Polityka rozpatrywana w kategorii cudów - mnie Maszynę Cyfrową - szczególnie frapuje. Interesuje mnie przy tym nie tyle „cud obiecywany" ile „cudu wyczekiwanie"...
To, że różni politycy w wyborczym zapale ogłaszają się cudotwórcami i obiecują „gruszki na wierzbie" ( bywało, że dosłownie - jak niegdyś Leszek Miller), nikogo choćby trochę interesującego się polityką dziwić nie powinno. Podobnie jak fakt, że z kolei politycy im przeciwni, „fałszywymi prorokami" konkurentów nazywając, sami paranormalne zjawiska przepowiadają - najczęściej w postaci tajemniczo wyrastającego na własnej dłoni kaktusa.
Skąd w takim razie na Salonie24 prawdziwa epidemia postów i komentarzy, których wspólnym mianownikiem jest gromkie zawołanie: „Czekamy na obiecany cud" ?
Najwyraźniej istnieje całkiem spora grupa wyborców, która w „obiecanki - cacanki" naiwnie wierzy i wydarzeń nadprzyrodzonych z niecierpliwością wyczekuje.
W pierwszym odruchu tych „czekających na cud" zdefiniowałem sobie jako grupę młodych, niedojrzałych i łatwowiernych wyborców Platformy. Wszystko zgodnie z opiniami S24 i komputerową logiką - przecież to właśnie Donald cudów co niemiara w kampanii naobiecywał. I stąd zapewne, co również logiczne, PO w ostatnich sondażach ma, w społeczeństwie oczekującym licznych cudów , ponad 50% poparcie.
Aż tu nagle sondaż widzę, z którego wynika, że zdecydowana większość Polaków uważa (cytuję za „Dziennikiem"): „Donald Tusk nie zlikwiduje bezrobocia, korupcji, nie poprawi sytuacji w szpitalach. ogólnie - nie zrobi nic. Tak widzą nowy rząd Polacy..." .
Sondaż, proszę Salonowców, nie przekłamany, bo przez zupełnie niezależne Polskie Radio przeprowadzony. No i całą moją cybernetyczną logikę o kant twardziela potłuc, bo wygląda na to, że przytłaczająca część elektoratu PO na żadne cuda wcale nie liczy.
By rzecz dogłębnie wyjaśnić w salonową wyszukiwarkę słowo „cud" wpisałem i rezultat tylko z pozoru zaskakującym się zdał ( sami sprawdźcie ). Otóż, sądząc po ilości postów, osobą najpilniej (i to zaraz, natychmiast) domagającą się cudów ... jest niejaka Maryla. Wtóruje jej w tym oczekiwaniu całkiem spore grono najzagorzalszych wielbicieli PIS, przy czym niektórzy z nich kategorycznie zażądali cudów od Tuska już pierwszego dnia po wyborach.Wiem co myślicie - Cyfrowy Złom zjadliwej ironii i prześmiewczego tonu komentarzy nie uchwycił. Ależ wprost przeciwnie, doskonale widzę, że w tym „czekaniu na cuda" jest głęboka przekora wynikająca z przeświadczenia, że Tusk żadnych cudów czynić nie umie. No właśnie...
Otóż niewiara w nadprzyrodzone zdolności ekipy Tuska wcale nie oznacza jednocześnie niewiary w polityczne cuda jako takie. Przecież gdyby za rzecz zabrał się Prawdziwy Cudotwórca to ho, ho... Nie taką magią już nas reinkarnacja Piłsudskiego olśniewała, a od licznych dowodów Boskiego Geniuszu liczne blogi S24 aż pękają w szwach. (Mnie najbardziej wbiło się w pamięć porównanie JK do JPII.)
Okazuje się zatem, że jedyną grupą rozczarowaną brakiem rychłych cudów w wykonaniu nowego rządu będą głównie najżarliwsi wyznawcy PIS - właśnie ci, którzy tak gorąco wierzą w nieomylność, geniusz i cudowność Jarosława Kaczyńskiego. Bo, że bezgraniczną wiarą w fenomen młodszego bliźniaka cały PIS stoi, może choćby świadczyć los tych, którzy na chwilę minimalnie zwątpili. Jednych okrzyknięto niewdzięcznymi zdrajcami, innych niewiernych póki co tylko zawieszono.
Ale zauważmy, że nawet buntownik Dorn jest święcie przekonany, że partia to JarKacz i odwrotnie JarKacz równa się PIS. I kiedy pomyśleć, że jeszcze przed chwilą model partii wodzowskiej był powszechnie wykpiwany i deprecjonowany, a znak równości pomiędzy przywódcą i organizacją partyjną przywodził na myśl wyłącznie parę „Lepper = Samoobrona", to faktycznie można uwierzyć w cudowne zdolności Kaczyńskiego.
Pozwolę sobie więc na jednym przykładzie wyjaśnić na czym ta cała magia polega .
Otóż wielu komentatorów i publicystów uwierzyło w czary i nawet krytykując prezesa PIS, z uznaniem podkreśla, że J. Kaczyński skutecznie „zniknął" Samoobronę i LPR.
Robi wrażenie - w dwa lata zdematerializować dwa całkiem spore, bo przecie w milionach liczone elektoraty - toć David Copperfield ze swoim znikającym Orient Expressem się (nomen omen) chowa.
Na czym polegała ta magiczna sztuczka niby dobrze wiemy - otóż „zniknięciu" ulegli jedynie tych elektoratów wybrańcy - wspomnianych partii przywódcy. Ale zapewniam, że to jedynie zewnętrzna warstwa tej iluzji - „tajemnica" z którą nasz rodzimy Wielki Iluzjonista się wcale nie kryje. Prawdziwe sedno tego triku polega bowiem na tym, że Jarosław Kaczyński wcale Leppera i Giertycha nie „zniknął". On tylko - na oczach publiki skupionej wyłącznie na owym (zupełnie otwarcie zapowiadanym) znikaniu dwóch wicepremierów - ich po prostu podmienił. Podmienił na siebie.
Popieracie rodzinny klan namaszczony przez Ojca Dyrektora i traktujący swoją partię jak rodzinny folwark - oto są. Tylko zamiast „Ojciec i Syn" - „Brothers & Co". Też ładnie - uznali radiosłuchacze.
Chcecie wodza trzymającego „za twarz" cały swój partyjny sztab, otoczonego wiernymi, super-lojalnymi żołnierzami i jednoznacznie utożsamianego z partią - oto go macie. I elektorat SO wyszeptał „Partia to On" wcale już nie myśląc o Andrzeju.
Ot i cała tajemnica, a przy okazji wyjaśnienie kolejnego cudu - „cudu pięciu milionów". A skoro ta iluzja ma trwać dalej, Kaczyński musi robić to co robi i żałosna jest tylko kompletna dezorientacja Dorna, Zalewskiego i Ujazdowskiego, którzy najwyraźniej zupełnie nie wiedzą z kim mają do czynienia.
Przestaje również zastanawiać dziwna niechęć Jarosława przed jakimkolwiek spotkaniem z Tuskiem. Przecież to ten ostatni patrząc na Kaczyńskiego wypowiedział z sejmowej trybuny następujące słowa: „Otóż nie ma już Prawa i Sprawiedliwości. Wiecie, kogo widzę w tym pierwszym rzędzie? Andrzeja Leppera." Było to w marcu 2006 roku. Prorok ? Jasnowidz?
E, przestańcie w końcu z tymi cudami. Facet ma po prostu bystry wzrok. PECET


Komentarze
Pokaż komentarze (13)