Czym są teraz po-twory sowieckie
„Nowoczesną i podstawową formą organizacji życia Narodu Polskiego jest nasze państwo – Rzeczpospolita Polska”. „Państwo Jest szczególnym dobrem narodowym”. „Coraz bardziej dostrzegalnym celem rządzących, formułowanym już niemal wprost, jest odsunięcie od wpływu na życie publiczne bardzo poważnej części społeczeństwa – ludzi o różnej pozycji społecznej, których łączy niezgoda na dominację establishmentu wyrosłego z porozumień „okrągłego stołu”, sprzeciw wobec sytuacji społecznej i politycznej, jaka powstała w wyniku ich zawarcia. Jej istotą było przyzwolenie na to, aby komunistyczna nomenklatura nadal przejmowała państwowe mienie oraz dysponowała częścią majątku b. PZPR, całym majątkiem ZSL, SD i innych organizacji związanych do 1989 roku z PRON, aby nienaruszona pozostała ogromna sieć powiązań z czasów PRL.” „Nowoczesne państwo wymaga sprawnej administracji.”
Powyższe cytaty z Programu Prawa i Sprawiedliwości z 2011 r. wskazują na to, że reformy postrzegane przez największą opozycyjną partię ogniskują się na silniejszym państwie oraz lepszej administracji.
Państwo w Polsce jest kojarzone głównie z urzędnikami. Co najmniej połowa obywateli nie utożsamia się z tym państwem, gdyż nie uczestniczy w wyborach. Pozostała jest podzielona pomiędzy kilka partii tak, że rządząca partia nie ma zwykle poparcia połowy z tej połowy, która w wyborach uczestniczy. W takiej sytuacji wskazywanie na urzędników jako nośnej siły reform, jest biurokratyczną utopią.
Polska administracja to nie jest weberowska klasa dokonująca racjonalnych wyborów według reguł wypracowywanych w trakcie systematycznej budowy państwowości demokratycznej. Weber był przekonany, że każdy system społeczny zawiera mechanizm dominacji. Sądził, że nie da się od niej uciec. Biurokracja miała stanowić jeden z czynników systemu dominacji racjonalnej. Być może stąd bierze się koncepcja biurokracji sprawnie zarządzającej państwem w wydaniu PiS.
Wielu badaczy teorii społecznych (Comte, Durkheim, Bourdieu, Foucault, cała niemiecka szkoła, poza Weberem) była i jest krytyczna w stosunku do koncepcji „ręki”. Bardzo skrupulatnie kwestię dominacji omijają liberałowie i proponują zastąpić ją tzw. niewidzialną ręką rynku. Twierdzą oni, że „ręka” jest tworem samoregulującym się, a biurokracji potrzebuje tylko w takim wymiarze jaki niezbędny jest do egzekwowania praw przez nich ustanowionych do ochrony samoregulacji. Wygląda więc na to, że samoregulacji utrzymać się nie da bez interwencji jej wyznawców w sam proces samoregulacji. Pociąga to za sobą przekonanie o zasadności ochrony wszelkimi sposobami swoich systemów przez wyznawców socjalizmów, komunizmów, faszyzmów i niebywale krwawe konkurowanie w XX w. systemów wolnych i niewolnych. przekonanie, że suwerenem jest ten kto może decydować o wyjątkach. Tak ujętą suwerenność opisał Carl Schmitt w swojej Teologii politycznej.
Biurokracja w państwach postsowieckich budowana była w sposób odbiegający od weberowskiego paradygmatu. Polska biurokracja nie jest więc tym elementem, który mógłby stanowić podstawowe narzędzie reformowania państwa. Program PiS wydaje się przebudowę państwa (według definicji PiS państwo to szczególne dobro narodowe) opierać o własną biurokrację partyjną oraz urzędniczą, przebudowaną tak, aby walczyć z sowiecką nomenklaturą. Najpierw trzeba przebudować biurokrację, a później państwo. Czy starczy na to czasu?
Powstaniu oligarchii w Polsce zaprzecza Waldemar Kuczyński (jeden z twórców tejże oligarchii i zwolenniki „ręki”), twierdząc, że w Polsce nie może być oligarchii, gdyż nie było tutaj prywatyzacji kuponowej, jak w republikach sowieckich. Za rozmywaniem pojęcia oligarchii stoją również koncerny medialne oraz jej ukrywaniem zainteresowane są banki czerpiące spore zyski z biurokratycznej nieudolności i wynikających z niej konieczności modernizacyjnego zadłużania się kraju. Zbadanie tych zależności jest trudne, a uderzanie na oślep byłoby nierozsądne. Kwestii tej nie rozwiąże przebudowa administracji i państwa.
Partyjna oligarchia w Polsce kuponów nie otrzymała. Wyłoniła się z zorganizowanej nomenklatury i otrzymała kredyty (nie tylko z FOZZ) na wykup aktywów, w które wmontowała zachodni kapitał, aby chronić się nie tylko przed ewentualnym nawrotem imperialnej władzy sowieckiej. Operacja ta jest interpretowana przez jej wykonawców jako jedyna w swoim rodzaju szybka i misterna przebudowa systemu gospodarczego. Niektórzy komentatorzy uważają, że początki były oligarchiczne, ale później już obdarowani nomenklaturowcy musieli stanąć do walki, a stając w szranki z konieczności budowali rynek. Nie jest to jednak prawda. Sukces tych, którzy kredyt taki otrzymali oraz tych którzy firmowali transformację, był wątpliwy ze społecznego i narodowego punktu wiedzenia. Usadowieni wygodnie w biznesach, mają oni środki oraz interes w tym, aby definiować transformację jako sukces, a jego oponentów zaciekle zwalczać. Duże zadłużenie oraz przestarzała infrastruktura energetyczna, przedłużające się w nieskończoność próby budowy autostrad i reformy PKP, zero innowacyjności oraz niezreformowana służba zdrowia i upadający system emerytalny, wskazują na coś zupełnie innego. Sytuację komplikuję tutaj również nierozpoznanie przez Kościół (nie tylko hierarchię, ale przede wszystkim katolicką inteligencję) wątków kolonialnych angażowania kapitału zachodniego (kapitalizm jest drapieżny i każdy kto sądzi, że jego dominacje są czymś niewinnie korzystnym dla zdominowanych, gdyż niosą z sobą postęp, jest utopistą, o ile nie cynikiem) w przebudowę Polski i geopolityczne determinanty zaangażowania się w ten proces państw Zachodu.
Opisywane przez Witolda Kieżuna procesy neokolonialne w Europie Środkowej nie były czymś nowym i zaskakującym. Wcześniej podobne rzeczy działy się w Afryce i Ameryce. Kościół był tam silnie obecny i musiał zdawać sobie z tego sprawę. W Polsce zaś pomimo papieża (JPII), katolickiego premiera (Mazowiecki), katolickiego prezydenta (Wałęsa) i 90% wiernych nie uchroniono się od dewiacji kolonialnych. Przy tak dobrze zorganizowanej instytucji jak Kościół, jego doświadczeniach wyniesionych z Afryki i Ameryki oraz ponad 1000 wyższych szkół rozsianych po całym świecie, nie byłoby to takie trudne. A jednak przytrafiło się i jest to powód do wielkiego wstydu. Ostatnie ataki na Kościół nie zmieniły również oceny transformacji ustrojowych w Polsce. Hierarchowie ataki postrzegają jako rodzaj obyczajowego zepsucia, a nie wojnę z silną instytucją mającą potencjał organizowania się wokół niej ubogich. Potencjał ten nie będzie jednak trwał wiecznie.
Neokolonialny układ wymaga dbającej wyłącznie o własne interesy oligarchii. Kapitał do Polski wprowadzała na zasadach „wejść” sowiecka nomenklatura i za to pobierała odpowiednie zyski pozwalające jej szybko przekształcić się w oligarchię. W tym też oraz blokowaniu uczciwej konkurencji jest ona biegła, i właśnie z tego powodu należy z nią walczyć. Spinała ona zmowy np. deweloperów z bankierami udzielającymi kredytów hipotecznych i politykami dysponującymi zasobami działek budowlanych tak, aby samorządy nie konkurowały z deweloperami i bankami o ceny mieszkań i kredytów.
Partyjni biurokraci szybko zmienili się w oligarchię tworzącą własne partie skutecznie blokujące reformy. Nazywanie ich post-pezetpeerowską nomenklaturą ma tylko taki sens, że ukazuje stan wyjściowy. Natomiast brakuje wskazania ewolucji (czym są teraz po-twory postsowieckie) oraz określenia strukturalnych i materialnych podstaw ich działalności, i sposobów rozmontowania systemu.
Kluczowe dla rozmontowania w Polsce pasożytniczych układów oligarchicznych jest ujmowanie ich również w perspektywie geopolitycznej.
Nie tylko Europa jak ognia boi się chaosu w Rosji. Tymczasem polska opozycja prawicowa jest niefrasobliwie antyeuropejska i postrzega Rosję jako demona dyktatury, który gotowy jest w każdej chwili ją połknąć. Wezwanie Bracka Obamy o wzmożenie działań integracyjnych Europy oraz Alana Greenspana wróżby dotyczące uratowania euro poprzez unię polityczną przeszły po prawej stronie sceny politycznej bez poważnych komentarzy. Podkreślić trzeba, że owo „połknięcie” może dokonać się tylko przy bardzo wyraźnym osłabieniu Europy. Słabi i podzieleni, nie powinniśmy się do tego przyczyniać. I chociaż zachowanie równowagi pomiędzy zwalczaniem pasożytniczej oligarchii umocowanej również w twardej liberalnej wolnorynkowej opcji, a wspieraniem Europy mogącej gwarantować nam bezpieczeństwo, jest trudne, to wyważanie racji i precyzyjność diagnoz jest w tej miękkiej wojnie rzeczą ważną.
W programach opozycyjnych brak jest precyzyjnych wskazań postsowieckich struktur III RP i wynikających z tego zależności środowisk politycznych od oligarchii.
Nowoczesne państwo wymaga natomiast zasobnych obywateli. I o tym w programie największej opozycyjnej partii mówi się raczej na okrągło, nie wskazując dróg osiągania tejże zasobności.


Komentarze
Pokaż komentarze