Donald Tusk szurnął Jacka Rostowskiego zwanego też Janem Vincentem. Usłyszawszy tę wieść radosną gęba sama mi się roześmiała a nogi przystąpiły do spontanicznego pląsu przypominającego hybrydę ruskiego kazaczoka, indiańskiego tańca wojennego i polskiego obertasa. Szybko mi przeszło, bo po tej informacji przyszła następna, mniej optymistyczna – otóż na stanowisku ministra finansów zastąpił go niejaki Mateusz Szczurek, do niedawna główny ekonomista ING czyli człowiek zintegrowany z lobby bankowym (albo jak wolą niektórzy banksterskim). Mówiąc krótko facet z zewnątrz, świetny fachowiec wykładający na prestiżowych uczelniach, jednak reprezentujący cudze interesy. Nic nowego, związany z Klubem Bilderberg Rostowski też wykonywał polecenia z zewnątrz zarzynając polską gospodarkę wysokimi podatkami i dusząc restrykcyjnym fiskalizmem przedsiębiorców, zwłaszcza tych małych i średnich.
Prawdę powiedziawszy cała ta rekonstrukcja z wielkim szumem odpalona jest o kant tyłka potłuc. Nie mająca zielonego pojęcia o edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska zastąpiła ignorantkę Krystynę Szumilas, schedę po Michale Bonim objął europoseł Rafał Trzaskowski posiadający jakieś legendarne talenty sprowadzające się najprawdopodobniej do umiejętności obsługi komputera (to i tak sukces, jego poprzednik nie potrafił nawet tego), Maciej Grabowski, dotychczasowy wiceminister finansów zastąpił w resorcie środowiska Marcina Korolca, który został pełnomocnikiem rządu ds. klimatu (jakiego klimatu i po jaką cholerę premier nie uściślił), i tak dalej, i w ten deseń. Jedyną dość istotną zmianą jest połączenie Ministerstwa Rozwoju Regionalnego i Ministerstwa Transportu w jedno superministerstwo pod wodzą Elżbiety Bieńkowskiej, która stołka nie straciła za to dostała dodatkową robotę, przed którą zwiał Sławomir Nowak. Sensu w tym połączeniu nie widzę żadnego, ale być może miłościwie nam panujący najlepszy premier wszech czasów swoją wizję posiada. Najprawdopodobniej narkotyczną.
Jak mawiał mój przyjaciel z czasów młodzieńczych „wszystko jest do dupy tylko pasta jest do zębów”. Dodałbym do tego: „a rekonstrukcja do przykrycia”, bo tak się jakoś dziwnie składa, że cała Polska i wszystkie media żyją dziś podmianką ministrów na stołkach zapomniawszy jakby o wczorajszych aresztowaniach wysokich i skorumpowanych (czyli wysoko skorumpowanych, bądźmy szczerzy) urzędników ministerialnych. Niestety, kołderka jest za krótka i niczego już nie przykrywa, wstydliwe części wystają i świecą w oczy. W normalnym kraju po wykryciu takiej afery nie byłoby żadnej rekonstrukcji tylko dymisja całego rządu. W Polsce mamy śpiew: „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. Otóż stało się, przekręcono miliardy złotych, władza po raz kolejny udowodniła, że nad niczym nie panuje a jedyne co potrafi to raz na parę miesięcy organizować igrzyska i obiecywać, że teraz to już na pewno będzie lepiej. Nie będzie, ani dziś, ani jutro, ani pojutrze. Nie będzie lepiej do czasu, aż wreszcie ktoś nie wpadnie na pomysł by zamiast ministrów zmienić podejście tej władzy do rządzenia. I do obywateli.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)