Jest przyciągającą uwagę blondynką. Ma błękitne oczy, gdy uśmiecha się na policzku pojawiają się urocze dołeczki. Wypielęgnowane dłonie, z długimi jak u pianistki palcami. Nic dziwnego - w tym roku skończyła konserwatorium.
Jekaterina kilka lat temu wraz z grupą znajomych założyła Rosyjski Związek Wypędzonych, obecnie pełni funkcję sekretarza organizacji. Rozmawiamy w jednym z najmodniejszych moskiewskich pubów. Ceny robią wrażenie nawet jak na stolicę byłego imperium, piwo kosztuje tyle ile przeciętny Rosjanin zarabia w tydzień.
Dziewczyna urodziła się w roku 1983 w Berlinie Wschodnim. Ojciec był wysokim stopniem oficerem radzieckiej armii, ona i jej dwaj starsi bracia wychowywali się w NRD. Jak mówi, do Rosji przyjeżdżali raz, dwa razy do roku. Na stałe wrócili w 1991, wraz z ostatnimi oddziałami rozpadającego się mocarstwa.
- Najpierw był szok. Puste sklepy, szaro ubrani ludzie, Jelcyn na czołgu... pierwsze prawdziwe wspomnienia z ojczyzny - zaciąga się papierosem - Nowa szkoła, kłopoty z nauką, niezrozumiała rzeczywistość. Kilka lat trwało, zanim się człowiek przystosował.
Ten czas był potrzebny nie tylko na adaptację, ale także na zapomnienie, a później przypomnienie sobie niemieckiej części dzieciństwa. - To zbiegło się z egzaminem dojrzałości - opowiada - trafiłem w internecie na grupę równolatków, tak jak ja urodzonych w Niemczech Wschodnich. Początkowo to była zabawa, nazywaliśmy sami siebie "opuszczonymi dziećmi DDR". Refleksja, że coś tu jest nie w porządku, że należy się nam jakieś zadośćuczynienie, nadeszła później.
Tak powstała organizacja. Obecnie liczy kilka tysięcy członków, nie tylko urodzonych w latach 80. Kilka dni temu do sądu rejonowego w Köpenick wpłynął pierwszy wniosek o odszkodowanie. Pozywającymi są rodzice chłopaka, który po powrocie do Rosji nie potrafił sobie poradzić, wpadł w narkotyki i popełnił samobójstwo. Podobny wniosek, złożony w Moskwie, został w zeszłym roku odrzucony. W sentencji wyroku sędzia zasugerował zwrócenie się do niemieckiego sądu. Jeśli wygrają, pozwów będzie więcej.
Próbuję zrozumieć logikę kierującą działaniami organizacji. Przecież ich ojcowie służyli w armii okupacyjnej. Wyznaję swoje wątpliwości. Jekaterina odpowiada ze swadą - Przerwano nam dzieciństwo. Pan nie jest w stanie tego zrozumieć. Zresztą, może dzieci inaczej reagują, ale nie czuliśmy wrogości otoczenia. Bawiliśmy się z niemieckimi rówieśnikami, posługiwali mieszanym niemiecko-rosyjskim żargonem. Ich rodzice czasem pracowali w bazie, zarabiali na nas. Komu to przeszkadzało? - pytanie brzmi nieszczerze, tak jakby wypowiadała je wielokrotnie.
Opowiadam o okrucieństwie Armii Czerwonej, zgwałconych kobietach, powszechnym rabunku, bydlęcych wagonach jadących na wschód. Prycha ze złością - To się wydarzyło pół wieku temu! Nawet mojego ojca nie było wtedy na świecie. My, Rosjanie, nie możemy wiecznie odpowiadać za zbrodnie i decyzje Stalina. Nam też się należy uznanie naszych krzywd.
Pytam w jakich wojskach służył jej ojciec, obecnie generał w stanie spoczynku, ładna twarz momentalnie Jekateriny tężeje. Nie odpowiada. Ponawiam pytanie, nadal milczy. Nie naciskam. Kilka dni później znajomy, dyplomata z czasów Gorbaczowa, informuje mnie, że ówczesny pułkownik K. robił karierę w GRU.
- Wie pan, że dostałam propozycję z berlińskiej opery? - rzuca na pożegnanie - jeszcze nie wiem czy na nią odpowiem.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)