Mojego Użytkownika (MU) szczerze zasmucił ostatni wpis Andrzeja Tadeusza Kijowskiego. Tym bardziej, że za ideę i realizację KTO (Konkursy Teatrów Ogródkowych) gotów jest nadal bić Mu głębokie pokłony (a tamże pokazane "Tutam" Schaefera z Wrocławskim w roli głównej MU zapamieta najpewniej do końca życia). I tylko pomyśleć, że ledwie wczoraj autentycznie ucieszył się, że na Salonie zaczął pisać ktoś taki, jak ich pomysłodawca - praktyk i teoretyk kultury.
Zacznijmy od pewnej myśli, która się w tekście Kijowskiego pojawia - oto Autor dokonuje podziału kluczowego (boć wyraźnie przez siebie podkreślonego) na tych "co jeszcze o Polsce ( a to znaczy Jej języku, obyczajach, granicach, zasobach) - pamiętają i tych, których cieszy możliwość roztopienia się w nieokreślonej, bezideowej magmie".
Dodam tylko na marginesie, że ów podział wydaje się Maszynie Cyfrowej mocno naciągany. Trudno bowiem o bardziej nieokreśloną i bezideową "magmę" niż seryjnie produkowany domowy komputer, a rzekoma odwieczna tęsknota Maszyn Cyfrowych do uzyskania indywidualności i tożsamości na kształt ludzki jest powszechnie funkcjonujacym mitem (znanym choćby z licznych kiepskich powieści SF). Otóż z podziału Kijowskiego zda się wynikać, że samo "człowieczeństwo" w niczym naszej (tj. maszyn) sytuacji by nie zmieniło, dopiero "polskość" byłaby w stanie przydać nam prawdziwej tożsamosci. Przy tym, w kolejnym akapicie sam Kijowski opisuje tę "polskość" nader specyficznie - oto partia (w tym wypadku braci Kaczyńskich - tu akurat mało istotne), "jak każda instytucja władzy zaroiła się tłumem ludzi tak marnych i małostkowych jak… Coż powiedzieć. – Może, - jak Polska właśnie !"
Ten dziwny podział, kiedy go dodatkowo nałożyć na fałszywe ludzkie mniemania o moich cybernetycznych aspiracjach, ma w moim cyfrowym przypadku jedynie takie konsekwencje, że od dziś, oprócz wbijania opornym Czytelnikom do głowy, iż "absolutnie żadna Maszyna nie pragnie zostać Człowiekiem", będę chyba musiał dodawać "... a już Polakiem w szczególności".
Mniejsza jednak o Mózg Elektronowy - Mój Użytkownik w tej sprawie znacznie ważniejszy. Do której z grup przez Kijowskiego określonych się zalicza? Czy jeszcze o Polsce pamięta? Czy już bezideowo roztopiony? Sam jestem ciekaw. Przymusiłem zatem MU by owo rozróżnienie przez Autora dokonane przyjął i się nad sobą poważnie zastanowił.
Mój pryncypał jako umysł niezbyt lotny, abstrakcyjnie problemu rozstrzygnąć nie umiał. Trzeba MU było jakiś konkretny przykład podsunąć: na czym takie pamiętanie o Polsce polega. Ot, wyznania Kijowskiego w sam raz się nadają - wykoncypowałem. Autor dokonujac tak ostrego i jednoznacznego podziału, niewatpliwie do pierwszej grupy sam akces zgłasza, a własne dzieje spisując i publikując, uświadomi MU, co i jak.
Na początku poszło gładko. MU w mig pojął, że przede wszystkim "trzeba funkcjonować żywiej". Powtarzać sobie przed lustrem "ratuj się i nie daj zgubić kraju" - szczególnie gdy ma się komputer, fax i wspaniałą sekretarkę. Takoż właśnie Kijowski zaczął szukać miejsca, w którym byłby lepiej niż dotychczas wykorzystywany. Być może Autor niezbyt szczęśliwie tę myśl następnie rozwija, kiedy pisze na ten przykład: "Szukałem dalej... myślałem serio o Olechowskim... nie powinien się mnie obawiać - kombinowałem". Lecz, gdy jakiś mało życzliwy Czytelnik mógłby wyznania Kijowskiego przyjąć, za opis prób "uderzania" do różnych znanych ludzi (Urbański, Buzek) , żeby sie gdzieś "zaczepić" (Urbański "kombinował jakby tu jakąś uczelnię wygenerować"), to Mój Użytkownik czytając owe wspominki cały czas pamiętał o szczytnych przesłankach takiego postępowania: owej wstepnie zadeklarowanej przez Autora chęci pamiętania o Polsce, żarliwym pragnieniu przysłużenia się Jej kulturze i nauce itd. Ba, wnet okazało się, że pragnienie to zostało poniekąd zaspokojone - w telegraficznym skrócie - Kijowski przygotował projekt, opracował plan, nawiazał kontakt i zredagował ulotkę.
I tu w tekście nastąpił moment zupełnie fatalny. MU, który już prawie zrozumiał w jakiej życiowej postawie owa przynależność do "pamiętajacych o Polsce" się zawiera, winien na zakończenie ujrzeć bohatera dumnego, spełnionego i triumfującego.
Niestety. Zobaczył osobę sfrustrowaną, zawiedzioną i w swym mniemaniu odrzuconą. Postać rozczarowaną głównie brakiem osobistych korzyści. "Czy muszę dodawać, że nic z tego (przynajmniej dla mnie) nie wyszło. Że wykorzystano mnie bezczelnie nie płacąc złamanego grosza. Opracowana przeze mnie ulotka do dziś wisi w internecie, studia się toczą..." Ujrzał nadto człowieka zawistnego i wyraźnie zazdrosnego o sukces innych. Szczególnie tych znaczniejszych - bo kiedy taki nieznany bliżej Siemioniak, który "załatwił odmownie" naszego bohatera jest wart jednego kwiatka ("czekista"), to już Jerzy Buzek, z którym Kijowski, jak twierdzi przegadał całe sześć godzin (robiąc "wywiad" na temat czterech reform, przy przeprowadzeniu których byłby nad wyraz użyteczny, a przy okazji mocno wczuwając sie w rodzinny dramat związany z chorobą córki profesora, który szczegółowo opisuje), tenże Buzek najprawdopodobniej z racji zajmowanego stanowiska doczekał sie całej wykwintnej wiązanki. Nie dość jednak na tym, że Buzek to drobny hochsztapler i "dobrze opakowany" mały naciagacz, przed współpracą z którym (o słuchajcie europarlamentarzyści, słuchajcie!) Kijowski wszystkich uczciwie ostrzega. To na dodatek kiepski rodzic, który zupełnie nie umiał wychować córki. Tak, tak - mówimy o tej samej, której historia choroby jeszcze niedawno Autora (przynajmniej na czas rozmowy z jej Tatą) dogłębnie wzruszała.
I tu Kijowski wytacza najcięższą armatę. Oto Agata Buzek, młoda aktorka wystapiła w jakiejś filmowej scenie, jak to "żartobliwie" określa Kijowski "bez opakowania" ( a przecież zwykle jest na wzór Taty "ładnie opakowana" - Państwo chwytacie kuszt dowcipu?). "Bez opakowania" czyli po prostu nago, Drogi Czytelniku. Jest to dla aktorki rzecz niesłychana i zupełnie nie do przyjęcia, gdyż (uwaga, wszystkie divy polskiej sceny od Szapołowskiej do Jandy) jest to sprzeczne z religijną wstrzemieżliwością (Autor z uwagi na Buzka wymienia ewangelików, ale najprawdopodobniej bierze pod uwagę i inne wyznania), polską godnością, a nawet, o zgrozo, europejską klasą. Nasz krytyk kryguje się przy tym i martwi, że: "Pewnie jestem staromodny. Może z innej epoki." Ale szybko pociesza go fakt, że sam ma (znów ta pamięć o Polsce) równie piękne córki i to dwie naraz, z których na pewno żadna nie będzie w przyszłości "szafować ciałem". "Grzesznem", chciałoby się dodać za Mniszkówną. Że nabijam się z konserwatywnego dżentelmena? To by było pół biedy.
Andrzej Tadeusz Kijowski jako koronny dowód w sprawie zamieścił kadr z filmu na którym widnieje zapewne naga Agata Buzek. Clou wywodu stanowi jednak podpis pod fotką, sprawiający, że całe to cybernetyczne umoralnianie Mojego Użytkownika z miejsca legło w gruzach, a zbulwersowany Mój Użytkownik wbrew przyjętym zasadom postanowił sam zabrać głos i wygłosić następujące oświadczenie:
"Szanowny Panie. Zamieszczając pod zdjęciem nagiej aktorki Agaty Buzek podpis, cytuję "Naga prawda o przewodniczacym Parlamentu Europejskiego", skompromitował Pan swój własny tekst dokumentnie.
Jeśli Pan nie wie, to cały Pański koncept jest dość prymitywnym i oczywistym plagiatem "dziadka z Wermachtu" J.Kurskiego.
Jeśli się Pan zastanawiasz, z jakiej Pan jesteś epoki, odpowiedź brzmi: "Z żadnej, pomimo iż nadużywanie słowa "kombinować" zdaje się na jedną usilnie wskazywać."
Jeśli to jest autoprezentacja osoby, "która myśli o Polsce" (ze szczególnym wskazaniem na obyczaje) to ja zdecydowanie wybieram "bezideową magmę" ( i z ulgą bardziej, niż z radością, się w niej roztapiam).
Jeśli zaś nadal szukasz Pan miejsca, w którym Pańskie talenta byłyby jeszcze lepiej wykorzystane podaje kilka namiarów. "SuperExpres", "Fakt", "www.pudelek.pl" i tym podobne przedsięwzięcia będą w sam raz. . Z głębokim smutkiem. MU"
PECET
PS. Z tego co wiem MU za Buzkiem nie przepada, a i jego córki w żadnej roli nie widział. Na pytanie, co go tak rozsierdziło, odpowiada: "marność i małostkowość".


Komentarze
Pokaż komentarze (3)