Przeczytajcie relację z akcji CBA. Jej środkowej części. Tam gdzie jest mowa o przygotowywaniu przez CBA odpowiednich dokumentów i ich podróży z jednego urzędu do drugiego. Jacek Żakowski kreśli następujący szlaczek
wójt-->marszałek-->dyrektor departamentu-->wiceminister-->minister rolnictwa
[nie zaznaczono powrotów]
Trochę dużo, prawda? A chodzi o jedną transakcję, jeden wniosek. Ile ich spływa do ministerstwa dziennie, tygodniowo, miesięcznie, rocznie? Ile podobnych spraw jest w każdym z ministerstw? Pozwoleń, licencji, potrzebnych pieczątek, podpisów... Stosy papieru.
I jak tu nie dać łapówki?
W całej Operacji Lepper jeden element układanki od początku (od chwili, gdy Lepper oświetlił wiceministra Kowalczyka) mi nie stykał. Aby papier trafił do Leppera, musiał zostać najpierw podpisany przez wiceministra. Zagadkę zawikłał Kamiński, twierdząc iż dokumenty zostały obarczone wadą prawną, nie można było legalnie ich zatwierdzić. Wiceminister nie dostrzegł fałszerstwa, a dokumenty - po pobieżnym przejrzeniu - podpisał. Stwierdził także, że nie ma obowiązku sprawdzać, czy i na ile dana działka jest atrakcyjna pod względem budowlanym.
Muszę wierzyć wiceministrowi na słowo. Tylko nie mogę się nadziwić, po co te papiery w ogóle trafiają do ministra? Może nawet po co do ministerstwa? Jeśli i tak de facto sprawa załatwiana jest niżej? A minister podpisuje dokumenty rutynowo? Dlaczego leżakują w resorcie, czasem miesiącami?
Po co powołano CBA... by walczyła z korupcją. Proste pytanie, jeszcze prostsza odpowiedź. Rzeczywistość nie jest tak przejrzysta. Korupcję (jak większość negatywnych zjawisk) najłatwiej eliminować niwelując jej przyczyny. Kolejny banał. Jednak nie dla polityków. Wolą mnożyć mechanizmy kontrolujące.Tak jakby one nigdy nie ulegały korupcji. Ale kto z własnej woli pozbawi się etatów do obsadzenia? I okazji do zarobku...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)