adrisor adrisor
120
BLOG

Pobożne życzenia

adrisor adrisor Polityka Obserwuj notkę 0

 Publikuję skrót artykułu Waltera Laqueur'a „Zagrożenia związane z pobożnymi życzeniami na temat Europy i Bliskiego Wschodu” opublikowany w numerze World Affairs Marzec/Kwiecień 2012, Vol. 174 Issue 6, p7-14, abyśmy mogli przyjrzeć się temu, co inni myślą na tematy gorąco dyskutowane w Polsce, ale bardzo jednostronnie przez nas postrzegane.


 

Przepowiadanie politycznych wydarzeń jest zawsze ryzykowne ponieważ przypadek w historii odgrywa znaczącą rolę. Obarczony słabością wrodzoną Związek Sowiecki powinien był z racji swej słabości niewątpliwie upaść. Jeśli jednak zamiast Michaiła Gorbaczowa, mianowanego sekretarzem generalnym Partii Komunistycznej, przypadkowo w 1985 twardogłowy polityk zostałby wybrany przez Politburo, a jemu i podobnie myślącym towarzyszom udało się utrzymać przy władzy przez następne dwadzieścia lat, czego bylibyśmy świadkiem? Ponieważ cena ropy rosła wykładniczo (z dwóch dolarów za baryłkę do stu pięćdziesięciu), radziecka gospodarka prosperowałaby, imperium nie rozpadłoby się, a mądrość Partii Komunistycznej i jej przywódców byłaby chwalona.

Jednakże, jeśli w świecie polityki nie ma pewności, to przecież istnieją jakieś prawdopodobieństwa, które można ignorować jedynie, gdy są one niezwykle małe. W przypadku nękanej kłopotami Unii Europejskiej i coraz bardziej ciemniejącej arabskiej wiośnie jest bardzo prawdopodobne od początku, że optymizm nawet wytrawnych dziennikarzy, akademików oraz dyplomatów był nie na miejscu, i że szanse na zjednoczenie Europy i jej szybki postęp w kierunku dobrze prosperującego kontynentu, i arabski postęp w kierunku wolności, pokoju, i demokracji, były wyolbrzymiane, a przeciwności niedostrzegane. Dlaczego ciężkie przeciwstawne fakty były zignorowane?

Projekt Europejski w kształcie nakreślonym w Traktacie Lizbońskim jest zamierzeniem ambitnym. Jednak kryzys gospodarczy jaki przeżywa Europa, czyni realizację tego projektu jeszcze bardziej trudną. Wielu sądzi, że projekt Lizboński pozostanie marzeniem i może jedynie spełnić się w o wiele skromniejszym zakresie posiadającym jedynie wymiar gospodarczy, ale nie państwa europejskiego, któremu towarzyszyć będzie zanik państw je tworzących. Wśród istotnych rzeczników europejskiej jedności jest Jeremy Rifkin, który podkreśla to, że europejska wizja nie opiera się na gromadzeniu bogactwa, ale na poszanowaniu praw człowieka i społecznej gospodarce rynkowej, sprawiedliwości społecznej, i państwie opiekuńczym. Taki model, oparty na szacunku dla prawa, ma być bardziej atrakcyjny w dwudziestym-pierwszym wieku niż amerykański model radykalnego indywidualizmu.

Entuzjastyczne wizje europejskiej przyszłości jako potęgi gospodarczej snuło wielu autorów. Ignorowali oni militarny wymiar Europy uznając iż nie będzie on ważny w dwudziestym pierwszym wieku. Stanley Hoffmann wpływowy recenzent Foregin Affairs przywitał książkę Rifkina jako doskonałą ripostę do wizji Roberta Kagana, Ameryki jako Marsa oraz Europy jako Wenus pasującej do Europy, według Hoffmanna, bardziej niż to próbował ująć Kagan. Jeszcze więcej pochwał europejskiego modelu dostarczył Mark Leonard, ekspert brytyjskich i europejskich think tanków, który próbował udowodnić, że model europejski jest nie tylko bardziej atrakcyjny ideowo, ale również posiada znakomite zalety praktyczne. Jego zdaniem Europa miała przekroczyć dwudziesty wiek nie jako militarna siła, ale ponieważ europejska droga była wyjątkowo istotna dla ery globalizacji, gdyż ukazywała sposób przezwyciężenia ograniczeń państwa narodowego oraz drogi współpracy o niezwykle istotnym znaczeniu. Europa pokazywała jak prawo międzynarodowe może kształtować wzajemne relacje państw narodowych decydując o ich przyszłości bez poleganiu na sile militarnej.

Jednak wizja Leonarda ostatnio uległa zmianie. W Jego pozycji z 2011 zatytułowanej: „Cztery Scenariusze dla Ponownego Wymyślenia Europy” wydanej pod auspicjami Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych, twierdzi, że kryzys wyłaniający się za euro jest większym i bardziej fundamentalnym wyzwaniem oznaczającym bliski upadek politycznego systemu europejskiego, a jego korzenie tkwią w niemożności i zarazem konieczności integracji.. Historyk Tony Judt, Londyńczyk, który przeprowadził się do Nowego Jorku i został politycznym eseistą bardzo szanowanym, poszedł w innym kierunku: z wątpliwości do nadziei. Uważając siebie za rozentuzjazmowanego Europejczyka, Judt początkowo miał poważne obawy i w swojej książce Wielka Iluzja, pisał na temat Europy jako mitu. Również twierdził, że przetrwanie polityczne i kulturowe państwa narodowego jest niezbędne jeśli Europa miałaby utrzymać się na powierzchni. Trzynaście lat później, w Przyszłości Upadłej Europy, jego opinie na jej temat zmieniły się. Uznał, że Europa jest gospodarczo i społecznie dysfunkcjonalna, i że europejski model jest nierealistyczny.

Pisma Steven'a Hill'a stanowią inny przykład. Jego książka z 2010 roku, „Obietnica Europy: Dlaczego Europejska Droga jest Najlepszą Nadzieją w Niepewnym Wieku”, została napisana z wielkim przeświadczeniem, że pomimo kryzysu gospodarczego, Europa wciąż rozwija ten typy innowacji, który będzie stanowił o lepszej jakości życia całego świata. Społeczny kapitalizm Europy (delikatna równowaga wolnej przedsiębiorczości i państwowych regulacji) wciąż jest lepszym modelem rozwoju dla dwudziestego pierwszego wieku niż kapitalizm z Wall Street, albo komunistyczny kapitalizm Chin ponieważ jest osadzony w świadomości potrzeby trwałości. Hill napisał w The Guardian, że wpatrując się w amerykańską kryształową kulę tak źle oddziaływającą na Europę, nie powinno się przykładać zbytniej wagi do raportów wskazujących na nadciągający upadek. Europejski apetyt na zjednoczenie pozostaje trwały, a stara Europa jest faktycznie młodziutka, a napięcia które nią targają są niczym w porównaniu z tymi, które wstrząsały młodymi Stanami Zjednoczonymi Ameryki.

Charles Kupchan, profesor z Georgetown, który był odpowiedzialny za europejskie sprawy w Radzie Do Spraw Bezpieczeństwa Narodowego za prezydenta Clintona, napisał książkę „Koniec Amerykańskiej Ery w 2002 r.”, w której utrzymywał, że Unia Europejska jest obarczona obowiązkiem bycia w przyszłości potężniejszą niż Ameryka. Ale już w sierpniu 2010 publikuje w Washington Post artykułu, w którym orzeka, że Unia Europejska jest umierającym organizmem, wprawdzie nie gwałtownie, ale stale, i że możemy spoglądając przez Atlantyk być pewni tego oraz musimy zdawać sobie sprawę, że projekt europejskiej integracji, który uważaliśmy za rzecz oczywistą przez minione pół wieku, nie jest już tak oczywisty. Ale artykuły w najnowszych wydaniach tych czasopisma miały tytuły takie jak: Wpatrujący się w Przepaść, Pośród Burzy, Czy to naprawdę koniec? Błędne oceny nie ograniczały się tylko do źródeł zagranicznych, ale popełniali je również europejscy politycy, nawet na najwyższym poziomie. W marcu 2000, na przykład, prezydenci i premierzy krajów Europy spotkali się w Lizbonie, aby przedstawić wspólną strategię dla nadchodzących dekad. Powszechny konsensus był taki, że Europa będzie najbardziej konkurencyjną i dynamiczną gospodarką na świecie, zdolną podtrzymać trwale rozwój, ulepszającą miejsca pracy i zacieśniającą społeczną spójność. Później okazało się, że ten optymizm jest oparty na założeniach oraz błędnych demograficznych przewidywaniach, czymś na kształt schematu Ponziego, pomimo że przypuszczenia leżące u podłoża tego nie były haniebne.

Demonstracje w Tunezji a następnie na egipskim placu Tahrir pod koniec stycznia 2011 spowodowały duży napływ korespondentów z USA i Europy. Ton sprawozdania z nich ogólnie odzwierciedlał sławną euforię Wordsworth przy nadejściu Rewolucji Francuskiej:" Rozkoszą było być żywym o świcie / lecz być młodym było prawie niebem." Wreszcie, znienawidzone dyktatury zostały obalone i droga wiodła do wolności i demokracji. Młodzi bojownicy o wolność na placu Tahrir, którzy odzyskali godność i byli skłonni do poświęcenia własnego życia, wskazywali drogę nie tylko dla arabskich krajów ale szerokiego świata; byli zwiastunami wolnych i sprawiedliwych społeczeństw, nowego światowego porządku. Dyktatorzy nie tylko byli skorumpowany (Mubarak i jego rodzina rozkradli około 70 miliardów); powstrzymywali swoje kraje od rozwoju i byli odpowiedzialni za opóźnienie w rozwoju całego Bliskiego Wschodu.

Relacje z Kairu i innych stolic przedstawiły arabskie przebudzenie jako wydarzenie może niespotykane w annałach ludzkości, jako latarnię pokazującą wszystkim drogę do przebycia. Ogólny nastrój znajdował odzwierciedlenie w doniesieniach Roger Cohen i Nicholas Kristof z New York Times, których relacje zasługują na ponowne przeczytanie (i może przedruk). Od dawna tylko negatywne wiadomości docierały z tej części świata. Teraz, na koniec, było coś bardzo pozytywnego w informowaniu i wypowiadaniu opinii przeciwdziałających negatywnym stereotypom o Arabach, publikowanych ze szczególną zjadliwością od pory 9 / 11.

Dało się jednak słyszeć kilka głosów, przypominających Teheran, gdy reżim znienawidzonego szacha został obalony w 1979 i zastąpił go dużo bardziej represyjny rząd Ayatollaha Khomeiniego i jego następców. Ale wątpliwości lekceważono i je ośmieszano.

Gdy Kristof czynił to wraz z kobietami i członkami mniejszości, spoglądano na niego z wyrzutem. Muzułmańskie Bractwo i jego sojusznicy mieliby dostać najwyżej dwadzieścia pięć procent w wolnych wyborach. Lato przyszło a następnie jesień, arabska wiosna zmieniła się w islamską zimę, i raporty oraz komentarze stały się bardziej przyciszone. Zaczęto więc odwoływać się do ogólników, że rewolucje nie były nigdy proste i konieczny jest czas, a chwilowe komplikacje są nieuniknione. W raportach ukazujących się w New York Review of Books, Hussein Agha i Robert Malley wskazywali na kontrrewolucję, ale winili za nią nie islamistów, ale poprzedni reżym. Również Kristof dostrzegł pola minowe. Ale nie było racjonalnie wątpić, że koła historii mogłyby obracać się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. I tak w grudniu 2011 doszło do wyborów w odpowiedzi na jedno z kardynalnych żądań rewolucyjnych demokratów. Islamiści otrzymali sześćdziesiąt pięć procent głosów w miastach, i jeszcze więcej na wsi. Ale Kristof wyjaśniał, że to jest umiarkowany ruch chętny do współpracy z młodymi, świeckimi rewolucjonistami (którzy otrzymali ledwie parę głosów). Odnosiło się to również do ultrakonserwatywnej partii Salafi al-Nour, która uzyskała dwadzieścia pięć procent głosów dzięki głosom kobiet, którym podarowała mąkę i olej, ale tłumiła prawa. Stąd muzułmańscy bracia i Salafis jawili się jako równowartość niemieckich chadeków Konrad Adenauer, Helmut Kohl, i Angela Merkel — intrygujące porównanie.

Najgorsze. że widzieli reakcyjnych zwolenników arabskiej wiosny, jako naśladowców tureckiej partii Sprawiedliwość i Rozwoju (AKP), budującej umiarkowaną wersję islamu uwzględniającą potrzeby współczesnego świata.

Dlaczego się mylili? Niewątpliwie demonstranci, których ujrzeli na Tahrir Square byli dzielnymi młodymi ludźmi i reżim Mubaraka był skorumpowany i represyjny ( mniej niż wiele innych bliskowschodni reżimów i raporty o ukradzionych 70 miliardów najwyraźniej były wyolbrzymione). Ale ci komentatorzy wydawali się nie zauważać możliwości, że tych bojowników godnych naszego podziwu, mogło być mało i mogli stanowić elitę. Gdyby Kristof i inni poszli do Chubra el-Kheima, albo el-Mahala el-Kubra, albo innych miast i odwiedzili dzielnice podmiejskie gdzie wiele milionów ludzi żyje, inny obraz pojawiłby się przed nimi: widok rozpaczliwie biednych ludzi żyjących w przepełnionych mieszkaniach, nastawionych konserwatywnie i dalekich od ideałów Jeffersonianizmu.

Żadna pomoc z zewnątrz, żadne społeczne środki przekazu, żadna Al Jazeera (powszechnie chwalona za jej wpływ) nie zdołają w rewolucyjny sposób zmienić kształtu warunków ich bytowania w drugi Kuwejt albo Singapur.

Zwolennikom Arabskiej Wiosny nie udało się zauważyć, że pod Mubarakiem pozycja kobiet i mniejszości byłaby lepsza niż pod nowo wyłanianym reżimem powstającym pod wpływem ich protestów. Kobiety i mniejszości są głównymi przegrywającymi w niedawnych wydarzeniach, nie tylko w Egipcie, ale w innych bliskowschodnich krajach, nawet w tych z dość silnymi świeckimi tradycjami, takimi jak Tunis i Maroko.

Klasyczna teoria decyzji (ludzie zazwyczaj reagują racjonalnie) wydaje się często przegrywać z uprzedzeniami w naszym myśleniu o sprawach zagranicznych.

W przypadku Europy nie doceniano mocy nacjonalizmu i przesadnie uwydatniono chęci rezygnacji z niezawisłości, jak również nie uwzględniono poczucia apatii dotykającej kontynent. W przypadku arabskim pomylono niezadowolenie ze statusu quo z wszechogarniającym uniwersalizmem wolności i demokracji jak zreinterpretowali zachodzące w trakcie Arabskiej Wiosny wydarzenia Zachodni obserwatorzy, którzy zignorowali również siłę islamistów i nacjonalizm.

Niezrozumienie dotyczące europejskiej przyszłości mniej wiąże się z prawdziwym stanem rzeczy w jakich Europa pozostaje, a bardziej nawiązuje do niezadowolenia z państwa amerykańskich intelektualistów. W każdym razie, kryzys Europy jest prawdopodobnie mniej znaczący z dwojga analizowanych wydarzeń. Wpływ Europy na wydarzenia światowe znacznie zmalał i stan ten nie ma wiele wspólnego z modelem integracji. Istnieją precedensy zawiedzionej integracji.

Simón Bolívar śnił o latynoamerykańskiej unii, lecz do tej pory zdołano zaledwie stworzyć Mercosur, czyli pewnego rodzaju Wspólny Rynek. Niemniej, kraje kontynentu żyją spokojnie i od czasu do czasu z sobą współpracują. I nawet bez integracji, wpływ Ameryki Łacińskiej wzrasta.

Ale w przypadku Bliskiego Wschodu, hura-optymizm jest trudno zrozumieć i orgia eufemizmu w początku 2011 zasługuje na dalszą szczegółową analizę. To powinno być jasne, że szanse pojawienia się demokratycznego porządku w dającej się przewidzieć przyszłości w świecie arabskim były praktycznie niemożliwie: brak demokratycznej tradycji, wielki i rosnący wpływ mahometanizmu, niedomagania świeckich sił i ich rozłam, przeludnienie w kraju jak Egipt, nieodłączne związane z ubóstwem i niemożność znalezienia pracy przez młodych ludzi oraz wiele innych okoliczności, wszystko to sprawiło, że tylko cud mógł przerodzić powstanie z 2011 w rodzaj demokratycznego porządku.. Prawdziwi, polityczni przywódcy muszą być optymistami w swoich przemówieniach i działaniach; często oni muszą opierać się na założeniu "Jeżeli to" "ale nie powinni się w oszukiwać i podejmować decyzje w oparciu o wiarę w cuda.

Mroczni prorocy nigdy nie cieszyli się popularnością. Piękna Kasandra, córka Króla Priama, jest godną uwagi postacią w mitologii greckiej. Apollo dał jej moc przepowiadania przyszłości, ale przeklął ją, gdy odmówiła dzielenia jego łóżka i uczynił, że nigdy jej nie wierzono. Lepiej mylić się w właściwym towarzystwie niż głosić przedwcześnie prawdy w złym towarzystwie. Ten paryski syndrom miał miejsce kilka dekad temu, gdy uznawano, że: lepiej być w błędzie z Sartrem niż mieć rację z Raymond Aron (temu przedwczesnemu "antykomuniście" nie przyznano szacunku w naszym własnym wieku). Opór przeciwko ponurym przewidywaniom zasługuje na dalsze analizy,chociaż jakikolwiek postęp w wiedzy o tym fenomenie nie może ustrzec nas przed pobożnymi życzeniami omamiającymi naszą wnikliwość przy następnych epokowych wydarzeniach, które będą miały miejsce gdzieś na świecie.  

adrisor
O mnie adrisor

Nie ma co zatruwać sobie życia. „Jeśli zginęlibyśmy marnie bez tych długich papierosów w czarnej bibułce, nie ma sensu perswadować sobie, że są to tylko manie i nawyki, których dobrze byłoby się pozbyć”. Genium suum defraudare!

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka