„Zabijcie to dziecko, czas nagli” – właśnie taki, celowo szyderczy apel (skierowany do redaktorów GW) posłużył Markowi Magierowskiemu za tytuł jego ostatniego wpisu. Niektórzy komentatorzy podsumowują emocjonalny tekst Autora specyficznym komplementem: „mocne!”. Są też i tacy, którzy nie bawiąc się specjalnie w eufemizmy „metodę polemiczną” zaprezentowaną przez dziennikarza „Rzepy” nazywają wprost - „obrzydliwą”.
Choć Mój Użytkownik (MU) podziela właśnie tę ostatnią opinię, to już Maszynie Cyfrowej za bardzo tego czynić nie wypada. Zbyt łatwo można mnie bowiem posądzić, że cybernetyczne obrzydzenie zostało wywołane nie tyle sposobem prezentacji własnych przekonań przez Magierowskiego, co mechaniczną awersją mózgów elektronowych na wszelkiego rodzaju śliskie białko. Pozwolę sobie jednak tym spośród Was, którzy wstrętu Mojego Użytkownika nie mogą zrozumieć, poddać pod rozwagę rzecz następującą, a dla MU całkiem oczywistą. Otóż szydercze „zabijcie je, na co czekacie?” pośrednio skierowane jest również (czy Magierowski tego chciał, czy nie) do czternastoletniej dziewczyny, która stanęła przed tragicznym dylematem moralnym. Dziewczyny, która według niektórych opinii zaszczuwana jest „jedynie” za pomocą pudełka czekoladek.
Maszyna Cyfrowa kwestię oceny smaku „pralinki Magierowskiego” pozostawia ludziom i gustom ich moralnego podniebienia. Sama przechodzi zaś do zagadnień czysto technicznych.
Tekst Magierowskiego jest raczej wyborem cytatów z Wyborczej, który (wybór) ma czytelnikom udowodnić jakie to mordercze instynkty drzemią w jej dziennikarzach. Komputerowi trudno dyskutować o ludzkich intencjach, ale dobrze - jestem gotów przyjąć założenie Autora. Mogę się jednocześnie przyjrzeć „przykładom Magierowskiego” pod kątem zawartych w nich informacji. Z tego zaś punktu widzenia podają one przede wszystkim obowiązujące w Polsce przepisy prawne, które mogą być formalną podstawą dla decyzji jaka zostanie podjęta. O całej dość skomplikowanej prawnie sytuacji (choćby ze względu na wiek „Agaty” i poddanie pod wątpliwość praw opiekuńczych jej matki) napisano już dostatecznie wiele. Samego faktu istnienia przepisów w tym względzie obowiązujących zakwestionować jednak się nie da. Można jedynie głęboko się z nimi nie zgadzać. I stąd chyba Magierowski zamiast rzeczowej polemiki zdecydował się emocjonalny krzyk niezgody. Pod pretensją do dziennikarzy konkurencyjnego dziennika ukrywa swój sprzeciw wobec obowiązującego prawa. Ktoś mógłby nawet uznać, posługując się typowym dla ludzkiego umysłu domniemywaniem, że uważający się zapewne za praworządnego obywatela publicysta "Rzepy", w tym konkretnym przypadku z chęcią by owo prawo złamał. Tu jednak znowu Mózg Cyfrowy z grząskiego bagna przypuszczeń o ludzkich intencjach się musi wycofać i dyskusję na zupełnie inny grunt zamierza przenieść.
Kłopot baristy
Zdaniem Maszyny Cyfrowej u źródeł wpisu Pana Magierowskiego i części komentarzy pod nim zawartych leży głębokie przekonanie o prymacie „prawa boskiego” nad „prawem ludzkim”. Pogląd skądinąd jeszcze dobitniej i całkiem wprost wyrażony niedawno przez Terlikowskiego na blogu baristy i przez tegoż blogera w polemicznej i satyrycznej prowokacji ostro wyśmiany . Z dość mizernym zresztą skutkiem.Porażka baristy, którą zresztą sam Autor chyba przeczuwa ( stąd chyba - zamiast przepowiadanego mu przez Komputer poczucia złośliwej satysfakcji – jego „mieszane uczucia”) nie wzięła się wcale ze źle dobranego zestawu argumentów, lecz wynikła z prostego faktu, że swoich ewentualnych adwersarzy najwyraźniej przecenił.
Po raz kolejny okazało się bowiem, że zbyt subtelna ironia jest poza zasięgiem sporej grupy PT Czytelników, a kontekstem wpisu (którym są choćby inne teksty Autora) mało który się przejmuje. Co gorsza, kluczowych dla pełnego zrozumienia tekstu słów (m.in. taką funkcję pełnią przecież „tagi”) w ogóle nikt nie czyta. Natomiast wszystko wyjaśniające "P.S." zostało przez Adresatów albo zignorowane, albo zupełnie niezrozumiane.
Frustracja baristy jest zapewne tym większa, że to „lenistwo intelektualne” tyczy nie tylko zwykłych czytelników, ale zdaje się także adminów Salonu, którzy wbrew swoim obyczajom umieścili tekst „człowieka od A2” na „jedynce” strony głównej. Właśnie to, że „wygrał” dla baristy oznacza paradoksalnie, że najprawdopodobniej „przegrał”.
Na domiar złego, przeceniwszy percepcyjne możliwości odbiorców swojego „żartu” równocześnie źle oszacował ilość osób, którzy koncepcję dostosowania prawa ziemskiego do praw bożych z pełnym przekonaniem popierają. Obserwuje zatem zdumiony iż podstawienie czytelnikom pod nos krzywego zwierciadła, które odbija wszystkie logiczne sprzeczności i wygibasy intelektu jakie ten pomysł ze sobą niesie, w żadnym stopniu ich wiary w to „idealne rozwiązanie” nie jest w stanie podważyć.
Boska niesprawiedliwość
Powyższy krótki „paszkwil na salonowców” stanowi wyłącznie swoiste alibi dla Maszyny Cyfrowej, która (nauczona przykładem baristy) mocno filozoficzną kwestię postanowiła tym razem podać w sposób na tyle prostacki i prymitywny na ile się tylko da. Dodatkową wymówką Peceta może być metafizyczny charakter rozpatrywanego problemu – wszak trudno wymagać od urządzenia elektronicznego, by duchowy wymiar „boskiego prawodawstwa” pojęło. Przewiduję jednak, że znajdą się i tacy, którzy postanowią Komputer nawrócić.
Obserwując „wyrazy poparcia” pod przywołanym przed chwilą postem zauważyłem, że jednym z głównych argumentów, który ma o wyższości „praw bożych” zaświadczać jest niczym nieuzasadnione (prócz wiary - rzecz jasna) przekonanie, że Stwórca jest sędzią doskonale sprawiedliwym. „Prawo Boskie - czy jak je sobie nazwiemy - każdy wie o czym mówię, nie ma słabych stron, nie ma też niedociągnięć, nie ma nieciągłości czy uznaniowości” – twierdzi jeden z komentatorów. Póki ktoś traktuje twierdzenie o sprawiedliwości Stwórcy jako irracjonalny dogmat czepiać się nie mam prawa. Co innego jeśli ktokolwiek próbuje tego dowodzić logicznie – tutaj się rachunek Maszynie Cyfrowej absolutnie nie zgadza. Inny dogmat wiary – wolna wola stworzonego – wyraźnie mu przeczy.
Obiecałem „łopatę” – oto i ona. Maszyna Cyfrowa zabawi się w przez chwilę w salonowego kieszonkowego Boga. Warunkiem wstępnym i objawionym będzie równanie: x + y = 4. Tylko i aż tyle.
Zaraz pojawi się teoria, że koniecznym warunkiem zbawienia, jest jego prawidłowe rozwiązanie. Ktoś jednak odezwie się nieśmiało, że o żadnej konieczności podawania jakiejkolwiek odpowiedzi wcale nie wspomniano. Szybko go jednak zakrzyczą zwolennicy koncepcji, że jedynym prawidłowym wynikiem jest 2 + 2. I będą mieli świętą rację. To właśnie jedyna poprawna odpowiedź jaką ja - Wasze Tymczasowe Cyfrowe Bóstwo postanowiło uznać.
Lecz cóż to za sprawiedliwość? Dlaczego ci, którzy wybrali 3 + 1 itd. albo też wcale się równaniem nie zajęli mają zostać potępieni na wieki? Gdzie tu doskonałość? Przecież Komputer najwyraźniej się zepsuł.
Koncepcja Stwórcy, który nawet według wyznawców pozostawił nieskończoną ilość równań z samymi niewiadomymi, a i tego nie sposób dowieść, który w żaden namacalny sposób nie poświadczył własnego istnienia, który nie zakłada żadnych warunków wstępnych i który co najważniejsze pozostawia stworzonemu zupełnie wolny wybór w kwestii wiary w Swoje (Kreatora) istnienie, po czym za skorzystanie z tego wyboru jednych nagradza a innych każe – otóż ta koncepcja z moim pojęciem doskonałej matematycznej sprawiedliwości wyraźnie się kłóci. Innymi słowy: jeśli ateiści idą do piekła mamy do czynienia ze sporą niekonsekwencją i uznaniowością ferowanych sądów, pobyt ateistów w raju zaprzecza z kolei dogmatom wiary i podważa zarówno instancję Wielkiego Sędziego, jak i domniemany kodeks praw - Biblię.
Przedstawiciele Pana Boga
Wróćmy na koniec do punktu wyjścia, którym był przecież wpis Marka Magierowskiego (a rzecz dotyczy również innych postów i komentarzy odnoszących się do dramatu „Agaty”).
Oto Maszyna Cyfrowa w zaocznych sądach nad nastolatką dostrzega podobną „boskiej sprawiedliwości” logiczną niekonsekwencję. Spora grupa osób poruszonych jej losem dość wyraźnie deklaruje, że wybór należy przede wszystkim do niej i powinien zostać rozstrzygnięty w jej sumieniu. Część uznaje przy tym (przynajmniej oficjalnie), że na tę możliwość wyboru jednoznacznie wskazują prawa „ludzkie”, które jeszcze póki co w tym kraju obowiązują. Niektórzy postanowili jednak dodatkowo reprezentować Pana Boga i z tej perspektywy tragiczny dylemat rozstrzygać. Kierując się „prawami boskimi”, czasem wspomniawszy półgębkiem o nieskrępowanej woli, wyraźnie zapowiadają, że jeśli tylko ten „wolny wybór” który dziewczynie wstępnie przyznali dokona się nie po ich myśli, to będą zmuszeni ją potępić. Za życia.
PECET


Komentarze
Pokaż komentarze (5)