Maszyna Cyfrowa kontynuuje poprzedni temat, gdyż w komentarzach próbujących jakoś obronić decyzję o nie ratyfikowaniu TL przez Lecha Kaczyńskiego - zarówno pod moim postem, jak i pod analizą pana Lubicza, czy też napisanym „z zupełnie innych pozycji” (bo jednoznacznie eurosceptycznych) tekstem Piotra Wołejko (lecz zawierającym, o dziwo, podobne oceny politycznego posunięcia LK) - pojawiła się grupa identycznych argumentów.
„A bo, ci wszyscy inni...”
W części z nich komentatorzy idąc za przykładem podanym w wywiadzie przez samego Prezydenta powołują się na przykłady innych krajów - czy to w związku z niegdysiejszym automatycznym odwołaniem procesu ratyfikacyjnego Konstytucji Europejskiej po fiasku głosowania we Francji i Holandii, czy to wskazując na obecne „kłopoty z ratyfikacją” u naszych sąsiadów - Niemców i Czechów.
Tu jedynie zwrócę jeszcze raz uwagę na pewien paradoks, który wynika z sytuacji, że Polacy (politycy, publicyści, komentatorzy) zazwyczaj głośno domagający się poszanowania suwerenności i perorujący o prawie do podejmowania własnych indywidualnych decyzji, dla uzasadnienia słuszności polityki zagranicznej prowadzonej przez Prezydenta cięgiem powołują się na przykłady ...innych. Przypomnijmy, że nawet protokół, który z taką pompą ogłoszono wielkim sukcesem polskiej dyplomacji nosił nazwę „brytyjski”. Stąd trudno odmówić głowie państwa pewnej konsekwencji, która za główną przesłankę podjęcia własnej decyzji uznała casus ...irlandzki.
Proszę zauważyć ileż to szacownych nacji o polskim suwerennym stanowisku “decyduje”. Tylko czekać, aż ktoś wpadnie na pomysł, by uzasadnienie dla polskiej polityki zagranicznej zacząć od słów “Rosja na przykład wcale nie należy do UE …” i szczegółowo wyjaśni co z powyższego wynika.
Ta grupa argumentów - przykładów, które bazują na konstrukcji „A, bo...(tu wpisujemy odpowiedni kraj)” ściśle wiąże się z inną, która z kolei dowodzi racjonalności ruchu Kaczyńskiego wskazując na przyczynę i skutek: skoro w irlandzkim referendum TL przepadł, to logicznie nie ma powodu się nim dalej zajmować.
Zasadniczy błąd tej argumentacji polega na tym, że Prezydent zapowiadając w wywiadzie ruch jaki zamierza wykonać w kwestii Traktatu, sam się nim nadal zajmuje! Dokładnie tak.
„Widziane z trybun”
Komputer zapytany w jednym z komentarzy, czy widzi analogię do wspomnianego już automatycznego wstrzymania procedury ratyfikacyjnej po odrzuceniu TK przez Francję i Holandię, odpowiedział, że i owszem. Lecz Mózg Elektronowy dostrzega też istotne różnice. Między innymi w stopniu zaawansowania procesu ratyfikacyjnego wtedy i teraz. A także w tym przede wszystkim, jak mogą być odebrane dość podobne uzasadnienia w zależności od sytuacji oraz sposobu ich wyartykułowania.
I by rzecz lepiej wyjaśnić posłużę się dość banalnym, acz z uwagi na zakończone dopiero co Mistrzostwa Europy, w miarę aktualnym i nośnym porównaniem, konstruując dla Szanownych Czytelników dwie "scenki rodzajowe" ze sportowego boiska rodem. Wcale nie mam pewności ,czy jest to porównanie celne i adekwatne, ale skoro już go raz użyłem, chcę je pod osąd Szanownych Czytelników podać. Przy czym kieruję te obrazki do tych jedynie, którzy są zdania, że UE jest „mimo wszystko” jedyną drogą, którą Polska powinna dalej podążać – czyli podzielają w tej kwestii oficjalną opinię ...Lecha Kaczyńskiego.
Musimy wszakże przyjąć jedno założenie - mamy do czynienia z drużyną, którą dla niepoznaki nazwijmy United Euro Team :). W tej drużynie występują zawodnicy, którzy mają co prawda różne koncepcje, co do taktyki (którą obiorą podczas gry) i co do reguł (które w samej grze powinny obowiązywać), ale i wspólny cel (którym jest chociażby sama chęć w grze uczestniczenia). Nadto, choć się to wielu widzom mocno nie podoba, są w tej drużynie zawodnicy kluczowi (rozgrywający), którzy całą tę drużynę de facto „skrzyknęli”. Ich nader silna pozycja część kibiców tak strasznie irytuje, że mówią z sarkazmem o "równych i równiejszych", a jednak chyba zdają sobie sprawę, że ze zdaniem tych właśnie zawodników reszta drużyny mocno się liczy i uznaje ich "szczególną istotność" dla struktury całego zespołu. Ta drużyna przyjęła jednak zasadę, że na grę muszą się jednomyślnie zgodzić wszyscy gracze.
I tak w pierwszej scenie (rozgrywki o Puchar Konstytucji) widzimy, że z grą (czy też modyfikacją reguł w niej obowiązujących) od samego początku nie poradziło sobie dwóch graczy (w tym jeden z owych głównych rozgrywających). Reakcją zespołu było bezradne rozłożenie rąk i automatyczne gry wstrzymanie. Słowa, które zasiadający na stadionie „Europa” mieliby możliwość usłyszeć brzmiały mniej więcej tak: „No, niestety”, „Tak się nie da”, „Jak wszyscy, to wszyscy”... A jeden z zawodników, który akurat oglądał „Misia” stwierdził nawet „Ona niesłuszna jest. Ta koncepcja.”
W scence drugiej (Lisbon Cup) widać drużynę, która po dość długich negocjacjach ustaliła jako taką wspólną taktykę i po zachęcającym okrzyku „No to gramy, panowie” właśnie powoli wychodzi na boisko.
I tu przypomnijmy, że z paroma graczami dość długo ustalano zasady gry, a dla dwóch uczyniono nawet wyjątek i spisano osobny kontrakt, który pozwalał im na pewną swobodę poruszania się po boisku i związane z tym nieco „odmienne realizowanie zadań taktycznych”. Jeden z owych „libero”, którego szczególnie drażniła uprzywilejowana pozycja wspominanych już kluczowych graczy, uznał nawet ten fakt za wielki osobisty sukces, tudzież dowodził wszem i wobec, że od tego momentu znaczenie jego pozycji na boisku znacznie wzrosło. I faktycznie można uznać, że choć z jego pomysłem na ustawienie graczy (w tzw. systemie pierwiastkowym) nie do końca się zgodzono, to miedzy innymi właśnie z powodu jego obiekcji obowiązywanie pewnych reguł odsunięto w czasie oraz zaakceptowano możliwość słynnego „catenacio”.
Wróćmy jednak do „naszego obrazka”. Oto mamy sytuację, gdy spora część graczy już zajęła pozycje, część się rozgrzewa, a paru jeszcze konsultuje, czy aby ta gra jest zgodna z prawem. Wtem nadchodzi wiadomość, że jeden z graczy nie wystąpi (ku wielkiej uciesze tych spośród kibiców, którzy już od dawna z różnych powodów – reguły, taktyka, skład itd. – ten pomysł na grę krytykowali) - według jednych „doznał bolesnej kontuzji”, według innych słusznie postanowił w grze nie uczestniczyć.
Stoją tedy zawodnicy świadomi zasady jednomyślności i drapią się po głowach. Co robić? Niektórzy, jak gdyby nigdy nic, rozgrzewkę wbrew logice kontynuują, część znowu ręce bezradnie rozkłada i zdezorientowana (lub tylko takie wrażenie sprawiając) na murawie w oczekiwaniu zastyga. Jak doskonale widać – jednym i drugim chyba żal, „że sobie nie pokopią”. Są też i tacy, którzy (o zgrozo!) kombinują, jakby jednak ten mecz mimo wszystko rozegrać. Raz mówią, że kontuzja niegroźna i „to się jakoś wyleczy”, innym razem głośno formułują pretensje, a nawet szantażują usadzeniem na ławce rezerwowych i żółtej kartki się domagają . Można się na te postawy zżymać i w prosty sposób dowodzić ich nieracjonalności. Ale trudno zanegować, że płynie z nich dosyć czytelny komunikat: „Na wspólnej grze bardzo nam zależy”.
A co robi reprezentujący nas „libero”? Ano z pewną nadzieją (a część twierdzi, że ze źle ukrywaną satysfakcją) pyta, a raczej z ulgą stwierdza: „No co, to jednak sobie nie pogramy...”. I zdecydowanym krokiem zmierza do szatni.
Zaznaczmy, że przed chwilą wychodził na murawę z pewnym ociąganiem, które niektórzy dość złośliwie komentowali. On zaś twierdził, że to tylko źle odebrany sygnał i cierpliwie wyjaśniał, że owa pozorna(?) ślamazarność jest spowodowana wyłącznie należytą ostrożnością i potrzebą wyjątkowej koncentracji. Zgodnie ze swoja filozofią postępowania (w której gesty się zupełnie nie liczą) znów musi obecnie wszystkim tłumaczyć, że przecież to zupełna oczywistość „iż w tej sytuacji do gry dojść nie może”. Już po chwili zastrzega wszakże, że owszem, jeżeli tylko sytuacja się zmieni, to rzecz jasna on na boisko w pełni przygotowany natychmiast wybiegnie.
Owo niby zupełnie nieistotne (według niego) wrażenie jest jednak następujące: Grać mu się najzwyczajniej nie chce. Albo, co gorsza - w żaden sposób się z tą drużyną związany nie czuje.
Doskonale wiecie, że takich zawodników, którzy „nie przejawiają ochoty do gry” zdejmuje się z reguły z boiska. Ręczę, że gdy do gry kiedyś w końcu dojdzie, nasz „libero” znowu będzie zgłaszał pretensje do całego świata: a to że go w ustalaniu pierwszego składu nie uwzględniono, a że przy wyznaczaniu do strzelania karnych pominięto. Na dodatek będzie z przekonaniem dowodził, iż to wyłącznie wrogie knowania i intrygi innych graczy do takiej sytuacji doprowadziły. O własnej postawie nawet się nie zająknie.
Takiego „libero” chcieliście? No to go macie.
PECET


Komentarze
Pokaż komentarze (3)