Patrzcie Państwo, polski dziennikarz szykanowany w Moskwie, akurat w dniu wizyty Premiera Państwa Polskiego, a tu żaden obrońca wolnych mediów i piewca Dumy Narodowej nie zająknie się słowem na ten temat, ani nawet marszu z pochodniami, koniecznie pod ambasadą rosyjską, nie planuje. Co się nie zgadza na tym obrazku?
Na razie idzie... tradycyjnie. Stare grymasy, Rosjanie bawią się w złego i dobrego po... milicjanta. Można się było spodziewać. Tak jak tego, że pewnie po spotkaniu strona rosyjska wspomni o ociepleniu stosunków, ale i o hamerykańskim imperializmie, może trochę w ładniejszych słowach. A Tusk się będzie uśmiechał, może nawet niezbyt mądrze, za co mu się tu i ówdzie oberwie.
Ale nie ode mnie. No chyba, że za deklaracjami na korzyść gospodarza pójdą czyny, a wizyta w Moskwie nie zostanie wykorzystana za naszymi zachodnimi granicami. Bo o to toczy się gra, a przynajmniej powinna. Nie tyle o zmianę kursu na Wschodzie, a o pokazanie Brukseli (w mniejszym stopniu Waszyngtonowi) patrzcie: próbowaliśmy, z Ruskimi się jednak dogadać nie sposób. Nie muszę dodawać, że bliższa mi taka koncepcja gry dyplomatycznej od polityki jednego słowa: nie(t).
Rosja jest mocna (ceną) ropy i gazu, Polska leży na drodze do Europy, a dla Francji czy innych Niemiec to syberyjskie kopaliny są synonimem słowa: dywersyfikacja. Albo dogadają się z naszym udziałem (choćby nieformalnym) albo ponad naszymi głowami. Dlatego obecną wizytę koniecznie trzeba rozegrać w UE. Mamy w zasadzie tylko jeden atut - Putin i spółka cyklicznie strzelają sobie w stopę. A to Schroderem, a to Litwinienką, a to Ukrainą.
A właśnie, Ukraina. Rzeczywiście, trochę logiki w pytaniu: Dlaczego nie najpierw do Kijowa? jest. Tyle, że Ukraińcy sami się w ostatnich miesiącach pogubili. Ale i tak jak najszybciej trzeba zrównoważyć wizyty na Wschodzie. Jedna Litwa to za mało.


Komentarze
Pokaż komentarze