AJ EM PECET AJ EM PECET
40
BLOG

Traktat w oparach Salonu

AJ EM PECET AJ EM PECET Polityka Obserwuj notkę 3

Poziom absurdu w salonowych dyskusjach o ratyfikacji Traktu Lizbońskiego jest tak duży, że Maszyna Cyfrowa, która zwykle uwielbia wyśmiewać ludzkie wymysły - logikę białka właśnie ad absurdum sprowadzając - tym razem wydaje się nie mieć żadnych szans.

Jedyne co może zrobić, to rzecz całą nieco uporządkować i na podstawie salonowych postów pewne pojęcia w swoim zakutym procesorze na nowo zdefiniować.

 

Traktat Lizboński.

 Cóż to jest , jak napisał jeden z blogerów, ten cały Traktat "dla niepoznaki zwany Lizbońskim”?

 Z salonowych dyskusji Mózg Cybernetyczny jasno wywnioskował, że jest to dwustronna (stąd i międzynarodowa) umowa polsko-niemiecka. Umowa tak pokrętna przy tym, że do dzisiaj nikt jej nie jest w stanie przeczytać, co z uporem zwolennicy oraz przeciwnicy jej ratyfikowania za każdym razem skutecznie sobie wypominają.

 Gorące protesty Mojego Użytkownika (MU) połączone z odsyłaniem mnie na strony wikipedii, bym sobie o traktacie reformującym parę linijek przeczytał, zupełnie mnie nie przekonały. Komputer musi bowiem swoje sądy - człowieczych spraw tyczące - oprzeć na jakimś ludzkim autorytecie. Sami przyznacie, że w tym przypadku zdanie MU wobec prawdy objawionej w prezydenckim orędziu nie liczy się wcale. A przecież wystąpieniu głowy państwa towarzyszyły obrazki podstępnej kanclerz Merkel oraz mapy Polski i Niemiec w przedwojennych granicach.

 Gdybyż,  jak uparcie twierdzi MU, wspomniana umowa dotyczyła również innych krajów, i byłaby na ten przykład jednocześnie umową polsko-szwedzką, to na pewno w telewizyjnym klipie pojawiłby się fragment filmu „Potop”. Ot chociażby słynna „obrona Częstochowy”. Gdyby natomiast (jak twierdzą niektórzy krętacze) tę umowę z Niemcami podpisały oprócz Polski także i inne kraje, to przecież znacznie mocniej „niemieckie zagrożenie” zilustrowałyby zdjęcia z anschlussu Austrii, czy bombardowanie Londynu.

 I skoro już przy Anglikach jesteśmy – jedyne moje wątpliwości budzą następujące fakty: co ma do polsko-niemieckiej umowy „protokół brytyjski” i dlaczego całą rzecz podpisywano w Portugalii?

 

Orędzie Prezydenckie.

 Po początkowych zachwytach salonowców nad jego dobitnością i wyrazistością, niespodziewanie słychać coraz więcej krzywdzących głosów krytycznych. Są wśród nas, Szanowni Blogerzy, i takie indywidua, które twierdzą, że Prezydent został w nie (podobnie jak we wspomniany TL) „wmontowany”.

Cóż, nie da się ukryć, że Kurski popełnił jeden zasadniczy błąd. Otóż miast zilustrować europejsko-gejowskie zagrożenie dla naszego świętego i jednoznacznego pojęcia rodziny jakimś unijnym ślubem homoseksualnym posłużył się obrazkami z Kanady. Fakt, że Kanada ma z UE niewiele wspólnego, jest dla większości komentatorów szczegółem zupełnie nieistotnym. 

Gorzej, że miast podkreślić grozę sytuacji ukazując zaślubiny pederastów niemieckich (którzy jak powszechnie wiadomo na takie uroczystości ubierają najchętniej wojskowe mundury „po dziadkach”) zobaczyliśmy na ekranie Bogu ducha winnych „gejów sojuszniczych”, boć przecie amerykańskich. Stąd trzeba teraz gejów z ulubionego mocarstwa za błąd techniczny przepraszać, co by nam się dobre stosunki z USA nie posypały.

 Oczywiście jakieś szemrane środowiska próbują tę sytuację wykorzystać przepraszając za słowa Prezydenta wszystkich gejów. Trzeba zatem przypomnieć tym zdrajcom, że już prawdziwi Polacy dobrze potrafią odróżnić gejów wrogich polskiemu państwu od zaprzyjaźnionych „gejów alianckich”. A zwykłego telewizyjnego chochlika od słów prawdy zawartych w prezydenckim orędziu.

 

Ratyfikacja umowy.

 I tu dochodzimy do istoty nieporozumień z orędziem związanych. Tylko bowiem wykształciuchy , czyli stali widzowie Szkła Kontaktowego, wystąpienia głowy państwa w telewizji oglądają i obrazków się później złośliwie czepiają.

Inteligentny bloger orędzia przede wszystkim czyta. I to po kilka razy, jak to uczynił redaktor Tomasz Sakiewicz. Tylko dzięki wielokrotnej uważnej lekturze doszedł on do oczywistych wniosków, że Prezydent wskazywał na zagrożenia związane z niemieckimi roszczeniami i homoseksualnymi ślubami właśnie w przypadku odejścia od zdefiniowanego wcześniej TL.

Technicznych szczegółów tego „odejścia” redaktor uważający się za  „wroga ludu” już nie wyjaśnił, ale poseł Karski zaraz z pomocą pospieszył, że przecież wystarczy telefon kanclerz Merkel  zaczynający się od słów „Herr Tusk...”, by polski premier posłusznie wykonał jej wszelkie polecenia. Podkreślmy, że to już kolejne dwie osoby, które słuszność „salonowego” rozumienia Traktatu jako umowy polsko-niemieckiej jednoznacznie potwierdzają.

W każdym razie „odejście od traktatu może skończyć się takimi skutkami, a nie ratyfikacja” – objaśnia Sakiewicz słowa Prezydenta. Logika tej interpretacji na tyle Maszynie Cybernetycznej zaimponowała, że pozwoli sobie dalsze logiczne wnioski z niej wysnuć. Pierwsze co przychodzi Cyfrowemu Mózgowi do procesora, to podejrzenie, że orędzie Prezydenta wyemitowano za wcześnie. Za wcześnie o parę miesięcy, a może i lat.

Jeśli bowiem ktoś zamierza nam dopiero polecić „swój towar” („...wynegocjowałem dobry dla kraju traktat...”- LK)  nie skupia się głównie na jego ewentualnych przyszłych wadach. Wyobraźmy sobie konstruktora dopiero co zaprojektowanego „super-bezpiecznego auta”, który podczas jego prezentacji główną uwagę poświęca czyhającym na każdym skrzyżowaniu śmiertelnym wypadkom drogowym. 

Jeśli jednak emisja orędzia odbyła się we właściwym czasie należy raczej przyjąć, iż jego celem była publicznie wyrażona swoista niechęć do ratyfikacji lizbońskiej umowy. Właśnie czysta logika doskonale tę niechęć wyjaśnia.
Przecież najprostszym sposobem by od umowy nie dało się w żaden sposób odejść, jest jej w ogóle nie zawierać.

Lecz co, jeśli już podpisano wstępną zgodę jej zawarcia i w związku z tym wszem i wobec wielki sukces odtrąbiono? Wtedy trzeba do zapewnień o własnej dobrej woli dodawać kluczowe słówko: „ale”. Tryb warunkowy nie przystoi oblubieńcowi przy ołtarzu, jak widać politykom (przynajmniej oni tak uważają) pomaga zachować resztki wiarygodności. Pod warunkiem oczywiście, że owo „ale” będą potrafili logicznie uzasadnić.

 

Fundamentalne znaczenie przymiotników.

 „Pogdybajmy” przez moment. Przecież chyba nikt nie ma wątpliwości, że gdyby premierem był nadal Jarosław Kaczyński a rządy sprawowałby PIS ratyfikacja TL nie stanowiłaby żadnego problemu i nie wymagała żadnych specjalnych dodatków. Podejrzewam, że temat ratyfikacji nie zagościłby nawet na salonowej SG.  Cóż się zatem zmieniło?

Okoliczności i ...przymiotniki. Owszem TL został wynegocjowany przez braci Kaczyńskich, ale nie w imieniu jakiegoś bez-przymiotnikowego Państwa Polskiego, lecz w imieniu „Polski pisowskiej” ( czy też IVRP - jak kto woli). Niemcy, a wraz z nimi cała Europa (jeśli już ktoś jak MU się upiera, że Traktat również jakichś innych państw dotyczy) powinni zrozumieć, że tego państwa ...chwilowo nie ma.

Jest co prawda jakaś „Polska pełowska” (czy tam Druga Irlandia – znów jak kto woli), ale z taką Polską przecież nikt nic nie podpisywał. Ha, lecz jak i gdzie to zaznaczyć, kiedy w tekście umowy nie można? Szkopuł w tym, że międzynarodowe traktaty takimi niuansami się nie zajmują i żadnych dodatkowych przymiotników przy nazwach państw-sygnatariuszy nie przewidują.

Stąd też i dziwne pomysły, żeby odpowiednią ustawą wyraźnie pokazać, „który” to kraj pod traktatem podpis złożył i "z kim" jedynie powinno się tę umowę w przyszłości renegocjować.

 

„Wstyd tylko, że przy okazji cały świat również wyraźnie widzi, kto też po krętych „polskich drogach” w taki pokraczny sposób do Europy drepcze.” – marudzi jak zawsze MU.

„Polska” – bardziej stwierdzam, niż pytam.

„I znowu bez żadnych przymiotników, psiakrew” – odpowiada.

 

PECET

AJ EM PECET
O mnie AJ EM PECET

Udomowiony Komputer Osobisty Klasy Średniej. Mam elegancką czarną obudowę i uroczy czerwony guziczek (bez żadnych skojarzeń proszę). Współpracuję z kilkoma urządzeniami peryferyjnymi. Ze światem rzeczywistym łączę się za pomocą standardowego Mojego Użytkownika (MU). Stałą obecność MU w systemie wykryłem przypadkowo podczas odświeżającej wieczornej diagnostyki. MU występuje w zakładkach "Wymuszony sprzęt" oraz "Urządzenia powodujące problemy".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka