Podpisanie przez pana prezydenta Kaczyńskiego Traktatu Liz bońskiego wywołało sporo krytycznych reakcji wśród prawicowych blogerów. Choć taki rozwój wydarzeń nie powinien zaskakiwać - prezydent po prostu dotrzymał słowa - od dawna powtarzał, że Traktat podpisze, jeśli Irlandia przyjmie go w referendum. Można też zastanawiać się, czy prezydent rzeczywiście mógł odkładać tę ratyfikację do niewiadomo kiedy, czy też zgoła ją zablokować; przy wszystkich niejasnościach polskiej konstytucji, wydaje się, że jego władza nie jest aż tak rozległa.
Ale oczywiście te subtelności nie są istotne dla naszej kochanej blogerni, która wie, że "Unia jest złem" i na tym jej dyskusja się w tej sprawie kończy. Spróbujmy sobie zatem pofantazjować - jakież to rezultaty miałby rozpad brukselskiej "nierządnicy". Zwłaszcza, że rozważania takie to niekoniecznie SF - o upadku idei eurpejskiej pisze wielu - choćby Rokita w Rzepie, czy Garton Ash w Guardianie.
Wielu krytyków podkreśla , że Unia Europejskia jest zakamuflowaną formą narzucania Europie niemieckiej dominacji. Owszem trudno się z tym niezgodzić. Ale warto wziąć pod uwagę to, dlaczego tak się stało. Otóż Unia Europejska miałabyć pomyślania jako forma kanalizacji niemieckiego ekspanzjonizmu - przestawienia go na bardziej cywilizowane tory. Niemcy są największym ludnościowo po Rosji krajem kontynentu. Są niewątpliwą potęga gospodarczą - mimo, że lata 90-te i 00-e były dla "modelu nadreńskiego" dużym wyzwaniem, to obecny kryzys może się skończyć powrotem etatystycznego paradygmatu opartego na przemyśle, w jakim celują niemcy, nad wolnorynkwoym paradygmatem usługowym, który jest domeną anglosasów. Co więcej, Niemcy utrzymują potężną, jak na współczesną europę armię.
Unia Europejska była więc między innymi francuskim pomysłem na to, jak sprawić, aby po doświadczeniach II Wojny nie dopuścić do odrodzenia się niemieckiego imperializmu. Niemcy nie są bowiem zwykłym krajem europejskim i trudno się spodziewać, żeby zadowolili się taką rolą w polityce międzynarodowej jaką odgrywają powiedzmy Austriacy.
Gdyby więc Unia Europejska miała się rozpaść, a nie jest to wcale wykluczone, to moglibyśmy się spodziewać reaktywacji niczym nieosłoniętego niemieckiego imperializmu. Od zakończenia II Wojny minęło niemal 65 lat, umierają ostatni żywi świadkowie, i trudno się spodziewać, żeby te trumny nadal rządziły niemiecką polityką.
Na czym ten niemiecki imperialim mógłby polegać. Domaganie się miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ chociażby wydaje się zupełnie do pomyślenia. Bomba atomowa? Czemuż nie. Przede wszystkim zaś mielibyśmy do czynienia z bezpardownowym budowaniem strefy wpływów na wschód i południe od niemieckich granic. I nic już by tych niemieckich aspiracji nie hamowało. Słabnąca Rosja, mająca problemy na południowych granicach de facto sugeruje Niemcom pokojowe podzielenie się Europą Środkowo-Wschodnią. Chęć Brytyjczyków i Francuzów do umierania za Gdańsk/Sarajewo już mieliśmy okazję przećwiczyć. Wiara w USA jest czystą naiwnością, opartą na bajeczkach o dobrym wujku Reganie. Rokita, Dudek (obaj w rzepie) i Ashpiszą wprost: USA wycofują się z Europy. Jeśli sytuacja w Azji ulegnie dalszej komplikacji, to niewykluczone że z ulgą przywitają propozycję likwidacji bazwy w Rammstein.
Oczywiście, nie należy się spodziewać bezpośredniej inwazji. To nie te czasy i transmisje krwawe zakłóciłyby spokój niemieckiej duszy przy kiełbasie. Ale dyplomatyczna i gospodarcza wasalizacja Polski stałaby się bez wątpienia bardziej bezwględne. To by była niepodległość.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)