Janusz Tazbir w jednej ze swoich książek opisuje dziewiętnastowieczne polskie miasteczko. Zapuszczone, zapomniane przez Boga i diabła. Mieszkańcy wygląd mieściny ze swadą objaśniali potopem szwedzkim. Podobny mechanizm działał ponoć w niektórych regionach Hiszpanii. Tam wytłumaczeniem wielowiekowej stagnacji miały być rzecz jasna działania świętej inkwizycji.
Jakoś kojarzą mi się te obrazki z sytuacją na naszej scenie politycznej. Cokolwiek się stanie, winni są postkomuniści. To jedyny constans polskiej polityki. Chcę wierzyć, że właśnie to przekonanie (a nie cynizm) kieruje – prawoskrzydłowymi – krytykami PO. Starcie do krwi ostatniej z Komuną jest przecież ważniejsze od interesów jakiejś tam marginalnej partii politycznej, rządzonej na dodatek przez Herr Tuska.
Otóż nie. Platforma nie jest wasalem Kaczyńskich. Może nie do końca wiadomo czym jest, ale na pewno nie ma za zadanie spełniać wszelkich zachcianek PiS. Jest samodzielnym (podkreślić?) bytem politycznym, ma własne (podkreślić?) cele. Oraz – przynajmniej powinna mieć – strategię, plany, pomysły. I w tej strategii zgoda na natychmiastowe samorozwiązanie parlamentu byłaby kompletnym idiotyzmem.
Zapomnij o postkomunistach, geniuszu Kaczyńskiego i walce z Układem. Jesteś szefem partii opozycyjnej. Rywalizującej z rządzącymi o elektorat. Masz do wyboru:
1 przeczołgać głównego konkurenta
2 uratować mu... cztery litery
Co robisz? Oczywiście ratujesz tyłek. Bo walczysz z Komuną.
Przyjrzyjmy się heroicznej walce z bliska.
Walczono z Komuną w 1993. Tak skutecznie, że aż uratowano najtwardszy pzprowski beton. Czy była wówczas szansa na jakąś inną lewicę? Niewielka, ale może... Najlepiej byłoby pytać o to Ryszarda Bugaja. W 1995 [Komuna] była w zasadzie na łopatkach i dzisiejsze tuzy tzw. prawicy mogły świętować porażkę Lecha Wałęsy. Kolejnym gwoździem do trumny Czerwonej Dziwki były lata 1997-2001. Aż w końcu, jesienią 2005 Komuna padła ostatecznie i na wieki. Jak wąż pożerający własny ogon.
Uwaga, stawiam odważną tezę! Dopóki Komuna będzie obsesją i w zasadzie jedynym wyznacznikiem prawicowości, w Polsce nie powstanie normalna(*) scena polityczna. Nie zmienią tego strategiczne plany Jarosława, poprawianie ordynacji, komisje śledcze i finezyjna robota prokuratorska. Może zmienić uplyw lat. Choć niekoniecznie – pewnie i w następnym stuleciu w wyborach będą zwyciężać/przegrywać kombatanci wojen z Komuną. Warto tracić tyle czasu? I energii. Na walkę z Widmem. Nawet Czerwonym...
(*) normalna? Hmm, w sumie, co to znaczy?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)