Tym razem na szczęście nie w sprawach religii i wielkiej, czytaj: polskiej, polityki, a jedynie Chin i igrzysk olimpijskich:
Niektórzy zwolennicy Igrzysk w Chinach powołują się na nieskuteczność bojkotu Olimpiady w Moskwie. Taka opinia oparta jest na głębokiej ignorancji historycznej, bo bojkot ten był jednym z zasadniczych elementów antykomunistycznej strategii Reagana. I został podjęty przez solidarność z Polską. Dziś możemy i powinniśmy zrobić to samo. Ktoś powie, że przecież nie od dziś znany jest charakter rządu w Pekinie. To prawda, ale skoro nie byli tego świadomi decydenci MKOL, wybierając komunistyczne Chiny na organizatora Olimpiady, to dziś mają jeszcze jedną okazję, by tej świadomości nabrać.
Taka opinia oparta jest na głębokiej ignorancji historycznej (a także naiwności), bo w czasie igrzysk w Moskwie Stanami Zjednoczonymi rządził Jimmy Carter. Tak, ten lewak. Tak więc cały akapit można o kant d...py roztrzaść i przymknąć oko na taką brednię jak ta, że bojkotzostał podjęty przez solidarność z Polską, choć nawet ludzie średnio zorientowani w temacie wiedzą, że poszło o Afganistan (no chyba, że budować piętrową konstrukcję, iż chodziło o cały komunizm). Notabene igrzyska skończyły się w pierwszych dniach sierpnia, wydarzenia Sierpnia nabrały tempa trochę później. Rzuca to trochę cienia na legendę gestu Kazakiewicza, obecnie zresztą obywatela Niemiec (i użytkownika znanej maści).
Nie mnie rozstrzygać, czy publiczne przyznawanie się do ignorancji jest kompromitujące dla polityka takiej rangi jak Marek Jurek. Bardziej interesuje mnie coś innego. Mianowicie ilu jest w Polsce polityków - powtórzmy: niemal najwyższego szczebla - mających podobne przekonanie o wyjątkowości Polski i misji Stanów Zjednoczonych w geopolityce świata?
Może zbyt głęboko wgłębiam się w podświadomość Pana Marszałka i wyczytuję coś czego tam nie ma. Ale jak dla mnie z cytowanego akapitu aż wydziera myślenie w rodzaju słoń a Sprawa Polska, czy też używając innego literackiego określenia: chciejstwo. Świat na nas patrzy, żywo interesuje się naszymi dziejami, a prezydenci - zwłaszcza USA - dzień zaczynają od sprawdzenia najnowszych wiadomości z Warszawy.
Łudzenie się - bo Polska dłuuuuuugo była niezbyt ważnym frontem walki ze ZSRR, a nigdy najważniejszym - w powyższym stylu za komuny było pewnie zjawiskiem w miarę racjonalnym. Ale dziś? Stany Zjednoczone to normalne państwo i jeszcze normalniejsze mocarstwo. Mają własne priorytety i interesy. I zanim podejmą jakąkolwiek decyzję, dokładnie zważą wszystkie za i przeciw. Takie pojęcia jak sympatia, przyjaźń to slogany, no w najlepszym razie mogą przechylić szalę na naszą korzyść o jakiś procent, góra dwa.
Nie ma wątpliwości, że z możnych obecnego świata Stany są dla Polski mocarstwem lub quasi mocarstwem najbardziej interesującym. I potencjalnie przynoszącym nam najwięcej korzyści (bo status UE jest mniej jednolity i jasny). Jednak po co kultywować złudzenia? I czy mogą sobie na nie pozwalać rządzący krajem politycy? Wszystkich opcji, to prawda.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)