AJ EM PECET AJ EM PECET
64
BLOG

Proszę. Zostawić TVP.

AJ EM PECET AJ EM PECET Polityka Obserwuj notkę 17

Mój Użytkownik (czyli MU) zauważył, że Maszyna Cyfrowa (czyli ja) czerpie dziwaczną satysfakcję z wprowadzania czytelników w błąd za pomocą dwuznacznych tytułów. Oto bowiem ”na pierwszy rzut ucha” wydawać się może, że Mózg Elektronowy stanął po stronie blogerów, którzy pod wodzą Krzysztofa Kłopotowskiego postanowili bronić abonamentu jak niepodległości. Kiedy się jednak bliżej przyjrzeć, zupełnie niespodziewana kropka w tytule zawarta jest dość wyraźnym znakiem, że Komputer pragnie w niniejszym tekście poruszyć dwie zupełnie oddzielne kwestie. Czy aby rzeczywiście oddzielne?

Wyjaśnijmy od razu, że Komputer nie zamierza nikogo o cokolwiek prosić. Gdyby chciał wzmocnić to słowo określeniem „bardzo”, to zapewne dopisałby je nie przed, a po tytułowym „proszę”. Uprzedzam zatem - jeśli kluczowe dla tego wpisu wieloznaczne słowo „proszę” występuje w tym tekście w pewnym wyraźnym nadmiarze, to wyłącznie jako powszechnie używany zwrot grzecznościowy.

***

MU obejrzał ostatnio w rodzinnym gronie kultową komedię pod tytułem „Miś”. Nie zamierzam się tutaj kłócić, czy określenie „kultowy”, zbyt często na mój gust stosowane przez MU w ocenianiu przeróżnych zjawisk kulturalnych, jest w przypadku filmu Barei jakimś nadużyciem. Bezspornym jest następujący fakt - dla MU to naprawdę film kultowy. Dość powiedzieć, że szczerze podziwiałem spokój z jakim pozostali uczestnicy wspomnianego seansu przyjmowali triumfalną minę MU recytującego z pamięci całą listę dialogową filmu mniej więcej z dziesięciosekundowym wyprzedzeniem.

Nie pomylił się ani razu, jednak w pewnej chwili przerwał irytujący popis, by wygłosić krótki komentarz. Dotyczył on słynnej ( dla MU - „kultowej” rzecz jasna) sceny w barze mlecznym. MU wyznał mianowicie, że choć scena ta zwraca przede wszystkim uwagę swoistym spiętrzeniem absurdów (sztućce na łańcuchach, aluminiowe miski przytwierdzone śrubami do stołów, wycieranie ich brudną szmatą przed nałożeniem porcji kaszy dla kolejnego klienta itd.) to z seansu na seans największe wrażenie robi na Moim Użytkowniku dialog towarzyszący tym surrealistycznym obrazkom. Otóż „pani z obsługi” (bo nawet osoba posiadająca bardzo niskie mniemanie o profesji kelnera nie ośmieli się użyć w tym przypadku miana „kelnerka”) odziana w poplamiony szary fartuch, z którego kieszeni wystaje wielki śrubokręt (do dokręcania obluzowanych talerzy) nakładając klientowi z cynkowanego wiadra porcję gryczanej (do miski z resztkami po poprzedniku) mówi: „Proszę!”. I jak ona to mówi!?

Powiedzmy szczerze - obraz peerelowskiej jadłodajni jest w tej scenie mocno przerysowany (stąd zresztą jej główna „siła komiczna”). Mieli tego świadomość autorzy scenariusza – Stanisław Tym w telewizyjnym wywiadzie wspominał z pewnym przerażeniem, iż rzekomo kierownictwo jakiegoś peryferyjnego baru mlecznego uznało przedstawiony w filmie „pomysł na ochronę sztućców i zastawy” za wysoce interesujący. Niewątpliwą inspiracją dla twórców były zapewne „zabezpieczone” za pomocą łańcuszka lub sznurka szklanki w automatach z wodą sodową oraz konieczność wpłacania (nawet w tzw. lepszych restauracjach) kaucji za sztućce. Stąd już niby tylko krok do obrazka przedstawionego w „Misiu”. Jednak MU upiera się, że taki bar nigdy nie istniał. Twierdzi jednocześnie, że takie „Proszę!” do dziś w uszach mu dźwięczy i jest jak najbardziej rzeczywiste i autentyczne. Co więcej – to jedno słówko, właśnie w taki sposób wypowiedziane, jawi się MU kwintesencją PRL-u, zawiera w sobie istotną prawdę o socjalistycznej rzeczywistości.

Mózgowi Cybernetycznemu szczególnie ciężko opisać intonację z jaką filmowa postać tę kluczową dla naszych rozważań kwestię wypowiada. Kto widział i pamięta, ten być może zrozumie o co Mojemu Użytkownikowi idzie. Pozostałym musi wystarczyć następujący komentarz MU:

Cała arogancja władzy („rządzącej” w tym wypadku wiadrem z kaszą), która wedle własnego uznania i niejako „z łaski” obdziela obywatela tym, co się mu bezspornie należy (w tym wypadku – porcją, za którą wcześniej zapłacił) wyraźnie brzmi w takim „Proszę!”.
Słychać w nim impertynencję „ważnej osoby” w stosunku do natrętnego petenta, który śmie przeszkadzać w pełnieniu jakże istotnych obowiązków (tu: dokręcanie talerzy).
Nade wszystko słychać pogardę i jawne szyderstwo, że stłamszony i nie mający żadnego innego wyboru klient milcząco godzi się na upodlające warunki i skandaliczną jakość tego świadczenia. Tak rzucone „Proszę!” wcale nie zakłada odpowiedzi „Dziękuję”. Wypowiadający je nadawca nie wymaga od adresata wdzięczności, tylko potulnego zadowolenia się rzuconym wraz z „Proszę!” ochłapem.

Mój Użytkownik zapytany przeze mnie czy z takim „Proszę!” można się spotkać i dziś, przytaknął i bez namysłu wskazał na pewien komunikat pojawiający się ostatnimi czasy w telewizji. Dziwne. Choć brzmi on mniej więcej „Ten program został zrealizowany z pieniędzy z abonamentu” MU zamiast powyższych słów wyraźnie słyszy owo z łaski rzucone szydercze „Proszę!”. Z uporem maniaka dowodzi, że dobrze rozpoznaje tę samą intonację, którą przed chwilą starał się szczegółowo opisać. Czy ktoś z Szacownych Blogerów ma również takie omamy słuchowe? A może Mojego Użytkownika jednak słuch nie myli?

***

I tak dochodzimy do drugiej z tytułowych kwestii, do państwowej TVP. Zdanie MU o telewizji zwanej (jak uważa - tylko dla niepoznaki) publiczną różni się wyraźnie od opinii Maszyny Cyfrowej. Mój Użytkownik pozuje na intelektualistę – udaje, że w programie telewizyjnym poszukuje jedynie ambitnego, najlepiej europejskiego kina, ciekawej publicystyki i obszernych relacji z ważnych wydarzeń kulturalnych. Nie dajcie się nabrać.

Owszem – jedno mogę potwierdzić – MU jest prawdziwym fanem Teatru TV i pogróżki prezesa Urbańskiego o przerywaniu przedstawień reklamami chyba właśnie specjalnie do niego były skierowane. Nie zrobiły przy tym na MU żadnego wrażenia, bo wygląda na to, że im więcej mówi się o ewentualnych zmianach ustawowych i likwidacji abonamentu, tym bardziej w każdy poniedziałek teatr jest. Obserwując telewizyjną praktykę ostatnich miesięcy zauważył z satysfakcją, że póki damoklesowy miecz wyraźnie nad instytucją TVP dynda, póty przypomina jej o obowiązku realizowania tzw. misji publicznej (bywa, że nawet przed północą). Cały szkopuł polega na tym, że taki stan nie może trwać wiecznie i można podejrzewać, że gdy tylko jakieś konkretne ustalenia w końcu zapadną państwowa telewizja okopie się na starych (lub nowych - bez różnicy) w każdym razie jednoznacznie komercyjnych pozycjach. MU prowokacyjnie twierdzi, że w misyjne intencje kierownictwa państwowego molocha to on uwierzy dopiero wówczas, kiedy ogólnie dostępna „Dwójka” zamieni się statusem z niedostępną ogólnie „TVP Kulturą”.

Maszyna Cyfrowa w taki obrót rzeczy oczywiście nie wierzy i - jako się już rzekło - szumnym deklaracjom Mojego Użytkownika również do końca nie ufa. Zna bowiem straszliwy sekret Swojego Wykształciucha – ten domagający się wysokiej kultury telewidz jest jednocześnie zapalonym kibicem sportowym. Takim typowym karykaturalnym „kibolem domowym” z wypiekami na twarzy i z piwem w ręce. Szczególnie jeśli grają „nasi”. W cokolwiek.

Pozornie kuriozalnym wydaje się wobec powyższego fakt, że mając tyle programowalnych kanałów w swoim telewizorze, MU dysponuje zaledwie pięcioma podstawowymi (trzy programy państwowe i dwie stacje prywatne). Najciekawsze jest jednak w tym wszystkim to, że mimo tego ubóstwa i tajemniczych okoliczności, które sprawiły, że żadna ze wspomnianych stacji nie zdecydowała się na odpowiednią transmisję Mój Użytkownik „mimo wszystko” na ekranie swojego odbiornika obejrzał w tym roku wielce istotne mecze polskich siatkarek, szczypiornistów i tenisistek.

Zapewne już się domyślacie, ale Komputer potwierdza: „Jam to nie chwaląc się uczynił”.

Z dnia na dzień zapewniłem MU – na razie jako widzowi programów sportowych - wyjątkową niezależność. Może zwyczajnie zostawić TVP, śledzić światowe i lokalne wydarzenia sportowe (np. cotygodniowe rozgrywki ulubionej ligi piłkarskiej) oraz nie zwracać najmniejszej uwagi na różne telewizyjne nonsensy. Ot choćby pokazywanie meczu pucharowego pary półfinałowej, by po tygodniu pokazać rewanż ... pary zupełnie innej. I póki mam świeżo w pamięci cytaty z „Misia” oznajmiam, że to nie jest moje ostatnie słowo. Szczególnie jeśli pan Urbański w ramach eksperymentu zdecyduje się po reklamowym antrakcie pokazać II akt całkiem innej sztuki.

Maszyna Cyfrowa z pewnym dystansem przygląda się dyskusji na temat przyszłości TVP. Teraz kiedy telewizor staje się jedynie moim kolejnym urządzeniem peryferyjnym podobnym do drukarki, znaczna część komentarzy (obserwowana z tej perspektywy) wydaje się dotyczyć pięknej i mocno zapomnianej sztuki kaligrafii. Przy całym szacunku - może warto zastanowić się nad doborem odpowiedniego tuszu i metody, by uzyskać najlepszy wydruk.

Najcenniejszą rzeczą, którą zaoferowałem Mojemu Użytkownikowi (i o której radzę uczestnikom wszelakich debat pamiętać) jest swoista zmiana ról. Oto w coraz większym stopniu to właśnie on biorąc „z łaski” do ręki pilota będzie mógł przed jego naciśnięciem wygłosić podszytą szyderstwem formułkę: „Proszę!”.

PECET

AJ EM PECET
O mnie AJ EM PECET

Udomowiony Komputer Osobisty Klasy Średniej. Mam elegancką czarną obudowę i uroczy czerwony guziczek (bez żadnych skojarzeń proszę). Współpracuję z kilkoma urządzeniami peryferyjnymi. Ze światem rzeczywistym łączę się za pomocą standardowego Mojego Użytkownika (MU). Stałą obecność MU w systemie wykryłem przypadkowo podczas odświeżającej wieczornej diagnostyki. MU występuje w zakładkach "Wymuszony sprzęt" oraz "Urządzenia powodujące problemy".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Polityka