Udało mi się ostatnio wejść na pozycję pożytecznego idioty. Wyprodukowałem mianowicie mininotkę o polityce narkotykowej. Cóż w tym głupiego? Ano to, że wchodzienie przy obecnym układzie sił politycznych w dyskusję na temat narkotyków, in vitro czy czegokolwiek w tym stylu jest, jak mi się po refleksji zdaję, właśnie zadaniem dla POżytecznych idiotów.
"Wielka dyskusja" o narkotykach jest efektem kampanii medialnej GWoraz propozycji min. Czumy. Powstaje jednak pytanie: co z tego wyniknie? Otóż, przyjmuję zakłady, że nic. Jestem święcie przekonany, iż rząd PO nie zmieni prawa dotyczącego narkotyków ani na bardziej liberalne ani na bardziej restrykcyjne.
Podobna sytuacja miała miejsce z ustawą bioetyczną. Spowodowała ona rozpalenie ideologiczne prawicy i lewicy, ale jak dotąd nie doszło nawet do przedstawienia projektu w Sejmie. Poseł Gowin, zdaje się, ma dostać zaszczytne zadanie przegrania wyborów na prezydenta Krakowa, co zajmie go na pewno bardziej niż "obrona nienarodzonych".
Sądzę, iż w interesie "Partii Miłości, Gazu i Prywatyzacji" jest właśnie takie działanie - "wrzuta" gorącego ideologicznie tematu, rozbudzenia społecznej dyskusji, a następnie nie zrobienie niczego. Nie robienie niczego jest wskazane ze wględów oczywistych - aby utrzymać poparcie na poziomie umożliwiającym wejście Donaldinio do Pałacu oraz powtórkę dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych PO nie może do siebie zrazić żadnej z gałęzi swojego bujengo elektoratu. A należą tam zarówno miłośnicy Wojewódzkiego i Magdaleny Środy oraz "konserwatyści ciepłej wody w kranie". Jakakolwiek akcja legislacyjna mogła by więc prowadzić do alienacji któreś z tych grup wyborców.
Po co jednak w takiej sytuacji rozbudzanie społecznych emocji, co Platforma zdaje się robić całkiem świadomie? Ano, służy ono do mobilizacji elektoratu "umiarkowanego". Włączenie tematu narkotyków powoduje się uaktywnienie "radykałów" (czyli ludzi, którzy mają jeszcze jakieś poglądy na cokolwiek) i pojawienie się w dyskursie propozycji zmiany prawa w którąś stronę - mamy więc "nową lewicę" postulującą depenalizację narkotyków, refundację in vitro etc., oraz "tradycjonalistów", którzy chcą prawo zaostrzyć. W sytuacji uaktywnienia "radykałów", nic nierobiąca PO wyrasta na "partię mniejszego zła", na którą będą głosować zarówno lewacy (bo broni przed "strasznymi Kaczorami") jak i konserwatyści (bo broni przed "lewacką zarazą).
Po drugie, wojna ideologiczna skutecznie polaryzuje możliwą opozycję wobec władzy partii "centrowej". Co z tego, że i prawica i lewica jest krytyczna wobec planów prywatyzacji wszystkiego i byle jak, zniszczenia mediów publicznych etc., skoro nie bardzo wypada im, w obliczu głębokiego konfliktu, przemówić wspólnym głosem. Zajmują się bardziej owe grupy radykalne zwalczaniem siebie nawzajem, niż atakowaniem rzeczywistego hegemona, który wydaje się "mniejszym złem".
Pewien wybitny prozaik i eseista, którego nazwiska jednak nie wypada wymieniać na Salonie, opisał w swoim opowiadaniu sytuację, w której na placu ścierają się demnostracje "feministek" i "monarchistów". Z okna to starcie z zadowoleniem obserwuje demoniczny Redaktor - zakulisowy rzeczywisty władca państwa; wie bowiem dobrze, że dopóki trwa ta walka, jego władza jest niezagrożona.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)