Polska nie da sobie rady bez Unii Europejskiej. Kto nie wierzy, niech dokładnie prześledzi wydarzenia po roku 2005. Jeśli myślisz, że ogólny wzrost dobrobytu, optymizmu bla bla (oraz cen), przejawiający się choćby milionową flotą gruchotów na drogach, to zasługa rewolucji oralnej PiS, jesteś w błędzie. Unijna zmiana jest może mniej zauważalna, werbalnie nie tak efektowna, ale głębsza. Daje nie tylko materialne korzyści (choć - jeszcze? - nie takie jakbyśmy chcieli), ale także poczucie przynależności do lepszego świata, w naszym wypadku mitologizowanego Zachodu. Po trzystu latach rozłąki.
Kto jeszcze pamięta heroiczny bój o polskiego rolnika?
Irlandczykom jednak biję brawo. Całkowicie szczerze i spontanicznie.
Nie ma mowy o decydowaniu przyszłości Europy wyłącznie w gabinetach drugorzędnych - przyznajmy to - polityków. Superpaństwo Europa może powstać jedynie w wyniku procesu oddolnego, a nie narzuconego z góry przez anonimów. Zresztą próba opisania całego kontynentu, od Porto po Bosfor to szaleństwo. Iluzja. Naprawdę szalona. Ale czy nierealna?
Przy kolejnej próbie już w ogóle nie będzie referendum. A zawodowi euroentuzjaści mają co robić przez dobrych kilka lat. Bądą bełkotać na kilogramach papieru i odbierać za to tak bardzo zasłużone pensje...
I proszę mnie nie straszyć Chinami czy Indiami... to żadne usprawiedliwienie.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)