Im bardziej niezależny publicysta, tym ogólniejszymi określeniami się posługuje. Lapidarność myśli zawsze w cenie. I tak lata 90. już po wsze czasy będą pewnie Okresem Michnika, najchętniej z niezbyt miłym przymiotnikiem wartościującym. A obecne dziesięciolecie?
Niniejszym nominuję do tej roli Zbigniewa Ziobro. Nadaje się jak nikt inny. Dwukrotnie znajdował się w samym oku cyklonu, a jego kariera obrazuje - jak żadna inna - mechanizmy polskiej polityki. I na pewno nie powiedział w tej dekadzie ostatniego słowa, ale o tym później.
Pierwsze kluczowe wydarzenie to rzecz jasna komisja Rywina. Co prawda to Rokita lepiej wystartował, ale największym jej wygranym był właśnie Ziobro. Któż nie kibicował młodemu chłopakowi w starciu z żelaznym Leszkiem Millerem? Któż nie wymyślał ripost dla młodego prawnika? Wolę być zerem niż takim jak pan premierem [copyright by adas]. Kto nie chciał zmian?
Chyba tylko żelazny elektorat SLD, a i to nie w całości.
Ziobro nie tylko idealnie wstrzelił się w nastroje społeczne, ale także umiejętnie wykorzystał zmiany na rynku mediów, gdzie pojawili się nowi gracze. Internetowi, ale także - co ważniejsze - tradycyjni. Dziś w modzie jest opisywanie jak to media nigdy nie sprzyjały PiS, ale jak to się ma do okresu 2002-2005? PiS miał takie złe notowania? Ok, częściowo zbierał za sympatię za POPiS.
Tyle, że akurat Ziobro był gwiazdą sam z siebie. Kto wie, czy nie pierwszym w Polsce politykiem tabloidowym, politycznym celebrity? To nie ministrowanie jest fundamentem jego - zadziwiającego dla mnie - poparcia, a właśnie tamten okres.
I tu trzeba wrócić do Leszka Millera i jego słów. Ziobro zerem? Nie potrafię powiedzieć: tak... Tylko dlatego, że wypowiedział je Miller. Bo Ziobro ponownie stał się symbolem. Tym razem nie walki z układem, a jego tworzenia. Naprawa państwa? Nie, jego przejmowanie. Ziobro i tu okazał się mistrzem. Popełnił wszystkie grzechy PiS, ale jedno trzeba mu oddać - tylko jemu naprawdę się upiekło. Dzięki medialnej sławie? Charyzmie? Opadającej grzywce? Zbyszka kocha się lub nienawidzi.
Co z tego, że łamał prawo [nożyczki na życzenie Scorki], a na pewno naciągał reguły - jak jego poprzednicy. Co z tego, że kłamał, znaczy się nie pamiętał? Że prowadził polityczne gierki, niezrozumiałe nawet dla jego otoczenia? Że nie "skazał" Jakubowskiej, ani nie odnalazł żadnych kont? Że dzielił, obrażał, nieustannie krzyczał? Nieważne, bo ci ludzie już nigdy ni mogą wrócić... Ktoś tam może dostrzeże, że sam stał się tym ludziem, ale naszym, więc nie ma problemu.
Ta dekada jeszcze się nie skończyła. Co dalej?
Ziobro to jedyny polityk, który może zastąpić Jarosława Kaczyńskiego w PiS. W tej chwili wydaje się, ze to tylko kwestia czasu. Kaczyński doskonale zdaje sobie sprawę, dlatego w ostatnich kilku miesiącach kilkakrotnie stopował Ziobrę. Ale to raczej nie do 2010, choć może po wyborach prezydenckich...
Przystopować na dobre by go mogła komisja śledcza. Ale w to nie wierzę. Nawet jeśli nie zadziała system solidarności zawodowej polityków, to Ziobro się wywinie. Jak Jakubowska. A jeśli nie - tym bardziej to będzie jego dekada, wzlot i upadek... chyba jednak: z nieistnienia na (prawie) sam szczyt...
Pamiętajcie, to ja byłem pierwszy...


Komentarze
Pokaż komentarze (23)