Adam Ostolski z KP słusznie napisał, że "rocznica II wojny światowej" jest "pretekstem do pytania o to, jakie są aktualnie warunki bezpieczeństwa Polski". Tematu tego nie uląkł się Zbigniew Lewicki będący "profesorem Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, w pierwszej połowie lat 90. kierował Departamentem Ameryki MSZ".
Profesor Lewicki rzecze tak:"Państwo takie jak Polska, niemające wiele do zaoferowania, musi długo i usilnie budować bliskie relacje z supermocarstwem, o którego uwagę zabiega niemal 200 krajów świata". Musi tak robić, ponieważ: "Stany Zjednoczone są jedynym państwem zdolnym do realnego wsparcia naszego bezpieczeństwa – i jeszcze do niedawna skłonnym, by dać temu wyraz w postaci stałej obecności wojskowej w Polsce." W jaki sposób zaś ma Polska zdobywać przychylność owego supermocarstwa: "Musi długo i konsekwentnie budować obraz kraju gotowego do działań sojuszniczych na swoją skalę (...). Gdy sojusznik prosi nas o pomoc, odpowiedzią nie powinno być pytanie, co za to dostaniemy, lecz świadomość, że bliska współpraca z supermocarstwem jest wartością bezcenną teraz i na przyszłość." Innymi słowy: "they say 'jump', we say 'how high'". Po drugie absolutnie niedopuszczalne jest, abyśmy mieli wobec USA jakiekolwiek oczekiwania - czy to dotyczące wiz, czy kontraktów w Iraku, ani jakiekolwiek negatywne komentarze wobec polityki i polityków made in US.
Mówiąc w skrócie, obraz świata jaki serwuje nam Lewicki jest następujący: w obliczu zagrożenia ze wschodu, z którym żadną miarą nie damy sobie nigdy rady sami, musimy przyjąć pokornego wasala i petenta w stosunku do USA, licząc na to, że za naszą nienaganną harcerską postawę zostanie nam, w razie jakby co, udzielona pomoc.
Wizja ta razi swoją naiwnością. Stany jawią się Lewickiemu tak, jak belfer jawi się szkolnemu lizusowi - "jeśli będę grzeczny, to czeka mnie nagroda". Nie jestem skłonny czynić z Ameryki "imperium zła", ale każdy rozsądny człowiek przyzna, że jest to po prostu imperium. A imperia nie kierują się wdzięcznościa ani sentymentem, tylko własnym interesem, którego przywilej definiowania pozostawiają sobie. I wyraźnie widać, że w hierarchii amerykańskich interesów Polska znajduje się dość nisko. Oko amerykańskiego Saurona kieruje się raczej w stronę Azji, niż Europy środkowej; dowodem tego może być fakt, jak relatywnie niewiele realnej pomocy wojskowej otrzymuje nasz region.
Można to wyjaśnić tym, że w przeciwieństwie do niektórych naszych polityków i komentatorów, dających się omamić propaganda Putina, USA zdają sobie sprawę, jak niewielkie jest zagrożenie dla stabilności w naszym regionie. Niemcy, tradycyjny zabijaka, po przegraniu dwóch wojen światowych, doszły do wniosku, że lepszymi metodami budowania pozycji są dyplomacja i gospodarka. Plan ekonomicznej wasalizacji Mittleeuropy wykonali zresztą śpiewająco.
Rosja zaś, jak zagrożenie dla europy jest w chwili obecnej stanowczo przereklamowana. Owszem putinowi z towarzyszami udało się powtrzymać proces upadku państwa, opanować sytuację na Kaukazie, umocnić wpływy gospodarcze etc. Ale jakiekolwiek analogie historyczne z zagrożeniem ze strony Związku Sowieckiego są mocno przesadzone. Ludność Związku pod koniec lat 80tych zbliżała się do 300 mln. Dzisiejsza Rosja to kraj klęski demograficznej - liczy sobie zaledwie 140 mln (mniej niż Niemcy i Francja do kupy), z czego duża część to ludzie w podeszłym wieku. Rosja wymiera.
Przez większą część zimnej wojny ZSRR dysponował armią zdolną do rozbicia w puch krajów zachodnioeurpoejskich. W 1978 roku powstał niedawno odtajniony raport, w którym Wielka Brytania zdawała sobie sprawę, że w razie ataku sowietów nie ma szans się obronić. Gdyby nie ochronny parasol USA, to moglibyśmy mieć do czynienia z Ludową Republiką Anglii ze stolicą w Manchesterze. Stabliność w europie i próby podkopania pozycji Sowietów były więc dla Stanów sprawą gardłową.
Dzisiejsza Rosja nie stanowi już takiego zagrożenia. Konwencjonalne siły Rosji wedle wszelkich szacunków są słabsze niż siły krajów Unii Zachodnioeuropejskiej (taka mało znana organizacja, obronna wersja UE, do której Polska dziwnym trafem nie należy). Komentarze na Salonie, jakie trafiały się w dniach wojny w płn. osetii, o czołgach rosyjskich na ulicach Rzymu, można włożyć między bajki.
W takiej sytuacji USA nie widzą najmniejszego powodu, aby szczególnie interesować się obronnością Polski. A uzależnienie naszego kraju w sferze gospodarczej i politycznej, to już nie jest ich business (wymiana gospodarcza z Polską to dla amerykańskiego biznesu żadna wielka rzecz).
Zatem naszą strategią polityczną i militarną ma być podlizywanie się mocarstwu, które nie ma żadnego interesu, żeby nas bronić. I za to można zostać profesorem!


Komentarze
Pokaż komentarze (8)