Mianowanie Hermana "Rumpy-Pumpy" na "prezydenta" i Baronowej Whatshername na "ministra spraw zagranicznych" UE nie wzbudził burzy ani w polskiej blogosferze ani mediach, zajętych tak jak zwykle do niczego nieprowadzącą nawalanką światopoglądową. Być może wynika to z faktu, iż są to osoby, o których nikt nic nie wie, a jak już się coś o nich wie, to nie są to rzeczy ciekawe.
Jednak warto zauważyć, iż to właśnie miałkość i nieokreśloność tych osób jest czymś zastanawiającym i prowadzącym do niepokojących wniosków - co znajduje swój wyraz choćby w ożywionej dyskusji w prasie brytyjskiej. Jak to się stało można się zastanawiać, że człowiek, którego najważniejszą w życiu funkcją było bycie premierem Belgii przez ... 10 miesięcy, oraz pani, o której istnieniu nawet wyrobieni politycznie rodacy nie mieli zielonego pojęcia zostają nagle obdarzeni tak dużą odpowiedzialnością?
Drugą kwestią, która wzbudza oburzenie jest całkowicie antydemokratyczny charakter tej decyzji, przywodzący na myśl raczej tandetne parodie teorii spiskowych niż demokratyczny proces polityczny: oto po zakulisowych, nieprzejrzystych negocjacjach nominaci są prezentowani jak wyciągnięty królik z kapelusza. Fakt, iż dużą rolę w jego wyborze odegrała niesławna Grupa Bildenberg stanowi scenę żywcem wyjętą z political fiction.
Obrońcy tej decyzji, zarówno pod względem osobowym, jak i procedury wyboru, argumentują że taka decyzja jest odbiciem tego, iż funkcje te nie mają zbyt wielkiego wpływu, i że skoro UE nie jest superpaństwem, to role administracyjne nie mogą być obsadzane w sposób demokratyczny (przez powszechne głosowanie) ale właśnie przez międzyrządowe negocjacje.
Wydaje się, iż mamy doczynienia z dość kuriozalną sytuacją. Z jednej strony UE, jak się nas zapewnia nie jest superpaństwem, w związku z czym idea wyborów powszechnych na przeydenta nie ma sensu, z drugiej jednak strony instytucje UE mają o wiele większe urpawnienia niż byle jaka organizacja międzynarodowa.
Sytuacja jaką obserwujemy jest sytuacją transferu władzy od demokratycznie wybranych władz państw narodowych do niedemokratycznie ustanowionych instytucji, które są obsadzane w sposób absolutnie niejawny. W ten sposób następuje stopniowe wypłukiwanie demokracji i odbieranie władzy suwerenowi, którym są ludy poszczególnych państw członkowiskich. Władze UE nie są odpowiedzialne polityczne w tym sensie, iż nie mogą zostać odwołane w wyborach. Natomiast demokratycznie wybrane (a co za tym idzie demokratycznie odwoływalne) władze państw narodowych maskują swoją indolencję tym, iż ich kompetencje powoli przejmuje UE.
W tej logice post-demokratyzacji, czyli przenoszenia władzy na ciała niedemokratyczne, mieści się doskonale wybieranie osób nijakich na pozornie eksponowane stanowiska. Dysponująca olbrzymim budżetem baronowa Ashton nie ma własnego zaplecza politycznego i dlatego może być doskonalne bezwolnym narzędziem tych którzy ją wybrali. Jako nominatka brytyjskiej partii pracy będzie ona całkowicie zależna od swoich mocodawców - co zapewnie laburzystom duże wpływy w polityce światowej, mimo, że są oni skazani na porażkę w nadchodzących wyborach. Cóż więc z tego, że brytyjczycy w wyborach zagłosują nad odsunięciem partii Balira od władzy, skoro jej zombie będzie nadal rządzić?
Moim osobistym zdaniem jedynym wyjściem z tej sytuacji jest ... otwarty projekt federacyjny. Zwołanie wyborów do paneuropejskiej konstytuanty, która przygotowałaby projekt konstytucji unijnej, jednoznacznie regulujący podział komeptencji pomiędzy brukselą a państwami narodowymi. projekt ten powinien być później przegłosowany w paneurpoejskim referendum, którego wyniki byłyby wiążące dla wszystkich. jeśli mielibyśmy do czynienia z jawną federacją, wówczas można byłoby mówić o jej legitymizacji. W przeciwnym razie mamy do czynienia z pełzającym zamachem stanu.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)