Od pewnego czasu można zauważyć kryzys „idei europejskiej” jako projektu stworzenia nowego superpaństwa, zasiedlanego przez 'europejskiego nowego człowieka'. Zamiast tego, w praktyce, mamy odwrót do 'Europy Ojczyzn'. Co jednak kryje się za tym romantycznie brzmiącym pojęciem? Otóż kryje się mniej ni więcej taka idea, że każde państwo myśli przede wszystkim o sobie, a o solidarności europejskiej przypomina sobie wtedy, jak mu jest to do czegoś potrzebne. Zachowując się zgodnie z tą wizją, Kaczyński ma obowiązek na forum europejskim przede wszystkim o interes Polski, nie zaś abstrakcyjnej „Europy”.
Fair enough, jak mawiają Anglicy. Warto jednak zauważyć, iż podobnie jak Kaczyński, powinni, w tym paradygmacie zachowywać się Brown, Sarkozy, Berlusconi czy Merkel – troszczyć się przed wszystkim o rację stanu własnego kraju, bez oglądania się na innych.
I wygląda na to, że to właśnie robią. Jeśli bowiem przyjrzymy się sprawie sine ira et studio to okaże, się, że w interesie Francji czy Niemiec nie leży konfrontacja z Moskwą. Wbrew wizją, jacy snują niektórzy salonowicze, szanse na to, że Rosja będzie realnym zagrożeniem dla tych krajów są żadne. Odłożywszy na bok, ulubione w Polsce i USA żarciki o francuskim duchu bojowym i przyjrzawszy się dostępnym publicznie danym, zobaczymy, że Francja to autentyczna potęga militarna. Są drudzy na świecie pod względem wydatków na wojskowość, mają trzeci co do wielkości arsenał nuklearny, no i własny przemysł zbrojeniowy. Niemcy zaś, jak wiadomo, od czasów drugiej wojny światowej stali się narodem pacyfistów, co objawia się m.in. utrzymywaniem największej w Unii armii lądowej i wydawaniem na wojsko więcej niż Rosja czy Izrael.
Putin i Miedwiediew musieli by być niespełna rozumu, by na poważnie myśleć o wojnie z którymś z tych krajów. Sarkozy i Merkel są na pewno tego świadomi, dlatego straszenie rosyjskim niedźwiedziem jakoś ich nie przeraża. Wykorzystują więc konflikt w Gruzji do ... utarcia nosa USA (notabene patrona Gruzji, które jak przyszło co do czego to wysłało tam 0 żołnierzy) i pokazania, że bez ich pomocy Stany nie mogą bawić się w światowego policjanta. Co zresztą nie powinno dziwić – już od de Gaulle'a doktryna Francji polegała na lawirowaniu między USA a Rosją w celu odzyskania mocarstwowej pozycji. Nihil novi sub sole.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)