Zawsze wydawał mi się postacią bardziej -komiczną niż tragi-. Prezydent jako niemal jedyna ofiara zamachu stanu, który ginie strzelając sobie z kałacha w łeb, to jednak coś śmiesznego. Może jest ze mną coś nie tak, ale bardzo długo tak właśnie odbierałem chilijski pucz. Z polskiej perspektywy (do czego jeszcze wrócimy) flirt z Castro był kompletnie kompromitujący. O wcześniejszych poglądach Allende już nawet nie wspominając.
Jednak nigdy nie potrafiłem zachwycać się Pinochetem. Czy tutaj tez decydowała polska uraza do porządkowych w mundurach? Sprawy nie ułatwiły: osławiona wyprawa parlamentarzystów z ryngrafem oraz plotki o wielomilionowych kontach familii Pinochet. Warto jednak zauważyć, że - paradoksalnie - narodowiec Pinochet pochodził ze znacznie uboższej rodziny niż komunista Allende.
Sam się dziwiłem swojemu niezdecydowaniu. Działo się tak mimo iż z polskiej perspektywy wybór powinien być prosty. Każdy walczący z komuną to bohater. Po pewnym czasie odkryłem jednak, że starcia Allende-Pinochet nie można zrozumieć bez znajomości tła. A już sprowadzanie go do westernowego pojedynku Dobry-Zły jest olbrzymim nadużyciem.
Ponownie wracamy do Polski. W naszym kraju najchętniej buduje się właśnie taką opozycję. Trzy tysiące ofiar Pinocheta stawia się na szali ze 100 mln zamordowanych przez komunizm i w ten sposób uniewinnia generała. Porównanie, nie dość że obrzydliwe, to jeszcze wzięte z Księżyca. Populizm najczystszej wody. Strony równania zostały dobrane wybiórczo i pod tezę. Bo jak porównywać sytuację w jednym kraju z globalną tragedią? Jak czytam - można.
W takim razie i ja chętnie przyjmę szerszą perspektywę, rezygnując jednak z zimnowojennej. I wpiszę Pinocheta w długie dzieje latynoskiej dyktatury. Z coraz bardziej widoczną obecnością Jankesów w tle. Ciekawe, że Stany Zjednoczone uznały Ameryką Południową za swoją strefę wpływów, jeszcze wówczas gdy wyzwoliciele (którzy co prawda potem stawali się dyktatorami) nie wyrzucili Hiszpanów z kontynentu.
150 lat postkolonialnej historii kontynentu to tak naprawdę dzieje junt wojskowych. Wojen międzypaństwowych i domowych. Charyzmatycznych i/lub groteskowych przywódców i ich pogromców, którzy wychowywali kolejnych uzurpatorów. Kapitalizmu politycznego, przy którym dzisiejsza Polska to raj na ziemi. Olbrzymich latyfundiów kreolskiej śmietanki towarzyskiej i rasistowskiego systemu społecznego. Dyktatu zagranicznych - najczęściej amerykańskich - przedsiębiorstw. Mieszanka ta przyniosła miliony ofiar. Wojennych, politycznych i ekonomicznych. Do stu pewnie daleko, to prawda...
Tacy ludzie jak Castro, Allende czy dziś wenezuelski Hugo nie biorą się znikąd. Nie przez przypadek ludzie w Argentynie - potencjalnie jednym z najbogatszych państw regionu, a może i świata - mają trzech świętych: Evitę, Che i Diego. I płaczą, gdy Maradona po kolejnym przedawkowaniu ląduje na oddziale intensywnej terapii. To że dają się łapać na socrealistyczny bełkot, to naprawdę nie tylko ich wina.
Wracając do Chile. Zgadza się, Pinochet realizował uchwałę parlamentu. Jednak Allende miał rozpisać plebiscyt, czytam w kilku miejscach. Jaka wagę w chilijskim systemie politycznym ma uchwała? Zgadza się, sytuacja gospodarcza za Allende się pogorszyła. Na ile to jednak efekt działań Allende, a na ile CIA i dywersującej działalność najlepszego rządu opozycji? Zgadza się, Allende znacjonalizował wiele zagranicznych firm. Jednak Pinochet nie oddal kopalń miedzi poprzednim - amerykanskim! - właścicielom. Zbudował na nich boom gospodarczy, zresztą dopiero w latach 80. Zgadza się, Allende był krwiożerczym potworem, jednak to Pinochet użył wojska. A Allende nawet nie rozdał broni najwierniejszym ze swoich ludzi. Zgadza się, rządy Allende wywołały ferment społeczny. Jednak zamach Pinocheta wygnał poza granice kraju kilkaset tysięcy ludzi i na parę lat zabił w Chilijczykach entuzjazm. Można tak się przerzucać długo...
Dwie kompletnie różne postacie? Czy na pewno? Łączy ich przynajmniej jedno - obaj w globalnej wiosce funkcjonują, a już na pewno w Polsce, na prawach mitu. Tylko to?


Komentarze
Pokaż komentarze (29)