AJ EM PECET AJ EM PECET
56
BLOG

To tylko gra (banały i dłużyzny)

AJ EM PECET AJ EM PECET Polityka Obserwuj notkę 6

Tytułem wstępu

„Rząd wyraźnie dał ciała" - stwierdził niedawno Mój Użytkownik (MU). Nie ma to, jak zaskakujący początek. Od tego momentu napięcie u tych z Szanownych Czytelników, którzy sobie dla ułatwienia Peceta odpowiednio „zaszeregowali" powinno już tylko rosnąć. A co by się działo, gdybym zacytował MU dosłownie?!

 Maszyna Cyfrowa przeprasza za trywialny tytuł tej notki. Nie jej to wina, że takie banalne prawdy trzeba ludziom od czasu do czasu przypominać. A liczne reakcje i komentarze dotyczące wojny rządu z PZPN do powtarzania takich banałów Mózg Elektronowy zmuszają.

 Tym, którzy właśnie zrezygnowali z czytania, serdecznie dziękuję za uwagę. Dla wytrwałych mam natomiast „gratis" w postaci kolejnego szokującego wyznania. Otóż wcale nie jestem obiektywną Maszyną Cyfrową. Jestem Komputerem tendencyjnie skonfigurowanym. Skonfigurowanym przez użytkownika, który jest zdeklarowanym pasjonatem piłki nożnej.

 Ten fakt skutkuje następującym zastrzeżeniem: ci z Was, którzy posługują się lekceważącymi sformułowaniami typu „piłka kopana", „kopacze", „piłkarzyki" (aż po „dwudziestu dwóch spoconych facetów uganiających się bez powodu za wypełnionym powietrzem balonem") - wcale nie znajdą we mnie sojusznika. Futbol traktuję nad wyraz poważnie i twierdzeniem „to tylko gra" wcale nie zamierzam jego roli i wagi w życiu ludzkich społeczeństw deprecjonować. Kto jak kto, ale Komputer wcielający się w rolę Konsoli (rzadko, bo rzadko, ale jednak) ma pełną świadomość, jak poważnie grę można i z jakim szacunkiem powinno się ją traktować.

 Jest oczywiście i druga strona medalu, bo „piłka jest jedna, a bramki są dwie". Otóż w przypadku MU słowa „pasjonat" użyłem z premedytacją.  Do miana prawdziwego kibica, tj. takiego który z ulubioną drużyną jest na dobre i na złe, sporo MU jednak brakuje. Jak sam twierdzi, nie umie się tak bez reszty i do końca zapomnieć. Owszem, niby wrzeszczy jak opętany kiedy „nasi" zdobywają bramkę i szpetnie klnie na sędziego, gdy ten podejmie decyzję krzywdzącą jego ulubieńców. Jednak wyraźnie drażni go sytuacja kiedy ktoś, kto przed chwilą wygrażał pięścią przeciwnikowi za „obrzydliwy i chamski faul", w momencie gdy „nasz" robi dokładnie to samo, patrzy na MU z porozumiewawczym uśmiechem i z niejaką satysfakcją stwierdza fakt : „No, no, przyciął równo z trawą". I jakoś też  MU „nie dźwięczy" nadużywane przez komentatorów sformułowanie „Nie mamy nic przeciwko temu, by sędzia nadal mylił się na naszą korzyść" (made by Szpakowski). Co więcej, pewne „kibicowskie" nawyki nieodmiennie MU śmieszą - ot, choćby pretensja trybun do sędziego, wyrażana słowami „A teraz to widział!", choć przecież MU dokładnie rozumie, że logicznym uzasadnieniem tego nieporadnie sformułowanego okrzyku jest oburzenie z powodu, że sędzia wcześniej czegoś nie zauważył.

W takich sytuacjach, jak te przykładowo przed chwilą wymienione - emocje, którym i MU daje się przecież ponieść, zostają uzupełnione przez racjonalny dystans i skutkują zapaleniem się w jego umyśle ostrzegawczej lampki przypominającej: „to tylko gra".

 

Zupełnie zbędna dygresja

Czyż na podstawie tak nietypowego fana mogę formułować tezy o typowym kibicu - rodaku?

Wiele dziwactw Mojego Użytkownika wskazuje, że nie. Zamiast podziwiać kibiców Chorwacji, którzy każdy mecz traktują jak wojnę narodowo-wyzwoleńczą MU dostrzega przede wszystkim ich fanatyzm, który udziela się często i piłkarzom tej drużyny. Zamiast zachwycać się finezją i kunsztem wszelkiej maści „południowców" MU wścieka się na kiepskie aktorstwo rodem z brazylijskich seriali. Wyraża się ono między innymi nieokiełznaną chęcią turlania po murawie przy każdym dotknięciu przez przeciwnika i zdziwioną miną niewiniątek u najsłynniejszych łamaczy kości (za szczyt piłkarskiego kiczu MU wskazuje zachowanie Romario, który swego czasu uderzony piłką w kolano padł „nieżywy" na boisko z „licznymi obrażeniami twarzy").

 Swoistą ekstrawagancją MU jest z kolei fakt, że piłkarzy angielskich, z których jak powszechnie wiadomo większość nie posiada własnego uzębienia, bo stracili je w licznych sytuacjach podbramkowych „w walce o górną piłkę" (rzecz jasna, po „typowej angielskiej wrzutce na pole karne") MU ceni nie tylko za grę do końca i szczere chęci stworzenia widowiska (choćby to była nawet trzecia liga i walka o przysłowiową pietruszkę), ale również za ... spory dystans i świadomość, że „it's only game". I w tym przypadku swoje ryzykowne twierdzenie MU podpiera całym szeregiem przykładów, a sztandarowym jest pewne wydarzenie z udziałem Dennisa Wise'a. Ten zadziorny piłkarski rozrabiaka, który był swego czasu jedynym angielskim graczem w podstawowej jedenastce Chelsea słynął z wielkiego serca do gry, ale również z boiskowych (i nie tylko) prowokacji i tendencji do „odcinania się" uprzykrzającym mu życie rywalom. Ot, takie skrzyżowanie Gatusso z Wasilewskim, by młodszym kibicom rzecz w dwóch słowach wyjaśnić.

Zdarzyło się tedy, że Wise po kolejnym ostrym starciu w kolejnym zaciętym meczu dostał kolejną żółtą kartkę. Jej pokazanie sędzia uzupełnił jednak „krótką rozmową wychowawczą" z niesfornym piłkarzem. Jej skutek był taki, że po zobaczeniu żółtego kartonika, Dennis uśmiechnął się szeroko i po ojcowsku ucałował sędziego w czoło. Nie było jednak w tym pocałunku szyderstwa jakim podszyte są często oglądane w takich sytuacjach ironiczne oklaski piłkarza urażonego decyzją. Nie był też to protekcjonalny gest gwiazdora w stylu choćby ostatnio bardzo modnego poklepywania po plecach. Nie był to wreszcie akt erotyczny, choć sędzia uśmiech winowajcy szczerze odwzajemnił a trybuny pokładały się ze śmiechu. Gest Wise'a znaczył ni mniej, ni więcej: „Wiem, że tak musisz, bo tak się przecież wszyscy umówiliśmy."

Można się tylko domyślać, co chwilę wcześniej od sędziego usłyszał, a jednak MU jest głęboko przekonany, że poza przypomnieniem reguł, które na zielonej murawie obowiązują  padło tam również to banalne sformułowanie, którym zatytułowałem ten post: „to tylko gra".

I ta świadomość pewnej konwencji, umowności spektaklu, w którym obaj uczestniczą zawisła niejako nad całym widowiskiem, co wcale nie zmieniło jego powagi - mecz był nadal zacięty, obfitował w liczne „dramatyczne zwroty akcji", Wise nie unikał ostrych „męskich" pojedynków a sędzia gwizdał, kiedy ktoś reguły gry ewidentnie przekraczał.

 

Świadomość kibica

MU poczuł dziwną więź. Poczuł więź z „kibicem - rodakiem", od którego wcale jednak się tak zasadniczo nie różni. Po czym to Komputer poznaje i własnej argumentacji o nietypowości MU zaprzecza?

Czasem po drobiazgach. Oto na przykład MU zna się na piłce, jak mało kto i ustalony przez niego skład reprezentacji wygrałby wszystkie możliwe mecze. Że co? Że nieprawda? Stań Szanowny Czytelniku - Kibicu przed lustrem, spójrz Swojemu odbiciu głęboko w oczy i wypowiedz głośno następujące zaklęcie: „Na czym, jak na czym, ale na piłce znam się najlepiej. Najlepiej ze wszystkich." Czy dostrzegłeś w Swoich źrenicach jakikolwiek błysk kłamstwa a Twój głos zabrzmiał fałszywie? To jasne, że nie. No, więc -  Mój Użytkownik też tak ma.

Czasem owo podobieństwo dostrzegam w rzeczach zupełnie podstawowych. Śmiem mianowicie twierdzić, że ta świadomość - „gry, w której obowiązują pewne reguły", gry odbieranej bardzo serio, ale jednak gry - jest dana większości kibiców w Polsce. Tym samym poczucie dystansu i konwencji (którą oczywiście kiedy „piłka w grze" traktujemy jako prawdę) ma każdy kibic. I kiedy tylko mecz się zakończy - każdy mniej lub bardziej uzmysławia sobie, że brał udział w igrzyskach. Niestety kiedy przychodzi do sporów i polemik mających z piłka nożną związek spora część dyskutantów o tym zapomina i przechodzi na pozycje skrajne - wypowiada się o grze z powagą przynależną problemom fundamentalnym lub ucieka w lekceważący ton rozmowy o błahostkach.

Żachnie się ktoś zaraz: „Spróbuj Maszyno znaleźć tę świadomość konwencji u tych, którzy z powodu koloru szalika pomiędzy meczami sobie noże w plecy wbijają" . Pomimo, że nie rozmawiamy o patologiach, mogę spróbować. Oto zachowując bezpieczną odległość wystarczy takiemu kibolowi zadać proste pytanie: Czy spektakularna porażka ukochanej drużyny (za którą, jak często deklaruje „oddał by życie" - dodajmy, najchętniej cudze) jest wystarczają przesłanką popełnienia samobójstwa? Jako przykładu można użyć doniesień o serii samobójstw popełnianych w Brazylii, gdy na światowych mistrzostwach canarinhos zajmują miejsce inne od pierwszego. Otóż dam sobie odjąć kartę graficzną, jeśli polski fanatyczny kibol w odpowiedzi na ten przykład znacząco nie popuka się w czoło i uzna, że to już jednak „przegięcie". Jakiś instynkt sprawia, że ziarenko zrozumienia umowności sytuacji kiełkuje.

Dodatkowo, choć od pukania się w czoło do rozsądku (o racjonalnym dystansie nie wspominając) droga jeszcze bardzo daleka,  jakiś fragment zazwyczaj nieczynnego mózgu stadionowego zadymiarza wysyła ostrzegawcze sygnały innego typu. Bo jakże to tak - ja tu uczciwie chuliganię i mordy wrażym kibicom obijam, biorąc grę nieomal za jedyną otaczającą mnie rzeczywistość, a tu się nagle okazuje, że ktoś ową grę/rzeczywistość dokładnie wyreżyserował?

Stąd właśnie u Mojego Użytkownika owo wcześniej wspomniane chwilowe poczucie więzi nie tylko z kibicem fotelowym, ale nawet i stadionowym chuliganem. Stąd owe chwilowe błogosławieństwo opozycji dla działań ministra Drzewieckiego artykułowane w wypowiedziach samego Jacka Kurskiego.

Stąd na koniec i rozczarowanie, że przegapiono ten moment, kiedy nawet ludzie nie wyobrażający sobie życia bez igrzysk gotowi byli się bez nich obejść, byleby tylko zrobić wreszcie ostateczny porządek z organizacją, która istotę tych igrzysk całkowicie zniszczyła.

Maszyna Cyfrowa doskonale rozumie różne dodatkowe uwarunkowania, które spowodowały zmarnowanie tej szansy. Począwszy od kolejnej banalnej prawdy, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ i ci sami, którzy wczoraj nawoływali rząd do radykalnych rozwiązań, jutro odsądzaliby go od czci i wiary, gdyby FIFA i UEFA choć w części swe groźby spełniły. Skończywszy zaś na politycznej katastrofie, jaką byłoby na przykład przyznanie Euro2012 Rosji. Jednocześnie pojmuję, że żadne racjonalne argumenty nie są w stanie pocieszyć MU i osłabić jego wściekłości. „Co z tego, że wiem dlaczego się nie udało, skoro się nie udało." - cedzi Mój Użytkownik i z rezygnacją patrzy, jak wszyscy wycofują się na z góry upatrzone pozycje.

 

 Złodzieje, złodzieje...

Od razu widać, że Komputer jest mocno przestarzały, a już na pewno daleko mu do szokującej „przebojowości" Palikota, który współczesne stadionowe przyśpiewki powtarza słowo w słowo. Sęk w tym, że ten staromodny okrzyk, który MU pamięta z czasów kiedy jeszcze na stadionie bywał (kto wie, może i teraz tak krzyczą) znacznie lepiej oddaje istotę sprawy. I wcale, a wcale nie chodzi o kasę...

Powróćmy jednak jeszcze na chwilę do „z góry upatrzonych pozycji". Rząd - wiadomo - przegrał największą bitwę i jedynym pomysłem jaki miał w zapasie wydaje się być taktyka nękania przeciwnika i czekanie na dalszy rozwój wypadków. Próby te wyglądają dość żałośnie, co pokazuje choćby sprawa zablokowania kont. Po raz kolejny okazało się, że PZPN jest silniejszy, niż się wydawało. Co gorsza w tej podjazdowej wojnie PO nie może liczyć na wcześniejszych niespodziewanych politycznych sprzymierzeńców  - dla PIS afera wokół PZPN jest już tylko pretekstem, by bić w swój ulubiony bęben, a SLD bredzi o stalinowskich metodach. Wiem, wiem - wilcze prawo opozycji. Co jednak smuci Mojego Użytkownika - również część dziennikarzy i zwykłych kibiców machnęła ręką na całą sprawę i z tych środowisk coraz częściej dobiegają głosy budzące pewne zdziwienie.

Jeszcze przed meczem z Czechami Rafał Stec snuł apokaliptyczne wizje „co by było, gdyby", z których jasno wynikało, że postawienie się FIFA dobiłoby „i tak zdychający już polski futbol". Rozumiem z tego, że Stec chce się tej agonii jeszcze trochę poprzyglądać i jej szczegóły sumiennie opisywać. Oczywiście głosów udowadniających, że rejterada władzy przed „międzynarodową organizacją o strukturze mafijnej" - jak zwykli określać piłkarską centralę co bardziej bezkompromisowi publicyści - wyszła nam jednak „na dobre", po chorzowskim zwycięstwie znacznie przybyło i tej „euforii" wcale nie osłabiła „pechowa porażka" ze Słowacją. Oto bloger toyah zachwycony atmosferą meczu w Chorzowie i niesiony patriotycznym porywem udowadnia, że „Bez PZPN-u nie byłoby nawet tego meczu. Ja wiem, że to wszystko, to jest jedna wielka mafia, ale do wyboru - jak się okazuje - mamy mafię, albo nic." I jak wynika z zakończenia jego komentarza - z dwojga złego wybiera mafię.

Być może zdziwi Was fakt, że Komputer jest w stanie pojąć tę chęć uczestniczenia w igrzyskach za wszelką cenę, nawet za cenę zachowania kompromitującego „status quo". Oto ludzie mając do wyboru grę albo jej brak wybierają tę pierwszą możliwość i towarzyszące jej emocje. Nawet choćby były prawdziwych emocji substytutem. Przecież Maszyna sama rzuciła hasło „to tylko gra". Więc bawmy się dobrze i trochę poudawajmy.

Cały kłopot w tym, że przedstawiona powyżej alternatywa jest z gruntu fałszywa, bo u samego źródła już żadnej gry przecież nie ma. Jej podstawowa i święta reguła została  złamana. Gra by istnieć, musi być bowiem matematycznie sprawiedliwa. I nie mówię tutaj o tak zwanym ludzkim poczuciu sprawiedliwości. Tego kryterium piłka nożna wcale nie spełnia. Zespół wyraźnie lepszy, grający finezyjną piłkę, atakujący przez dziewięćdziesiąt minut „niesprawiedliwie" przegrywa mecz po jednej, jedynej kontrze i jednym, jedynym błędzie obrony. „I gdzie tu sprawiedliwość?" - denerwujecie się wtedy. Tymczasem owa matematyczna sprawiedliwość gry zostaje zachowana i zawiera się w owym po ludzku „niesprawiedliwym" acz wywalczonym zgodnie z wszelkimi regułami wyniku: zero do jednego. Chyba, że to 0-1, czy też 6-0 ...

No, właśnie. Czy teraz rozumiecie, dlaczego Komputer do okrzyku „Złodzieje, złodzieje" jest gotów się przyłączyć? Gra została skradziona.

 

Skończyć z tym PZPN

Między nami mówiąc, MU wyraził votum separatum. Zaraz zaczął mi wymieniać różne pożytki płynące z gry, choćby swej głównej istoty pozbawionej. Od zwyczajnej ludzkiej radości płynącej z uczestniczeniu w wielkim widowisku po całkiem poważne korzyści społeczne, gospodarcze i polityczne jakie futbol (nawet jeśli jest w istocie jego parodią) ze sobą niesie. Co prawda przypomniał sobie z dzieciństwa, że jedyną satysfakcją z ułożenia kostki Rubika za pomocą ściągi z jakiegoś czasopisma, był fakt posiadania ułożonej kostki. I w żadnym momencie nie miał poczucia, że w coś gra.

Również do tworu o nazwie PZPN Mój Użytkownik podchodzi nieco inaczej, widząc w nim głównie peerelowski skansen. Jego istnienie w obecnym składzie zaprzecza zdrowemu rozsądkowi. Eksponaty w nim wystawione nie mają żadnej wartości muzealnej. Oczywiście można sobie wyobrazić scenę z „Misia", w której ojciec zamiast pokazywać synkowi, jak wygląda baleron wskazuje palcem Kolatora czy innego Koźmińskiego ze słowami: „Widzisz synku, tak wygląda arogancki partyjny kacyk". Jednak klasycznych aparatczyków mamy wśród aktywnych polityków takie zatrzęsienie, że „leśne dziadki" nie są nam potrzebne nawet w formie historycznej przestrogi. Tak rzecz widzi MU.

Maszyna Cyfrowa natomiast nie śmie nikogo pouczać ani oceniać. Próbuje tylko pokazać, że źródłem zjawiska pt. piłka nożna jest gra wraz z jej sprawiedliwymi regułami. Tych, którzy jej najistotniejsze zasady złamali lub zdeformowali, należy miast demonizować po prostu z gry bezwzględnie wykluczyć. Żeby to się udało, warto całą rzecz sprowadzić do właściwego wymiaru. Przykład dał sam Listkiewicz porównując organizację której przewodził bodajże do związku filatelistów. Zbieranie znaczków pocztowych to piękna pasja, a zdarza się, że i dobry interes. Skromnym zdaniem Cybernetycznego Mózgu im więcej ludzi uświadomi sobie, że piłka nożna to tylko gra, a kibicowanie to tylko pasja, tym szybciej z problemem PZPN sobie poradzą. Kto wie, może to jest również jeden ze sposobów na trybuny bez zasieków?

 

PECET

P.S. MU właśnie obejrzał konferencję prasową pana Kręciny. „Widzisz Maszyno, tak właśnie wygląda..." - zaczął.

AJ EM PECET
O mnie AJ EM PECET

Udomowiony Komputer Osobisty Klasy Średniej. Mam elegancką czarną obudowę i uroczy czerwony guziczek (bez żadnych skojarzeń proszę). Współpracuję z kilkoma urządzeniami peryferyjnymi. Ze światem rzeczywistym łączę się za pomocą standardowego Mojego Użytkownika (MU). Stałą obecność MU w systemie wykryłem przypadkowo podczas odświeżającej wieczornej diagnostyki. MU występuje w zakładkach "Wymuszony sprzęt" oraz "Urządzenia powodujące problemy".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Polityka