14 obserwujących
292 notki
405k odsłon
  121   0

Roszady przedprezydenckie

Zbliżające się wybory prezydenckie coraz bardziej ekscytują i polityków i media. Wszyscy zastanawiają się „kto po Lechu Kaczyńskim?”, uznając za rzecz oczywistą, że urzędujący Prezydent nie ma szans na reelekcję. Faktycznie, była to (właściwie nadal jest) prezydentura fatalna, naznaczona socjalną demagogią i machaniem szabelkami. Recital na placu w Tbilisi sprzed roku stanowi szczytowy moment panowania Lecha Kaczyńskiego.

Nie będę się zajmował wróżeniem z fusów kto jest „pewniakiem” i kto ma „prezydenturę w ręku”, gdyż przez rok dużo się może jeszcze wydarzyć. Bardziej interesujące są rozważania o stosunku prawicy (rozumiem przez to ugrupowania na prawo od okupującego prawą część sceny politycznej PiSu) do tych wyborów, a przede wszystkim do taktyki jaką zastosuje w tych wyborach. Powiedzmy sobie szczerze, że wyborów tych raczej nie wygramy i żaden kontrrewolucjonista Prezydentem RP nie zostanie.

Prawica ma dwie możliwości ustosunkowania się do wyborów prezydenckich: 1/ zagrać na zamieszanie sceną polityczną; 2/ zagrać na własnego kandydata. Przeanalizujmy te możliwości.

Wariant pierwszy zakłada, że skoro kandydat czysto prawicowy na Prezydenta nie ma szans na wygraną, to trzeba poprzeć kandydata, który zamiesza i wstrząśnie polską sceną polityczną. Jest to pomysł na pocięcie w poprzek PiS i PO i stworzenie jakiejś nowej formacji do której prawicowe środowiska będą mogły zgłosić swój akces. Innymi słowy: chodzi o wykreowanie nowego, w miarę szerokiego podmiotu, który przebije się do świadomości społecznej i załapie się w kolejnych wyborach do Sejmu – wraz z prawicowymi posłami na pokładzie. Czyli chodzi o przełamanie oligarchicznego układu politycznego – opartego na finansowaniu partii przez podatników – i wprowadzenie do Sejmu nowego bytu politycznego. Kandydat takiego obozu nie może być nazbyt prawicowy, musi obejmować sporą szerokość sceny politycznej. Początkowo mówiło się tu o Jerzym Buzku, ale ostatnio wymienia się kandydaturę Macieja Płażyńskiego. To dobry kandydat: i założyciel PO i poseł wybrany z list PiS. A więc miałby szansę porządnie zamieszać na scenie politycznej. A wszystko co służy wstrząśnięciu oligarchicznym układem 4 partii systemowo-instytucjonalno-budżetowych stanowi dla polskiej prawicy jakąś szansę politycznego powrotu.

Wariant drugi opiera się na przekonaniu, że prawica może znaleźć własnego kandydata, który zrobi dobry wynik, co pozwoli mu z rozproszkowanych partii sklecić wokół własnej osoby nowe „ekumeniczne” ugrupowanie. Pomysł ma jedną silną stronę: Lech Kaczyński w oczach elektoratu katolicko-prawicowego jest kompletnie skompromitowany, dlatego została po prawej stronie luka w elektoracie możliwa do zagospodarowania i zdobycia – jak oceniam – do 7% poparcia. Ale pomysł ma też słabą stronę: do wykonania tego manewru zdaje się szykować Marek Jurek, który posiada cechy umożliwiające mu zrobienie niezłego personalnego wyniku i uniemożliwiające mu zjednoczenie prawicy. Trudno bowiem znaleźć drugą osobę tak ciężką we współpracy, personalnie skonfliktowaną i politycznie nieobliczalną. Marek Jurek być może zrobi dobry wynik, ale nie będzie w stanie przekuć tego na stworzenie dużej partii prawicowej. Odnoszę wręcz wrażenie, że zrobi co będzie mógł, aby powstanie takiego podmiotu zablokować; jeśli zaś podmiot taki powstałby, to zrobiłby wszystko co się da, aby go rozłożyć od wewnątrz. Wieloletnia obserwacja drogi politycznej byłego Marszałka Sejmu nie pozostawia tu nawet cienia wątpliwości.

Jakie więc alternatywy stoją przed prawicą? Po pierwsze, możemy zagrać w wariant z Maciejem Płażyńskim (lub kimś podobnym, kto pociąłby PiS i PO i zamieszał na scenie politycznej), licząc, że przy ogólnym zamieszaniu uda się nam współtworzyć spory podmiot polityczny, który przebije się przez siedzącą na pieniądzach podatników oligarchię partyjną, i pozwoli nam wrócić do poważnej polityki. Po drugie, możemy postarać się znaleźć kandydata stricte prawicowego lepszego niż Marek Jurek, którego nazwisko skłoni byłego Marszałka Sejmu do rezygnacji ze startu.

Oczywiście, jest jeszcze trzecia możliwość, którą określiłbym mianem „najbardziej prawicowej”, a mianowicie taka, że część prawicy poprzez Płażyńskiego (czy kogoś w tym stylu, kto zamiesza na scenie politycznej), Marek Jurek wystartuje reprezentując sam siebie, a pozostała część prawicy wystawi jeszcze ze dwóch czy trzech równie „cudownych” kandydatów w osobach swoich liderów. A wtedy skończy się tak, że w pierwszej turze nic nie zwojujemy, a w drugiej staniemy przed wyborem: Donald Tusk czy Lech Kaczyński? Przy takich alternatywach, ja wybiorę spacer z psem po lesie.

Adam Wielomski

 

Lubię to! Skomentuj59 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale