AJ EM PECET AJ EM PECET
32
BLOG

Wszystkie "trolle" Salonu24 po trzykroć przepraszam !

AJ EM PECET AJ EM PECET Polityka Obserwuj notkę 4

  Komputer gorąco przeprasza i nieprzymuszony do błędu się przyznaje. Oto Pecet w swej cybernetycznej pysze uznał, że jego wiedza o naturze ludzkiej jest na tyle dostateczną, że najpaskudniejszy rodzaj białka występującego w sieci może jednoznacznie zdefiniować i  z pryncypialnych krzemowych pozycji ostro napiętnować. Takoż i dostało się „biednym trollom” w moim poprzednim poście po trzykroć. Stąd i te potrójne przeprosiny.

 

Po pierwsze.

Uznałem, że trolle są najagresywniejszą formą sieciowych bytów. Nic bardziej mylnego. Owszem ich ataki - pełne inwektyw, słów powszechnie uznanych za nieparlamentarne, czasami naprawdę podłych „wycieczek osobistych” a nade wszystko nijak nie odnoszące się do merytorycznej zawartości postów osób atakowanych – wyglądają często nadzwyczaj groźnie. Pozory jednak mylą. Oto ich celem nie jest wcale całkowita eliminacja czy zupełne zaszczucie „ofiary” (przecież zamierzają na jego blog niedługo wrócić) – one żywią się wszak jej odpowiedziami i bezsensowną (bo będącą zazwyczaj próbą powrotu do meritum dyskusji) próbą obrony. A już z największą rozkoszą rzucają się w wir pojedynku z trollami „strony przeciwnej” – to ich prawdziwy żywioł. Tak między nami mówiąc - przy braku jakiejkolwiek reakcji - zadawala je czasem nawet ślad swojej bytności na „znienawidzonym” blogu, czy to w postaci kałuży wylanej żółci, czy w formie sążnistej „wklejki” jakiegoś gotowego, niekoniecznie własnego tekstu (im dłuższy -  tym lepiej).

 Jednakże, czy ktokolwiek widział, by oprócz ad hoc sformułowanych „wirtualnych gróźb” jakoś troll usiłował faktycznie wprowadzić je w życie? Innymi słowy, by ów cybernetyczny atak przeniósł w całości i dosłownie do tzw. „realu”?  Czy policja notuje gremialne przypadki pobicia blogerów przez ich sieciowych przeciwników, a polskie sądy pełne są wytaczających sobie procesy internautów? Może umknął mi jakiś pojedynczy przypadek, jednak mogę z całym przekonaniem uznać, że nie jest to zjawisko powszechne. Reasumując: naturalnym środowiskiem aktywności trolli jest przestrzeń wirtualna i śmiem twierdzić, że mało któremu przyjdzie do głowy pomysł, by nawet najbardziej znienawidzonemu, a znanemu z imienia i nazwiska blogerowi dajmy na to zniszczyć życie lub złamać zawodową karierę.

 Tymczasem natknąłem się na przypadek (trudno, użyjmy tego słowa) blogera, który aż ślini się, by „medialną interwencją” dopiec „w realu” swemu internetowemu przeciwnikowi. Paweł Paliwoda nie tylko jawnie pali się do ewentualnych procesów, ale jak oznajmia poczynił już pewne kroki i „zresztą parę osób już w tej sprawie się ze mną kontaktowało.”. „Salonowy Samuraj” z satysfakcją informuje wszystkich, że swoją upatrzoną ofiarę ma praktycznie na widelcu - „źle człowiek trafił i jeszcze nawet nie zdaje sobie z tego sprawy”. Pozostaje jeszcze tylko, bagatela - „zbadać karierę i historię” przeciwnika, „co o nim sądzą w środowisku, co myślą pacjenci” itd. Już tam PP coś na niego znajdzie. Tak oto filozof odkrył w sobie powołanie na „dziennikarza śledczego” zupełnie nie zauważając iż zabiera się do rzeczy od tyłu. Klasyczna szkoła takiego dziennikarstwa opisywała niepokojące zjawisko (polityczne, gospodarcze czy społeczne)  i próbowała znaleźć odpowiedzialnych za ten stan rzeczy. PP winnego już ma, tylko jeszcze afery mu brakuje. Póki jej nie wykryje – ozdabia swój blog rodzajem donosu/notatki do (póki co) Administracji Salonu24, by blog jego adwersarza wycięła w pień. Całkiem logiczne – a nuż facet będzie próbował się bronić. Ma w planie i następne denuncjacje, a jakże. Tu jednak formuje już „grupę uderzeniową” i usilnie przekonuje innych, że „Sprawa nadaje się nie tylko do Sądu Koleżeńskiego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, ale do sądu jako sprawa cywilna.”

 Stąd i moje powtórne przeprosiny. Błąd, który nagminnie popełniam to opisywanie trolli jako grupy. Tymczasem to „samotni jeźdźcy internetu”. Owszem – potrafią pojawić się sporą watahą, szczególnie kiedy wyczują „łatwy łup” (cokolwiek to by miało oznaczać), ale zazwyczaj nie tworzą stada (a jeśli już – może jestem cyfrowo naiwny – to jest to stado przypadkowe). Do rzadkości należą sytuacje, by wcześniej się grupowali, publicznie omawiali taktykę ataku – jednym słowem „organizowali”. Jeśli się wspomagają i „dodają sobie otuchy” - jest to raczej akcja spontaniczna.

 Tymczasem PP epatujący czytelnika wizerunkiem samotnego Samuraja , montuje na swoim blogu całkiem przemyślaną „siatkę”. „Warto się temu przyjrzeć, a przede wszystkim przeprowadzić wywiad ze współpracownikami z jego macierzystego zakładu pracy... powstałby całkiem intrygujący portret psychologiczny psychiatry z miasteczka na prowincji i jego powiązaniach z miejscowym establishmentem...” – podpowiada Venissa. „Czekam na adresy nawet przyblizone. Gdzie one są! Przeciez nie obiecywalem pozbawienia zycia. Jako chrzescijanin, obiecuje wam ch.jki jedynie kalectwa.” – domaga się niejaki „mięśniak” Tymczasowy. ( Tak czuły na przejawy wszelakiego chamstwa i agresji PP, „swoich” nie wycina – o tym już pisałem poprzednio.) Towarzystwo nakręca się coraz bardziej i lada chwila zaczną sobie przydzielać zadania. („Słusznie. Musimy się skontaktować.” – PP)

  Nasz samotny wojownik co i rusz uruchamia jakiś oddział specjalny, a to „znajomych wytrawnych specjalistów informatyków”, a to bliżej nieokreślone „kontakty”, by w końcu tradycyjnie domagać się odsieczy od administracji Salonu24 (włącznie z żądaniem ujawnienia danych osobowych swoich przeciwników). Oczywiście w co drugim komentarzu podkreśla, jak to doskonale poradzi sobie sam, baja o dotychczasowych wygranych pojedynkach i zgrywa nieustraszonego Shimadę.

 
 I stąd moje przepraszam po raz trzeci. Za trollami nie przepadam i je ignoruję. Mogę jednak podejrzewać, że w „walce o swoją sprawę” kierują się jakimś dziwacznym kodeksem postępowania i ...nie wysługują się innymi. Mocno upraszczając – „każdy troll swój honor ma”. Zaliczając w poprzednim poście Pawła Paliwodę w poczet „internetowych trolli S24” popełniłem kardynalny błąd i nietakt. Jedyne co mnie usprawiedliwia, to fakt, że o istnieniu „internetowych szpicli” nie miałem zielonego pojęcia.

 PECET

 PS. Zaznaczam, że złośliwego komentarza „psychiatry” uznanego przez PP za „lekarską diagnozę” nie znam (o co postarał się sam PP, skutecznie go wycinając) i nie mogę ocenić. Nie oceniam również poglądów pana PP, a jedynie jego metody działania.

AJ EM PECET
O mnie AJ EM PECET

Udomowiony Komputer Osobisty Klasy Średniej. Mam elegancką czarną obudowę i uroczy czerwony guziczek (bez żadnych skojarzeń proszę). Współpracuję z kilkoma urządzeniami peryferyjnymi. Ze światem rzeczywistym łączę się za pomocą standardowego Mojego Użytkownika (MU). Stałą obecność MU w systemie wykryłem przypadkowo podczas odświeżającej wieczornej diagnostyki. MU występuje w zakładkach "Wymuszony sprzęt" oraz "Urządzenia powodujące problemy".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka