O piłce nożnej czasem się mawia, że to najmniej ważna z najważniejszych spraw tego świata. Bez problemu można powyższe powiedzonko przenieść na cały sport. I nawet jeśli stwierdzenie, że współcześnie rywalizacja na stadionach zastępuje wojnę jest nieprawdziwe i zasmucające fałszywym patosem (a jest), to trzeba pamiętać, iż polityka nieodłącznie przeplata się ze sportem na najwyższym poziomie.
Nie jest to zjawisko nowe. Z nowożytnych olimpiad prawdziwym świętem sportu były może te pierwsze, rozgrywane przed pierwszą wojną światową, często w bałaganie i niejako przy okazji wystaw światowych. Począwszy od igrzysk w Antwerpii, mających być afirmacją człowieka po piekle okopów, wszystkie kolejne igrzyska żywo reagowały na polityczne i społeczne przemiany. Więcej, od polityki nie były wolne już te starożytne. Greckie państewka wykorzystywały rywalizację atletów do promocji własnych systemów politycznych, a sponsorzy konnych zaprzęgów zyskiwali popularność i wysoki status w społeczności.
Zastanówmy sie nad jednym. Czy motywacja wielkiego totalitarnego molocha szykującego 500 osobową reprezentację znacząco różni się od oczekiwań wysepki przygotowującej do startu jednego pływaka, który odpadnie w eliminacjach? Nie, oba państwa chcą coś zamanifestować przy okazji igrzysk olimpijskich. Pierwsi swoją potęgę, drudzy istnienie. Ale i ci, i ci chcą osiągnąć jak najbardziej polityczny cel. Dlaczego to drugie jest w porządku, a pierwsze nie? Czy nie mamy do czynienia z pewną formą, w sumie niewinną, hipokryzji?
To tylko pośrednio przypadek chiński, proszę się nie martwić, kolejne warstwy hipokryzji są bardziej bolesne. O tym że igrzyska odbędą się w Pekinie zdecydował MKOl w 2001 roku. To organizacja przy której KC KPZR jawi się jako ostoja demokracji i młodości, w zamiłowaniu do zbytku i korupcji przewyższająca i afrykańskich kacyków. Jednak nie działa w próżni, ścierają się w niej nie tylko osobiste powiązanie, ale także wielki biznes oraz - uwaga! - kalkulacje rządów państw, które poszczególni delegaci reprezentują. To nie jest tak, że jacyś stetryczali działacze wymyślili sobie Pekin 2008, a my możemy umyć ręce i dziś w spokoju sumienia nawoływać do bojkotu igrzysk. Mleko się rozlało siedem lat temu i nie jest żadnym rozwiązaniem wycofywanie zawodników ze startu. Żadnym.
Bo będę bronił sportowców. Nawet tych współczesnych, nafaszerowanych prochami, z reguły niezbyt inteligentnych a egzystujących gdzieś na wyżynach nieosiągalnych dla zwykłego śmiertelnika. Których rywalizacje obserwuje się z coraz większym znudzeniem a nawet zaniepokojeniem, bo to już są sporty robotów, nie ludzi. Ale czynienie z nich kozłów ofiarnych w imię naszego lepszego samopoczucia... jest w porządku?
Co przyniósł bojkot igrzysk w Moskwie? Worek medali dla nie tylko ideologicznie podbudowanych gospodarzy oraz brojlerów z NRD. Przy okazji i nam - nigdy nie zdobyliśmy więcej krążków. Na Łużnikach siedzieli np. NRFowscy sportowcy i oglądali jak słabsi rywale wygrywali w ich koronnych konkurencjach. Rywale choćby z... Wielkiej Brytanii, która zrobiła taki myk, że reprezentacji nie wysłała, ale pozwoliła startować pod olimpijską flagą. A Carter i cały kapitalistycz... ups, cywilizowany świat mógł z dumą ogłosić, że zachował się honorowo, a reżimów na stadionach się nie wspiera. Bo to takie nieeleganckie.
Za to z najwyższą kurtuazją podpisuje się umowy handlowe, o wymianie kulturalnej, polityczne gwarancje czy transakcje sprzętu wojskowego. To jest ok. Ale przy wysyłaniu sportowców można sobie pozwolić na skrupuły. W końcu to najmniej ważna z najważniejszych spraw tego świata. Rządy sie nie zawalą, wojny nie wybuchną, gospodarka nie padnie...
PSNo pewnie, że nie podobają mi się pomysły zamykania ust za pomocą karty olimpijskiej. Ale z rozbawieniem obserwuję, że w tych działaniach przodują dżentelmeni z Londynu, a stary aparatczyk Nurowski robi niemal za obrońcę cywilizacji Zachodu. Ech...


Komentarze
Pokaż komentarze (7)