Maszyna Cyfrowa dawno temu daną obietnicę spełnia i wreszcie cudzysłów ( „”) na tapetę pulpitu bierze. A zainspirowana długością postu Ludwika Dorna oraz apelami J.M.Rokity (by poważnie i dogłębnie o ważnych rzeczach mówić) lojalnie ostrzega, że niniejszym tekst bardzo obszerny, acz w pewne niespodzianki obfitujący, Szanownym Salonowiczom przedstawia. I tylko Mój Użytkownik puka się w czoło: Kto to tobie przeczyta?
W jakimś starym komentarzu sam zapowiadałem ten temat w sposób następujący: Cudzysłów, znak – wytrych, pozwalający odebrać słowu jego właściwe, określone znaczenie stał się dziś absolutnie nieodzownym elementem dyskursu politycznego. Dotyczy to zresztą nie tylko słowa drukowanego, ale nawet publicznej debaty telewizyjnej. ( Małe zadanie dla cierpliwych desperatów – znaleźć choć jedną dłuższą telewizyjną wypowiedź Jacka Kurskiego, w której ten nie macha rękoma i nie kreśli w powietrzu omawianego znaku. )
Dziś, gdybym o mediach chciał rozprawiać, musiałbym przyznać, że sporą konkurencją dla wspomnianego posła jest Kazimiera Szczuka. Nawet, gdy tylko o literaturze rozprawia i akurat jakąś przenośnię pragnie podkreślić.
Nie o medialnych modach i pozach rzecz jednak będzie. W tym wpisie postanowiłem skupić się bowiem na języku pisanym, który jako blogera, choć cybernetycznego bardziej mnie interesuje - i co ważniejsze - jest cudzysłowu pierwotnym środowiskiem. Wszak to właśnie obecność tych dwóch graficznych kresek na dole i dwóch u góry usiłują naśladować niezgrabnie zagięte palce telewizyjnych dyskutantów.
Na koniec tego wstępu napomknę jeszcze, że ostateczną zachętą by na serio zająć się tematem było moje mocne rozczarowanie salonowym postem o wcale interesującym tytule Peomowa - zjawisko wciąż nie zbadane, w którym niestety jego autor FYM nie poświęcił zapowiedzianemu przez siebie zjawisku ani jednego słowa. Wypomniał jeno prof. Michałowi Głowińskiemu, iż ten się do solidnej roboty nie bierze, bo na krótkiej analizie pisomowy poprzestał (do tego wszystkiego opublikowanej we wrażym FYMowi czasopiśmie). Korci mnie polemicznie, ale to już w jakimś komentarzu spróbuję, bo wbrew pozorom analiza prostego znaku „” do zupełnie niespodziewanych rozmiarów mi się rozrosła.
***
Zacznijmy tedy od początku czyli od wspomnianej pisomowy, której Głowiński parę charakterystycznych elementów wskazał i dosyć nieszczęśliwym neologizmem nazwał, bo jednoznacznie kojarzącym się z orwellowską nowomową. Ta zaś z definicji totalitarnemu państwu jest przynależna, więc trudno się dziwić, że ów termin takie gwałtowne reakcje i zdecydowane protesty u zwolenników PISu wzbudził. Wskutek tego, pewnych bardziej lub mniej oczywistych podobieństw współczesnej retoryki partyjnej do tej starej, peerelowskiej (od której Głowiński jest powszechnie uznanym specjalistą) postanowili nie przyjmować do wiadomości.
I tu deklaruję jasno, że przekonywać ich nie zamierzam . Więcej nawet - w imię tak przez wyżej wspomniane środowisko znienawidzonej politycznej poprawności jestem gotów stwierdzić, że tytułowy znak interpunkcyjny funkcjonujący jako współczesny ślad zjawiska zwanego nowomową - bo taką oto karkołomną tezę Maszyna Cyfrowa postanowiła udowodnić - jest nadużywany w równej mierze przez obie strony politycznego sporu.
Prześledźmy pokrótce tę zadziwiającą karierę, jaką zrobił obecnie cudzysłów we wszelkich tekstach pisanych. Nie interesuje nas oczywiście w tych rozważaniach cudzysłów jako sygnał dosłownego cytowania czyichś słów, zaznaczenia tytułu, użycia przenośni czy kolokwializmu. Bierzemy pod uwagę użycie znaku interpunkcyjnego „” wyłącznie w celu podkreślenia ironii czy nawet jawnej negacji zawartych w nim treści.
Nazwijmy go umownie za Wiktorem Klempererem (o którym nieco później) cudzysłowem ironicznym, choć Komputer miałby ochotę na zupełnie nowy termin - cudzysłów wykluczający.
***
Otóż pozwolę sobie na skrót myślowy i zaryzykuję twierdzenie, że przyczyną oszałamiającej popularności cudzysłowu ironicznego (której efekty łatwo dostrzec na niemal każdym blogu S24 - mojego nie wykluczając) jest koncepcja IVRP. A ściślej mówiąc druzgocące recenzje jakie orędownicy moralnej rewolucji wystawili jej poprzedniczce. Zupełnie nie podejmuję się oceniać zasadności miażdżącej krytyki jaka spotkała szesnastolatkę – interesują mnie jej semantyczne skutki. A jednym z nich było głębokie przeświadczenie, że na dopiero co odzyskanych najistotniejszych słowach: patriotyzm, ojczyzna, naród, demokracja etc. dokonano jakiegoś zbiorowego gwałtu. Trzeba było ważne słowa z łap wszechmocnego układu wyrwać, w jakiś sposób odzyskać, oczyścić i właściwy im blask przywrócić.
Wybrano metodę najgorszą z możliwych – oto słowom, którym ledwo co odjęto dodatkowy epitet (socjalistyczna ojczyzna, demokracja socjalistyczna) postanowiono doczepić nowy wartościujący składnik – uniwersalne słowo: prawdziwy. Takoż wysypało: prawdziwymi patriotami, prawdziwymi katolikami i prawdziwą demokracją, że trzy pierwsze z brzegu przykłady tylko podam. Inną metodą na ten recykling słowa stało się używanie wielkiej litery - obok Polaka, pojawił się zatem Patriota, Katolik, Demokrata itd.. Obie metody można z powodzeniem stosować naraz - a wszystko po to, by tych Prawdziwych i Wielkich od tych fałszywych i z małej litery pisanych odróżnić.
Isaiah Berlin w swoich szkicach de facto przeciwstawiających liberalizm totalitaryzmowi zauważa niebezpieczeństwa związane z określeniem „prawdziwy”. Porównując porewolucyjną dyktaturę jakobinów i rzeczywistość sowiecką pisze tak: W obu tych sytuacjach jako „prawdziwą” wolność postrzega się dążenie do realizacji określonego projektu, który stanowi „prawdziwy” cel ludzkości. W imię realizacji tego celu, zarówno francuski obywatel, jak i człowiek radziecki był torturowany i gnębiony. Paradoksalnie więc czyniono to wszystko dla jego własnego, „prawdziwego” dobra. Przykład komunistycznej nowomowy nie będzie zatem żadnym nadużyciem – zbyt dobrze pamiętamy, że najczęściej wymienianym celem prawdziwego socjalizmu miała być prawdziwa równość.
Na Berlina powołuje się w artykule Jak zepsuć demokrację Prof. Janusz A. Majcherek. O ile Maszynie Cyfrowej łatwo zgodzić się z logiką jego stwierdzenia, że sformułowanie prawdziwa demokracja sugeruje istnienie jakiejś innej – zwykłej demokracji (bezprzymiotnikowej), o tyle dostrzegany za Berlinem zamysł likwidacyjny, unicestwiający (demokrację, wolność, równość itd.) skrzętnie skrywany w retoryce nadużywającej słowa prawdziwa, Komputer dostrzega zdecydowanie wyraźniej w zupełnie innym nadużyciu.
I tak oto przechodzimy do interpunkcyjnej pałki jaką bywa cudzysłów i wpisany weń choćby jako egzemplum „patriota”.
***
Z reguły Prawdziwego Patriotę od patrioty łatwo odróżnić kiedy obok siebie w tekście przykładnie stoją. Lecz gdy osobno pisani zaraz ten drugi swoje niecne właściwości ukrywa. Co innego kiedy takim właśnie sposobem go zapiszemy - „patriota” i już wszyscy wiedzą, że to najzwyklejszy zdrajca.
Oto kolejny współczesny wynalazek na słów odzyskiwanie. Stosowany namiętnie przez wszystkich – od salonowych polemistów począwszy, przez zwaśnionych dziennikarzy, po zacietrzewionych polityków z najwyższego szczebla władzy. Ironicznym cudzysłowem roboczo nazwany zdecydowanie na wyrost. Wszak ironia ma tyle odcieni, a już najbardziej czytelnikowi smakuje, gdy sam ją z kontekstu umie wyłowić, żadną dodatkową interpunkcją nie wspomagany. Więc co ? Cudzysłów sarkastyczny, wykluczający, negujący? Wszystko to zdaniem Maszyny Cyfrowej nazbyt subtelne określenia na tę interpunkcyjną pałę, której mocno uproszczony wzór dla jasności podaję:
Prawdziwy Patriota > patriota > „patriota”
I dla sprawdzenia prawdziwości wzoru proszę sobie podstawić dowolne słowo kluczowe dla publicznej debaty: Polak, katolik, suwerenność, Europa, profesor, lekarz, inteligent, autorytet, elita itd. itp. Zapewniam, że wszystkie gładko do równania pasują. Podkreślam ponadto, że popularne zniekształcenia słów (ałtorytet, elyta, merdia etc. aż po osławioną korwinowską dupokrację) są dla powyższego wzoru tylko drobną wariacją. Szczególnie zaś polecam wszystkim (w ramach higieny osobistej) rozpisanie tego schematu ze słowem: bloger.
A teraz uwaga! Choć Mój Użytkownik jest powszechnie znany ze swojej pisożerności, mam dla wszystkich wielbicieli PISu , Ciemnogrodzian i dumnych Moherów, którzy do tego miejsca tekstu z zaciśniętymi zębami dotrwali nad wyraz miłą niespodziankę. W prosty sposób można tę interpunkcyjną pałę wsadzić w dłoń zdeklarowanego fana PO. Otóż wystarczy jedynie pierwszy z członów obdarować wszechpotężnym uniwersalnym cudzysłowem i oto powstaje kolejny, nieco skrócony acz bardzo wymowny wzór:
„Prawdziwy Patriota” < patriota
Teraz już wystarczy z należytą uwagą przyjrzeć się moim dotychczasowym tekstom, by prędzej czy później Peceta we własne sidła złapać. I choć powinienem się martwić, to niewymowną radość sprawia mi fakt, że i z tego równania słowo nie ujęte w cudzysłów wychodzi zwycięsko. A o to z grubsza mi szło.
***
Jeszcze? Ano na finał czas, a wszak obiecałem tak pojmowany cudzysłów (interpunkcyjną stylistyczną figurę) jako współczesny odprysk nowomowy zdefiniować. Wracam tedy na koniec do wspomnianego już Wiktora Klemperera.
Zwolenników spiskowej teorii dziejów i łowców głów fałszywych autorytetów z góry przestrzegam, że życiorys urodzonego w Gorzowie Wielkopolskim profesora filologii może doprowadzić ich do białej gorączki. W telegraficznym skrócie: Żyd, syn rabina (!), niemiecki ochotnik - żołnierz I Wojny Światowej (!) przeżył całą drugą w Rzeszy (!?) dzięki małżeństwu z „rasowo czystą” Aryjką (!), a od ostatecznej wywózki uratował go w ostatniej chwili łut szczęścia – zagłada Drezna (!) w 1945 wstąpił do Komunistycznej Partii Niemiec (!) i kontynuował w NRD (!) karierę naukową i polityczną (!). I co się być może w jakiejś ciasnej głowie nie zmieści – jest niekwestionowanym autorytetem jeśli chodzi o język Trzeciej Rzeszy. Klemperer jest mianowicie autorem wysoko do dzisiaj ocenianego opracowania „LTI: Notatnik filologa” (1947). Nie dość że termin LTI (Lingua Tertii Imperii) nadal funkcjonuje jako rozpoznawalny skrót, a książka jest wciąż traktowana jako bezcenne źródło historycznej wiedzy o hitlerowskim państwie to jednocześnie stanowi kanoniczną podstawę dla wszelkich językowych analiz dotyczących każdej totalitarnej nowomowy. (Specyficzne, że mimo wysokiej pozycji autora w enerdowskiej partyjnej hierarchii książka nigdy nie wyszła w ZSRR – zbyt oczywiste było podobieństwo LTI do języka komunistycznej propagandy.)
Profesor, który w czasie wojny m.in. pilnie analizował język gazety Der Stürmer zauważa w książce z niejakim zdziwieniem, że retoryczna z natury, apelująca do uczuć LTI wcale, jakby się tego można spodziewać, nie nadużywa w interpunkcji wykrzykników. Wszystkiemu nadaje formę okrzyku czy hasła z taką oczywistością, że nie potrzebuje do tego żadnego specjalnego znaku przestankowego... LTI posługuje się natomiast aż do przesytu tym, co chciałbym tu nazwać „ironicznym cudzysłowem”.
I zauważa dalej: Chamberlain, Churchill i Roosevelt są zawsze tylko „mężami stanu”, w ironicznym cudzysłowie, Einstein jest „badaczem”, Rathenau jest „Niemcem”, a Heine „>niemieckim< poetą”. Nie ma w gazetach takiego artykułu, nie ma takiego przedruku przemówienia, w którym nie roiłoby się od ironicznych cudzysłowów, nie brak ich nawet w utrzymanych w spokojniejszym tonie pracach specjalistycznych. Należą do drukowanej odmiany LTI, tak samo jak i do sposobu mówienia Hitlera czy Goebbelsa: są im naturalnie wrodzone.
Klemperer kończy zaś ten wywód tak: ...podać można na to tysiąc przykładów. Jeden z tego tysiąca, skądinąd bardzo monotonnych, przykładów brzmi: „rozróżnia się koty niemieckie i koty >szlachetne<.
Na tym i ja kończę, bo już MU z jakąś złośliwością na temat kotów do mnie biegnie.
Komputer nie oskarża, nie demonizuje, nie straszy ani nie poucza. Jedynie o ukazanie maleńkiego odprysku nowomowy w gorącym języku współczesnych polskich politycznych sporów Maszynie Cyfrowej chodziło. I to tam gdzie się tego najmniej spodziewamy. W interpunkcji.
PECET


Komentarze
Pokaż komentarze (12)