Lata osiemdziesiąte dwudziestego wieku. Krajem rządzi wojskowa dyktatura, mającą oparcie w pobliskim mocarstwie. Sytuacja jest nieakceptowana przez sporą część, jeśli nie większość, społeczeństwa. Jednym z symboli oporu, trochę przypadkowo, staje się charyzmatyczny duchowny. Wygłasza kazania które są w niesmak rządzącym. Zostaje zamordowany. Jego pogrzeb zamienia się w wielotysięczną manifestację.
Znacie? Przeczytajcie raz jeszcze.
24 marca 1980 salwadorski arcybiskup Oscar Romero ginie z ręki zamachowca. Zostaje zastrzelony podczas odprawiania mszy świętej. Dzień wcześniej wygłosił płomienne kazanie, skierowane głównie do wojskowych. Padły w nim m.in. następujące słowa:
W imieniu Boga, w imieniu ludu umęczonego tak długim cierpieniem, którego skargi wznoszą się do niebios i każdego dnia są większe, proszę was, błagam was, rozkazuję w imieniu Boga - zaprzestańcie represji.
(...)
Bracia, jesteście z tego samego ludu co i my. Zabijacie waszych braci wieśniaków. Człowiek może wam kazać zabijać, ale więcej dla was musi znaczyć prawo Boże, które mówi: „Nie zabijaj". Żołnierz nie jest zobowiązany do posłuszeństwa, które jest sprzeczne z prawem Bożym. Niemoralne prawo nie obowiązuje nikogo.
W pogrzebie hierarchy bierze udział ponad 200 000 ludzi. Zostają ostrzelani, w tumulcie ginie kilkadziesiąt osób. Tak jak za zamachem na pasterza, tak i za strzelaniną stoją szwadrony śmierci.
Romero nie jest pierwszym duchownym zamordowanym w czasie wojny domowej. Nie jest także jedynym duchownym wskazującym na okrucieństwo i zbrodnie popełniane przez juntę wojskową. Próbuje interweniować u prezydenta Cartera, niezbyt serdecznie zostaje powitany w Watykanie. Po jego śmierci Kościół zasłania się polityczną neutralnością.
Ponad dekadę później Salwadorczycy podejmują starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Romero. Nie znajduje się on na zbyt zaawansowanym etapie - jednym z problemów jest ponoć niemożność wykazania, iż arcybiskup poniósł śmierć za wiarę.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)