Jestem chyba jedyną osobą (poza Markiem Błaszkowskim) z salonu, która nie oglądała i nie zamierza oglądać filmików z senatorem Piesiewiczem.
Nie zamierzam argumentować, że "artyście wszystko wolno". Nie, nie wolno. Gdyby to ode mnie zależało, to Polański (o ile okazałoby się po uczciwym procesie, że jest winny wymuszenia stosunku na nieletniej) spędził by resztą życia w więzieniu a nie w domku wczasowym w jednym z najdroższych kurortów świata.
Nie twierdzę też, że wciąganie koki i zabawianie się z wynajętymi dziewczynkami to takie sobie niewinne zabawy - istnieją nie "zaściankowe" czy też wręcz "lewicowe" argumenty etyczne przeciw narkomanii i przeciw prostytucji.
Tylko jedno mnie zastanawia: co to ma wspólnego z polityką? Jeśli politykę rozumiemy jako troskę o dobro wspólne, lub jako arenę ucywilizowanego ścierania się interesów grupowych, to wydaje się że nic. Jeśli my, wyborcy, powinniśmy mieć do senatora pretensje, to o wspieranie beznadziejnego (moim zdaniem), koniunkturalnego i prawdopodobnie głęboko skorumpowanego rządu. (Jako kinoman mam też do niego pretensje o pisanie wyjątkowo dętych i pretensjonalnych pseudo-metafizycznych scenariuszy, ale to inna kwestia).
Kwestie "gier i zabaw" senatora są kwestią jego sumienia i ewentualnie prokuratora. Czynienie z nich głównego przedmiotu zainteresowania mediów stanowi przejaw staczania się dyskusji politycznej w kierunku portalu pudelek. O zacieraniu się granic między debatą polityczną a światem reality show świadczy zresztą dobitnie fakt, iż "gwiazda" big brothera znalazła się w parlamencie. Przestajemy ze sobą rozmawiać o pryncypiach, nie liczy się walka idei - rozmowa kręci się wokół dupy i ewentualnego wyciągania brudów. Emocjonowanie się piesiewiczem jest przejawem tej samej choroby, której objawem były ohydne insynuacje dotyczące gejostwa J. Kaczyńskiego czy Z. Ziobry - i nie chodzi o to, że mam coś przeciwko temu, aby Ci panowie się zabawiali z chłopcami (albo wiem, że to robią). Chodzi o to, że jeśli traktujemy tego typu "zarzuty" jako godne uwagi, to sami wieszamy sznur na własnej szyi. Obie strony politycznej barykady są bowiem równie zdolne do wieszania na sobie obyczajowych psów - demokraci za zipergate odwdzięczyli się córką p. Palin.
Grozi nam bowiem tyle, że w polityce przestaną się już pojawiać ludzie mający jakąś wizję wspólnoty, czy reprezentujący określoną grupę. Będziemy mieli tylko do czynienia z wyprodukowanymi przez PRowskich macherów robotami, teflonowymi postaciami bez biografii, trzymanymi krótko na smyczy przez swoich sponsorów. W dzisiejszej polityce nie byłoby już miejsca choćby na Churchilla z jego butelką whisky dziennie. Jest miejsce na Obamę i Tuska. Jest miejsce na politykę sprowadzoną do reklamy płatków śniadaniowych i ćpających staruszków.
ps. inspiracją są posty ezekiela i wypowiedzi Marka Błaszkowskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)