie albo zacząć ciąć wydatki, albo podnieść podatki.
W takiej sytuacji najbardziej racjonalnym wyjściem jest "wymiana zderzaków" - poświęcenie Tuska, a być może nawet uczynienie z niego czy wybranych ministrów kozłów ofiarnych i zaproponowanie "alternatywy" - partii, która zarówno programem, jak i rzeczywistymi działaniami nie będzie różnić się od PO, tyle, że nie będzie się ludziom źle kojarzyć.
I właśnie do tego sprowadza się powstanie SD - Olechowski i Piskorski przez jakiś czas nie byli na świeczniku, więc nie będą się kojarzyć z ewentualnymi kłopotami. jednocześnie ich ewentualne zwycięstwo byłoby gwarancją, że nic się nie zmieni - poza tym, że do apanaży dorwą się ludzie chwilowo przez Schetynę ich pozbawieni; z puntku widzenia klasy rządzącej to czy wykonawcą ich woli jest tusk czy olechowski jest zupełnie bez znaczenia.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)