Jestem wrogiem lustracji, ganiam za masonami z siekierą (a szczególnie za red. Wildsteinem). Słowem – stałem się „Michnikiem prawicy” i „obrońcą agentów”. Takie ostatnio spotykam o sobie opinie w internecie.
Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że istnieje w naszym kraju spora grupa osób, które posiadły umiejętność płynnego czytania bez rozumienia tekstu. Nie wiem, albo ja piszę w sposób nazbyt hermetyczny i niezrozumiały dla przeciętnego Czytelnika, albo jest spora grupa osób, która po prostu nie chce zrozumieć tego, co czyta. Chciałbym więc wyjaśnić pewne sprawy, choć zdaję sobie sprawę, że są takie osoby dla których nie ma znaczenia co napiszę, gdyż osoby te i tak wiedzą co napisałem zanim przeczytają mój tekst, a być może nawet bez konieczności lektury.
W związku ze sprawą dziennikarskich pomówień wobec jednego z wydawców zająłem ostatnio publiczne stanowisko, że nie mogę uznać kogoś za agenta wyłącznie dlatego, że tak napisał ktoś w jakimś periodyku, nawet jeśli jest to gazetka wydawana przez IPN. W żaden sposób nie oznacza to, że jestem „wrogiem lustracji”, a jedynie, że domagam się aby dokonywało się to w formie gwarantującej osobie pomówionej możliwość weryfikacji materiału IPN na drodze sądowej, wolnej od subiektywnych dziennikarskich ocen, połączonych z poszukiwaniem sensacji.
Sprzeciwiam się wyłącznie otwarciu na oścież archiwów IPN - co jest czymś zupełnie innym niż lustracja – gdyż znajdują się tam materiały o życiu prywatnym osób inwigilowanych przez SB, a więc materiały o ofiarach. Lustracja jest weryfikacją czy ktoś był tajnym współpracownikiem SB i państwo ma prawo zadać każdemu urzędnikowi takie pytanie. Sam fakt współpracy jest naganny moralnie, ale III i IV RP stanowiąc prawną kontynuację PRL nie ma prawnej możliwości za taką współpracę karać. Może jedynie karać za kłamstwo w tej kwestii. Lustracja to ściganie byłych tajnych współpracowników, którzy kłamią, że nimi nie byli. A więc „poszkodowanymi” lustracji są agenci, którzy muszą albo skłamać, albo publicznie przyznać się do hańbiących czynów. Tymczasem w przypadku otwarcia archiwów dostanie się agentom (bo każdy będzie wiedział – oto agent), ale i ich ofiarom, czyli osobom na które zbierano materiały dotyczące ich prywatnego życia, gdyż nagle dane te staną się własnością opinii publicznej.
Zawsze byłem wrogiem dyskursu pisowskiego i podziału sceny politycznej (i ludzi) na wrogów i zwolenników lustracji, tak jak gdyby była to jedyna istotna linia podziału w Polsce. Tymczasem ten symplicysytczny obraz świata coraz bardziej się popularyzuje. Jest to dla mnie dziwne, gdyż czas powiedzieć głośno brutalną prawdę: po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który zanegował w ogóle prawną możność lustracji jako takiej, lustracji na 99% już nigdy nie będzie, ew. stanie się to za 20 czy 30 lat, gdy agenci będą już na emeryturach lub na tamtym świecie. Nawet PiS porzucił wiarę w lustrację i zarzucił ten temat. Tenże PiS nie wniósł projektu ustawy o otwarciu archiwów IPN, gdyż kierownictwo tej partii zdaje sobie sprawę ile szkody ofiarom SB narobiłoby otwarcie archiwów na oścież.
Co ciekawe, w miarę jak możliwości prawne przeprowadzenia lustracji oddalają się, radykalizują się jej zwolennicy. Zaczął się groźny, jakobiński proces wyszukiwania „wrogów lustracji” na prawicy i ogłaszania nazwisk „zdrajców”. Bardzo bym prosił o relekturę moich tekstów na ten temat i znalezienie tych fragmentów, gdzie stwierdziłem, że jestem wrogiem lustracji polskiej klasy politycznej. Mylicie Państwo dwa pojęcia: lustracja i otwarcie archiwów. Nie mam nic przeciwko lustracji osób pełniących funkcje publiczne, ale jestem przeciw otwarciu archiwów IPN.
To, co powoduje insynuowanie mi „michnikowszczyzny” to fakt, że nie uznaję dogmatu o nadprzyrodzonej prawdziwości wszystkich dokumentów znajdujących się w IPN. I właśnie dlatego podchodzę sceptycznie do lustracji dokonywanych przez dziennikarzy i domagam się weryfikacji na drodze sądowej. Zresztą, jeśli jest tak jak twierdzicie, że wszystkie dokumenty IPN są prawdziwe – to czego się boicie? Niezależnego sądu?
Wy wierzycie w dogmat o prawdziwości archiwów IPN, ja nie. Jako katolik rzymski wierzę wyłącznie w dogmaty podane mi przez Magisterium Kościoła. Czy IPN siedzi na górze fałszywek? Nie. Jedynie zakładam, że mogą tam znajdować się dokumenty, które wymagają sądowej weryfikacji lub spojrzenia na nie w pewnych kontekstach, które mogą wyjść na jaw jedynie w czasie procesu sądowego. Jeśli sądy będą w 100% potwierdzać opinie IPN, to dam się przekonać, że IPN jest nieomylny, ale – póki co – praktyka sądowa idzie w innym kierunku. Wymieńmy tu np. casus Zyty Gilowskiej.
Zdaję sobie sprawę, że wielu Czytelników nie przebrnie przez ten tekst, lecz stwierdzi bez czytania, że „Wielomski znów napisał tekst antylustracyjny”; wiem, że będą tacy, którzy tekst przeczytają i utwierdzą się w mniemaniu, że jestem „Michnikiem prawicy”, gdyż podważyłem objawiony dogmat o nieomylności IPN i „bezczelnie żądam”, aby to niezależne sądy stwierdzały kto jest, a kto nie jest agentem.
No trudno. Kierują moją publicystykę nie do mas, ale do tych, którzy czytają ze zrozumieniem. Ludzie, którzy z natury nie rozumieją zawsze stanowili większość i stanowią nadal mimo kolejnych „triumfów” państwowej edukacji. Niezrozumienie przez masę stanowi przeznaczenie konserwatysty.
Adam Wielomski
Inne tematy w dziale Polityka