Nigdy nie zdecydowałem czy bliżej mi do lewicy, czy do prawicy. Na jednych byłem zbyt idealistyczny, na drugich zbyt cyniczny. A dziś już nawet nie wiem, których kiedyś uważałem za cyników, a których za idealistów. Wszystko się poplątało. No więc dumnie stoję sobie w premierowskim rozkroku i obserwuję. Co rusz jednych albo drugich siermiężnie podszczypując.
Ale ma być o lewicy. Tylko której? Tej oficjalnej czy młodej, a...globalistycznej? Sam się dziwię, że to piszę, ale dziś - z perspektywy kilku lat - uważam ostatnie zjawisko za najważniejszy ruch na pograniczu polityki ostatnich kilkunastu lat. Jak pisałem Pandadzie: Te wszystkie a...globalizmy na szczęście wyrosły z krótkich majtek, może nawet stały sie trochę cyniczne (co w polityce nie do końca jest czymś złym), popełniają jednak kilka błędów typowych dla koncepcji... (neo) liberalnych. Podobnie tworzą dogmaty nie do obalenia, szukają jednej recepty dla wszystkich, a czasem można odnieść wrażenie, że człowiek jest tu tylko zwierzęciem na którym można poeksperymentować, sprawdzić prawdziwość własnych teorii. Gdzieś zza biurka.
A o lewicy szerzej:
W teorii ("nowa") lewica ma atut we wcześniejszym odkryciu zagrożeń płynących z globalizacji (zmianie świata po 89). Odkryciu, bo już przy diagnozowaniu pojawiają się problemy, o szukaniu rozwiązań nie wspominając. Nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że popełnia wszystkie grzechy "nowoczesnej" (uniwersyteckiej, kanapowej?) lewicy po roku 68. W rodzaju fascynacji własnym słowotokiem, wiarą w urzędowe/prawne (odgórne?) rozwiązywanie każdego problemu... i niestety poczuciem wyższości nad "ogłupionymi, nic nie rozumiejącymi, masami" .
Dostrzegam to wszystko. Jednak to właśnie a...globalizm jest bodaj najbardziej wiarygodnym barometrem przemian na świecie po 89. Czasem mam wrażenie, że wszyscy inni - poza waszyngtońskimi jastrzębiami? - uwierzyli w koniec historii i powszechny dobrobyt jaki nastanie po upadku ZSRR. No więc nastał. Teraz już wystarczy się bogacić. Najlepiej według wzoru sprzed lat. Amerykański sen...
I nie będzie żadnych problemów. Wielkich tematów do podjęcia. Wystarczy co pewien czas oliwić mechanizm gospodarki. Taki główny cel stanął przed oficjalną lewicą. Bogaćcie się! I wszystko będzie ok. Kłopot w tym, że jakoś trzeba było wypełnić program, program z którego w znacznej mierze poznikały kwestie gospodarczo-społeczne. Została ekologia i ...? No więc - nierzadko z nieskrywanym obrzydzeniem na lewicowo genetycznych twarzach - na sztandar wciągnięto dupę. Już nie tylko Maryni, ale także Marcysia.
Ale gospodarki zrobiły psikusa i wyhamowały. Gospodarki, o których już nawet nie bardzo po prawdzie wiadomo czy są liberalne czy socjalne (socjalistyczne?), do takiego przemieszania teorii z praktyką doszło. Gorzej, okazało się że nie może się ona obyć bez przybyszy z innego, obcego świata. I że nie wystarcza im jedynie gospodarczy cud, nawet podlany socjalnymi osłonami. Że potrzebują wspólnej idei, jasnych reguł gry, poczucia wspólnoty, inaczej zamkną się w swoich gettach. A nie wywabi ich z nich raczej slogan małżeństw homoseksualnych.
Podsumowując - oficjalna lewica zatraciła, sławną czy osławioną? - "wrażliwość społeczną" (paradoksalnie w Pokoleniu 68). Przespała dobrych kilka dekad. Z wygody czy nieświadomości? Nie wiem. Czy prawicy to też się przydarzyło? Ale to nie ona ma wpisane w swą działalność jak najszybsze reagowanie na wszelkie zmiany! Kwestie obyczajowe są tu tematem zastępczym. Dla jednych i drugich w sumie.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)