Silniejsza Rzeczpospolita była możliwa
Co Polska mogła zmienić po 1935 roku – w wojsku, gospodarce i polityce wobec własnych obywateli
Polska nie mogła w 1939 roku dorównać potencjałem Niemcom, a tym bardziej jednocześnie Niemcom i Związkowi Sowieckiemu. Mogła jednak uniknąć części własnych błędów: rozproszenia władzy, zbyt późnego planowania wojny, mnożenia niedojrzałych programów zbrojeniowych, niedoinwestowania łączności i transportu oraz alienowania milionów obywateli. Nie chodzi więc o fantazję o łatwo wygranej wojnie, lecz o państwo zdolne dłużej walczyć, sprawniej się mobilizować i zachować większą część swoich sił.
Państwo bez wspólnego centrum
Po śmierci Józefa Piłsudskiego w maju 1935 roku pozostał system zbudowany wokół osobistego autorytetu, ale zabrakło człowieka, który ten system spajał. Prezydent Ignacy Mościcki, Generalny Inspektorat Sił Zbrojnych, rząd, Sztab Główny i minister Józef Beck dysponowali częściami władzy, lecz nie tworzyli jednego ośrodka strategicznego. Rząd prowadził gospodarkę, wojsko przygotowywało się według własnych założeń, a dyplomacja potrafiła zmieniać otoczenie bezpieczeństwa bez stałego mechanizmu wspólnej oceny konsekwencji.
Rydz-Śmigły mógł być dobrym dowódcą armii, ale nie okazał się organizatorem całego państwa do wojny. Samo zastąpienie go innym generałem też nie wystarczało. Najrozsądniejszym kandydatem na Generalnego Inspektora był Kazimierz Sosnkowski, a Tadeusz Kutrzeba nadawał się na głównego planistę operacyjnego. Ważniejsza od nazwisk była jednak instytucja: stały Gabinet Obrony Państwa, łączący premiera, dyplomację, skarb, wojsko, przemysł i komunikację. Powinien on co miesiąc oceniać nie papierowe plany, lecz realną gotowość: mobilizację, paliwo, amunicję, radiostacje, transport, remonty i terminy dostaw.
Potrzebny był także szeroki rząd obrony i modernizacji, obejmujący umiarkowaną sanację, ruch ludowy, PPS, część prawicy i reprezentantów mniejszości. Nie byłaby to monopartia ani „polski Hitler”, tylko koalicja zawieszająca część sporów w imię kilku uzgodnionych celów: obrony, zatrudnienia, inwestycji, praworządności i lojalności obywatelskiej. Powrót Wincentego Witosa oraz amnestia dla przeciwników politycznych byłyby nie gestem słabości, lecz odbudową legitymizacji państwa.
Inna doktryna: nie bronić wszystkiego naraz
Bezpośrednie przygotowanie planu wojny z Niemcami rozpoczęto dopiero w marcu 1939 roku. Do września nie ukończono wielu planów wykonawczych dotyczących łączności, transportu, obrony przeciwlotniczej, zaopatrzenia i odwrotu. Wojska rozstawiono w szerokim pasie przygranicznym, chcąc osłonić Pomorze, Wielkopolskę, Śląsk i najważniejsze ośrodki gospodarcze. Politycznie było to zrozumiałe, lecz operacyjnie narażało armie na oskrzydlenie i odcięcie.
Celem nie powinno być utrzymanie każdego kilometra granicy, ale zachowanie zdolnej do walki armii do czasu rzeczywistego uruchomienia pomocy sojuszniczej. Wymagało to obrony warstwowej, przygotowanych przepraw i osi odwrotu, silnego odwodu centralnego oraz dowództw grup armii ćwiczących już w czasie pokoju. Dowódcy niższego szczebla musieli otrzymać większą swobodę działania na wypadek utraty łączności z Naczelnym Dowództwem.
Największe braki nie dotyczyły wyłącznie czołgów czy samolotów. Polska potrzebowała masowo radiostacji, samochodów, ciągników, saperów, warsztatów, armat przeciwpancernych i przeciwlotniczych oraz zapasów amunicji. Wojska szybkie należało skupiać w dwóch pełnych brygadach motorowych i odwodzie, zamiast rozpraszać nieliczne środki po całym froncie. Marynarka powinna koncentrować się na minach, artylerii nadbrzeżnej, obronie przeciwlotniczej i małych jednostkach, a nie na prestiżowej flocie, która nie mogła zmienić układu sił na Bałtyku.
Lepsze nie może być wrogiem dobrego
Polski przemysł lotniczy nie był bezradny. Potrafił projektować płatowce i produkować nowoczesne silniki, ale programy nie zostały zsynchronizowane. Najbardziej potrzebny był prosty myśliwiec przejściowy, który można produkować seryjnie od 1937 roku: licencyjny Fokker D.XXI z silnikiem Mercury VIII, odpowiednio zmodyfikowany P.24 albo – awaryjnie – P.11g Kobuz. PZL.50 Jastrząb powinien pozostać programem rozwojowym do czasu osiągnięcia wymaganych parametrów, nie konstrukcją, na którą czeka całe lotnictwo.
Należało też ograniczyć produkcję PZL.37 Łoś. Był samolotem ambitnym i nowoczesnym, lecz pochłaniał silniki, aluminium, zdolności konstrukcyjne i montażowe. Polska padła częściowo ofiarą przekonania, że bombowiec zawsze się przedrze, zaniedbując własną obronę. Mniejsza seria Łosia, prostszy samolot rozpoznawczo-bombowy klasy Suma, LWS-3 Mewa oraz znacznie więcej myśliwców, części zamiennych i wyposażenia lotnisk tworzyłyby lepszą całość.
Zakupy zagraniczne powinny wypełniać lukę czasową, a nie tworzyć kolejne małe floty wymagające osobnych części i szkoleń. CANT-y dla lotnictwa morskiego słabo odpowiadały najpilniejszej potrzebie państwa. Jeżeli dostępny był kanał włoski, warto było próbować pozyskać myśliwce, ale nie należało budować planu na niepewnej dostawie Fiata G.50. Najważniejsza była wczesna decyzja krajowa: zamrozić specyfikację, uruchomić oprzyrządowanie i produkować długą serię sprzętu wystarczająco dobrego.
Polski New Deal
Zbrojenia nie mogły oznaczać wyłącznie zaciskania pasa w biednym społeczeństwie. COP był właściwym kierunkiem, lecz należało go rozszerzyć w program robót publicznych: elektryfikację, drogi dla ciężarówek, bocznice kolejowe, magazyny, lotniska polowe, melioracje, mieszkania, szkoły zawodowe i ochronę zdrowia. Byłyby to inwestycje podwójnego zastosowania. W pokoju zwiększały zatrudnienie i rynek wewnętrzny, a podczas mobilizacji służyły wojsku.
Polska mogła wykorzystać część niemieckich metod koordynacji zamówień i produkcji, ale bez monopartii, terroru, ukrywania długu i gospodarki nastawionej na przyszłą grabież. Właściwszym modelem byłoby demokratyczne państwo rozwojowe: skala inwestycji przypominająca New Deal, wieloletnie zamówienia dla przemysłu oraz jawna kontrola parlamentarna. Deficyt powinien finansować przede wszystkim aktywa zwiększające przyszłą produkcję, a nie trwałe wydatki bieżące.
Równie ważna była wieś. Państwo powinno ogłaszać minimalną cenę interwencyjną zboża, skupować nadwyżki i tworzyć rezerwę żywnościową dla wojska, szkół, szpitali oraz pomocy dla bezrobotnych. Skup musiałby być ograniczony i prowadzony przez spółdzielnie, aby korzyści nie trafiały głównie do wielkich majątków i pośredników. W połączeniu z tanim kredytem, oddłużeniem, komasacją gruntów i drogami lokalnymi zwiększałby dochody wsi, a więc również popyt na polskie wyroby przemysłowe.
Obywatele, nie podejrzane zbiorowości
Państwo przygotowujące się do wojny nie mogło jednocześnie alienować jednej trzeciej ludności. Antysemityzm państwowy i getta ławkowe były nie tylko moralnym skandalem, ale także marnowaniem kapitału ludzkiego. Jeżeli biedna młodzież polska miała trudniejszy dostęp do studiów, odpowiedzią powinny być stypendia, akademiki, stołówki i kursy przygotowawcze, a nie usuwanie studentów żydowskich. Polska potrzebowała lekarzy, inżynierów, chemików, matematyków i przedsiębiorców bez względu na ich pochodzenie.
Ukraińcom należało zaoferować własny państwowy uniwersytet we Lwowie, szkolnictwo w języku ukraińskim, udział w administracji oraz autonomię Galicji Wschodniej i Wołynia wzorowaną na autonomii śląskiej. Nie byłaby to kapitulacja przed separatyzmem. Konstytucja marcowa zapowiadała autonomiczne związki mniejszości, a ustawa z 1922 roku przewidywała szczególny samorząd województw lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego. Analogiczny, ostrożniejszy statut można było przygotować dla ziem białoruskich.
Wojsko, polityka zagraniczna, waluta, cła i najważniejsze linie kolejowe pozostawałyby w rękach Warszawy. Regiony decydowałyby o szkołach, języku, kulturze, drogach lokalnych, melioracji i części podatków. Konieczne byłyby gwarancje dla mniejszości wewnątrz autonomii: Polaków i Żydów w regionach ukraińskich oraz wszystkich grup w Wilnie i Lwowie. Terroryzm OUN oraz agenturę sowiecką należało zwalczać zdecydowanie, ale indywidualnie, zamiast stosować zbiorową odpowiedzialność, która dostarczała podziemiu nowych zwolenników.
Dyplomacja służąca strategii
Taki zwrot wewnętrzny wzmacniałby również politykę zagraniczną. Najważniejszą możliwością było porozumienie z Czechosłowacją i przeciwdziałanie jej rozbiorowi w 1938 roku. Spór o Zaolzie można było rozstrzygnąć bilateralnie, nie uczestnicząc w demontażu jedynego sąsiada dysponującego nowoczesną armią, przemysłem zbrojeniowym i wspólnym interesem wobec Niemiec. Zachowana Czechosłowacja oznaczała dla Hitlera konieczność liczenia się z drugim frontem oraz brak czeskich czołgów, fabryk i dogodnych baz do uderzenia na południową Polskę.
Beck mógł pozostać ministrem tylko pod warunkiem podporządkowania polityki zagranicznej wspólnej strategii rządu. Dyplomacja nie mogła być odrębną domeną, podobnie jak wojsko nie mogło planować bez wiedzy o dewizach, kolei i produkcji. Naprawa stosunków z Czechosłowacją, Rumunią i umiarkowanymi środowiskami ukraińskimi tworzyłaby zalążek regionalnego systemu bezpieczeństwa. Nie gwarantowałby pomocy Zachodu, ale podnosiłby koszt niemieckiej agresji.
Co można było osiągnąć do września 1939 roku?
Pełny program rozpoczęty w 1935 lub 1936 roku nie zmieniał proporcji gospodarczych między Polską a Niemcami. Nie usuwał również groźby wkroczenia Armii Czerwonej ani bierności Francji. Mógł jednak przynieść około stu lub więcej prostych myśliwców nowej generacji lub przejściowych, zależnie od silników i tempa wdrożenia; dwie sprawne brygady motorowe; więcej radiostacji, środków przeciwpancernych i przeciwlotniczych; rozproszoną sieć lotnisk i magazynów oraz wcześniej skoncentrowany odwód. Liczby pozostają kontrfaktycznymi przedziałami, nie pewnikiem.
Największy efekt nie mieściłby się jednak w tabeli sprzętu. Byłby nim plan operacyjny przygotowany kilka lat wcześniej, dowództwa znające swoje zadania, koleje przećwiczone w mobilizacji, administracja zdolna działać po ewakuacji i społeczeństwo w większym stopniu uznające Rzeczpospolitą za własne państwo. Kampania mogłaby trwać dłużej i być lepiej zorganizowana; Niemcy ponieśliby większe straty, więcej zwartych jednostek wycofałoby się za Wisłę, a więcej pilotów, specjalistów, maszyn oraz rezerw dotarłoby do Rumunii i na Węgry.
Nie cudowna broń, lecz sprawne państwo
Największą słabością II Rzeczypospolitej nie był brak jednego typu samolotu czy czołgu. Był nią brak wspólnego systemu łączącego decyzję polityczną, plan operacyjny, zamówienia przemysłowe, szkolenie i politykę społeczną. Lepsze stawało się wrogiem dobrego, prestiż wygrywał z seryjnością, a państwo osłabiało własną bazę społeczną.
Silniejsza Polska nie potrzebowała monopartii ani dyktatora. Potrzebowała zdolności koordynacyjnej niemieckiego planowania, inwestycyjnego rozmachu New Dealu, czechosłowackiego przywiązania do przemysłu i własnej tradycji Rzeczypospolitej wielu narodów. Nie byłaby państwem idealnym i zapewne nie wygrałaby samotnie wojny w 1939 roku. Byłaby jednak nowocześniejsza, odporniejsza i trudniejsza do pokonania – również dlatego, że większa część jej mieszkańców uważałaby ją za swoją.
Wybrane źródła
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z 17 marca 1921 r., art. 109 – Biblioteka Sejmowa.
Ustawa z 26 września 1922 r. o samorządzie wojewódzkim, Dz.U. 1922 nr 90 poz. 829.
Eugeniusz Kozłowski, Wojsko Polskie 1936–1939. Próby modernizacji i rozbudowy.
Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Gospodarka Polski międzywojennej 1918–1939.
Jerzy Tomaszewski, Rzeczpospolita wielu narodów; Timothy Snyder, Rekonstrukcja narodów.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)