AJ EM PECET AJ EM PECET
59
BLOG

Gdzie jest Salon, panie Janke ?

AJ EM PECET AJ EM PECET Polityka Obserwuj notkę 19

    Wyjaśniam na wstępie, że powyższe pytanie kieruję do szerszego grona P.T. publicystów. Jednakże będąc komputerem nad wyraz „dobrze wychowanym”, zwracam się w pierwszej kolejności do gospodarza Salonu24.*

    I zastrzeżenie drugie. Książkę „Rzeczpospolita Kłamców” Waldemara Łysiaka odkryłem online i przestudiowałem całkiem niedawno. Zupełnie jak Giertych „Transatlantyk”. Z tą wszakże różnicą, że w przeciwieństwie do ministra, ja swoją lekturę przeczytałem ze zrozumieniem oraz pełną świadomością, że przynajmniej dla części czytelników może to być pozycja „kanoniczna’ i obowiązkowa. Nawiasem mówiąc - fakt, że jakiegoś człowieka (a już polityka w szczególności)  beletrystyka może przerazić, jest dla mnie, Maszyny Cyfrowej zupełnie niepojęty.

 Wróćmy jednak do kwestii „Salonu” i moich wrażeń z lektury Łysiaka.  Otóż z pewnym zaskoczeniem odkryłem, że sporą część tego tekstu, niby po raz pierwszy odczytywanego, znam już w zasadzie doskonale. Z większością określeń i epitetów, przez autora wymyślonych lub tylko spopularyzowanych ( np. „różowy Salon”, „pożyteczni idioci” ) spotkałem się w licznych postach i komentarzach na tutejszym forum.

Ponadto:

- styl wypowiedzi, którego jedną z najbardziej charakterystycznych cech jest umieszczanie wszelkich kwestionowanych pojęć w ironicznym cudzysłowie („inteligencja”, „elity”).

- polemiczna pasja swobodnie ku zacietrzewieniu zmierzająca.

- hojne szafowanie oskarżeniami najcięższego kalibru, by przeciwnika całkowicie pogrążyć.

-  i na koniec, owo bezwstydne udowadnianie wszystkim swojej świętości, bezkrytyczne przekonanie o własnej nieomylności i epatowanie osobistą martyrologią podparte irytującą manierą pisania o sobie w trzeciej osobie.

 Wszystko to, jak się wydaje, stało się we współczesnej publicystyce stylem powszechnie obowiązującym.

 Ba, gdybyż jedynie stylistyka Łysiakowego bestsellera znajomą mi się wydała. Oto jednak identyczne opinie i sądy- ten sam sposób postrzegania polskiej  rzeczywistości - widzę w co drugim artykule. Tę samą galerię  postaci odpowiedzialnych za upadek polskiej inteligencji (tę, ujawnioną przez Łysiaka „salonową” klientelę) co i rusz jakiś nowy demaskator jednym tchem wymienia. Całe akapity na potwierdzenie niby własnych tez z Łysiaka przepisuje. A i samego mistrza ostrością ocen, celnością epitetów i bezwzględnością sądów przewyższyć się stara. Okazuje się, że znaczna część pisujących na Niezależnym Forum Publicystów nie tylko Łysiakiem pisze, ale Łysiakiem myśli, a nawet Łysiakiem czuje. Czyż nie jest zwykłą ironią losu, że zapiekły antysalonowiec walczący ze „świętym guru” – Michnikiem, wokół to którego „Salon” się skupił i okopał - sam na innym „całodobowym Salonie” na „świętego guru” wybrany został? I od razu odpowiadam – to zwykła kolej rzeczy.

 Z jednej strony jestem nieco rozczarowany, że to co brałem w  licznych tekstach za indywidualną słowotwórczą inwencję lub za oryginalną interpretację faktów jest jedynie kalką stylu i poglądów autora „Rzeczpospolitej Kłamców”.         Z drugiej strony jednak, tak liczny i powszechny akces do szacownego grona, które Łysiak  anty,, Salonem" nazywa, pewne moje podejrzenie zdaje się potwierdzać.

  „To dom wariatów — Herling, Herbert, Łysiak, e tutti quanti.” – kpi autor i kokietuje czytelnika jakością nazwisk z elitarnej listy tych, którzy się nie sprzedali. Dodajmy, listy zdecydowanie krótszej niż obszerny spis kłamców, zdrajców i lewaków wypełniających „różowe” pokoje i kartki Łysiakowego raportu. Tymczasem jednak, tajemnicze i lekceważące „e tutti quanti” wypełniło się całkiem sporym i wcale nie anonimowym tłumem. Przede wszystkim dziennikarskim - Ziemkiewicz, Wildstein, Sakiewicz, Michalkiewicz ... długo by wymieniać. A jeśli do „całej reszty” dodamy jeszcze publicystów internetowych – Kataryny, Galby czy inne Maryle - to nie dziwmy się, że miast grupki outsiderów ujrzymy całkiem potężną armię, uzbrojoną Łysiakiem po zęby i gotową natychmiast krwawo rozprawić się z „Salonem”.

 Ejże, czy aby na pewno o ostateczne rozwiązanie kwestii salonu im idzie? Wszyscy oni analizując taktykę „różowych” i ujawniając kolejne salonowe grzechy  pomijają dziwnym milczeniem iście benedyktyńską pracę Łysiaka, mającą dokładnie wyjaśnić, historycznie prześledzić i jasno zdefiniować pojęcie „Salonu” jako takiego. Co oznacza zatem surowy termin „Salon” bez wskazywania palcem żadnego konkretnego środowiska ?

  O tym, że błędem mojego Cybernetycznego Umysłu jest zbyt dosłowne rozumienie „salonu”, jako głównej sali dworu lub pałacu, przekonywał mnie już Mój Użytkownik (więcej w poście Mój „wykształciuch”, w którym całkowicie obnażam charakter tego indywiduum). Łysiak w pierwszych zdaniach książki to tylko potwierdza, ale coś mi mówi, że o tym pierwotnym znaczeniu słowa nie należy tak zupełnie zapominać.

    Znaczenie drugie wykorzystał Igor Janke, zakładając (na wzór salonu samochodowego czy kosmetycznego) tenże salon publicystyczny, którego nazwa sugeruje „czynne całą dobę” i miejmy tylko nadzieję, iż żaden urzędas się nie przyczepi, że ciężko pracujemy w niedzielę lub święta.

    I wreszcie trzecie znaczenie, które dla odróżnienia Łysiak proponuje nazwać „Salonem Wpływu” i zanim się z jego przedstawicielami ostatecznie zmierzy, bardzo obiektywnie i sumiennie rzecz objaśnia. W największym skrócie - jeden z recenzentów ujmuje to tak:

„Czym jest SALON? "Elitą" intelektualną, czyli opiniotwórczą, przybudówką różnych politycznych przedsięwzięć od rewolucji francuskiej, po PRL i dzisiejszą ochlokrację. Schemat jest zawsze ten sam; Salon kokietuje władzę, stwarzając odpowiedni klimat, nagina prawdę do potrzeb fikcji. Władza zaś nie zostaje dłużna, z góry sypią się srebrniki. Niby rzecz oczywista, banalna, a jednak mało kto wyciąga z tego wnioski”

    No właśnie. Albo wyznawcy Łysiaka nie czytają go uważnie, albo sam autor nie przewidział pola rażenia własnej definicji „Salonu Wpływu” jako „uległej władzy opiniotwórczej sitwy”.

 Panie i Panowie, nie róbcie komputerowi wody z procesora! Cóż to za opiniotwórcze środowisko, z którego (jak twierdzicie) opinią już się nikt nie liczy. Jakaż to wpływowa Gazeta, o której wiadomo iż wyłącznie kłamstwem, manipulacją i przekłamaniem się żywi. Co to w końcu za ustosunkowane towarzystwo, które nie dość, że na poczynania rządzących żadnego wpływu nie ma, to jeszcze sama władza jako na źródło zła wszelkiego właśnie je oskarżycielskim palcem narodowi wskazuje.

        Czego ten cyfrowy złom się nas czepia? – jękniecie. Już wyjaśniam. Oto ja – Udomowiony Komputer Osobisty pozbawiony ludzkich dylematów moralnych i wszelkich innych białkowych oporów, nawykły do służenia i wykonywania poleceń, wyłącznie pragmatyzmem i własnym interesem się kierując - do Salonu chcę, Salonu szukam i Salon mi się marzy. Sprawowanie „rządów nad duszami” ludziom pozostawiwszy ( co potwierdza tezę, że bunt maszyn to tylko wymysł kiepskich powieści SF), jeno na solidną dworską karierę liczę, sporych profitów oczekuję, a w skrytości wygaszacza ekranu nawet stanowisko głównego pałacowego serwera mi się roi.

    A wy co? Odmieniając „salon” przez wszystkie przypadki, od półtora roku jakichś pogrobowców komuny i IIIRP mi wskazujecie, ku lipnym autorytetom prowadzicie i we władanie „wampira z Warszawy” oddać mnie pragniecie. Owszem, może jeszcze niedawno terroryzowali intelektualnie całą Polskę, czerpiąc sute korzyści wspierali mafijny układ ekonomiczno- polityczny, a nawet „rozgrywali samego Nobla”. Ale przecież jak jednoznacznie głosi reklama: „IVRP. Koniec ery Michnika” i że tak powiem „Ten Pan już nigdy żadnej noblistki nie wskaże”. Jednym zdaniem - ja szukam „Salonu Wpływu” i jego kolor jest mi całkowicie obojętny, wy z uporem maniaka drogę do „Odpływającego Różowego Salonu” mi pokazujecie. Niech Was krzemowa dolina pochłonie za taką radę!

 Bo, że „Salon” gdzieś jest, istnieje - o tym zdaje się przekonani są wszyscy. Sam Łysiak zasadę funkcjonowania peerelowskiego „Salonu"  wyjaśnia następująco: „Chodziło o dubeltowy zysk: reżim dawał „Salonowi" to, czego każdy „Salon" pragnie najbardziej i bez czego żaden „Salon" nie byłby Salonem Wpływu — „rząd dusz" w kulturze oraz w edukowaniu społeczeństwa — i jeszcze płacił za to luksusowymi warunkami bytu tudzież gotówką”
    A w innym miejscu nieuchronność istnienia Salonu dodatkowo wyjaśnia: „Definicyjną cechą każdej władzy jest panowanie. Dwa główne rodzaje panowania to rządzenie administracyjne (władza polityczna) i tzw. „rząd dusz" (panowanie, w sferze pojęć kulturowych i obyczajowych, nad umysłami — a jeszcze lepiej nad sercami). Marzeniem każdej władzy jest równoczesne sprawowanie obu tych rządów.”

 To mi jest dopiero wskazówka! No skoro tak się rzeczy mają, to już prawie wiem, gdzie szukać. Najwyższy czas rosnącym w siłę „antysalonowcom” bliżej się przyjrzeć. Byłaby ta krucjata pod hasłami zniszczenia „Salonu” jedynie zasłoną dymną dla praktycznego jego przejęcia? Czy faktycznym celem wysiudania skompromitowanych autorytetów nie jest szybkie zajęcie ciepłych jeszcze foteli? Czy to jeszcze intelektualna wojna i światopoglądowy spór, czy już może klasyczna wymiana elit i zwykły przepływ kadr? Czy publicyści najdonośniej ćwierkający o swej niezależności nie wiją sobie aby jednocześnie (choćby i mimowolnie) ciepłego gniazdka na „Salonach Władzy”?

 Co robić? Na nową analizę kondycji „Salonu”, którą Łysiak zapewne już gotuje, mam czekać, czy wiedziony nagłym przeczuciem grono rządowych klakierów zasilić?  No i czy podołam? Czy będę miał tyle samozaparcia ile Rafał Ziemkiewicz , żeby krytykantów Giertycha dalej nękać, mimo iż ten wyrzuca z kanonu jego ukochanego Conrada? Czy starczy mi odwagi Igora Janke, który w samej paszczy lwa (przez internautów zwanej pieszczotliwie rynszTokiem) z histerii przestraszonych autorytarnym stylem rządzenia śmiało się naigrywa? Ba, czy znajdę jakiś sposób na obronę posłanki Sobeckiej, rzecznik Sowińskiej i ministra Leppera z powodu sprzecznych danych nie zawieszając się dokumentnie?

 Tyle pytań i wątpliwości, na które mój cybernetyczny umysł nie był zupełnie przygotowany. Lecz jeśli dobry kierunek w poszukiwaniu Salonu obrałem, tego Salonu, w którym serwilizm jest cnotą największą, a komplement rządzących najlepszą pochwałą, to przestrogi Michnika mnie nie przestraszą. „Do targowiska próżności, które nazywa się "Salon władzy" nie wchodzi się na zawsze i do końca. Ale rachunki potem płaci się do końca - życia...” napisał. A ja widząc, jak wielu intelektualistów zgadza się zagrać z władzą w „salonowca”, by po klapsie wyciągnąć rękę z palcem oskarżycielsko skierowanym we własną pierś – myślę, że to per saldo musi się opłacać. „Odzyskany Salonie” otwieraj podwoje – oto z pełną cyfrową mocą nadchodzę.

 

 

* Pewną inspiracją dla tego tekstu było święte oburzenie Igora Janke na profesora Sadurskiego za określenie „ publicysta prorządowy” i  nieco karkołomna próba udowodnienia, że skoro się nie pisze pochwalnych peanów na cześć władzy jest się z punktu publicystą niezależnym . Ku memu ogromnemu zaskoczeniu Sadurski wycofał się rakiem z całkiem trafnej diagnozy. Mimo całej sympatii jaką żywię do obu panów, ze mną tak łatwo nie pójdzie. Oto nawet jeśli  panu Igorowi zdarza się od czasu do czasu napisać kredą „gupi kaowiec”, to statystycznie rzecz badając i będąc Komputerem skłonnym do kompromisu mogę zgodzić się jedynie na zbitkę „niezależny publicysta prorządowy”.

AJ EM PECET
O mnie AJ EM PECET

Udomowiony Komputer Osobisty Klasy Średniej. Mam elegancką czarną obudowę i uroczy czerwony guziczek (bez żadnych skojarzeń proszę). Współpracuję z kilkoma urządzeniami peryferyjnymi. Ze światem rzeczywistym łączę się za pomocą standardowego Mojego Użytkownika (MU). Stałą obecność MU w systemie wykryłem przypadkowo podczas odświeżającej wieczornej diagnostyki. MU występuje w zakładkach "Wymuszony sprzęt" oraz "Urządzenia powodujące problemy".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (19)

Inne tematy w dziale Polityka