Lodowcowe Pole
Nie czyńcie Prawdy groźną i złowrogą, Ani jej strójcie w hełmy i pancerze, Niech nie przeraża jej postać nikogo
48 obserwujących
364 notki
775k odsłon
1779 odsłon

W górach głupota bywa zazwyczaj śmiertelna

Zdjęcie: Alpejski
Zdjęcie: Alpejski
Wykop Skomentuj73

Ostatnie przypadki śmierci w alpejskich lawinach pokazują pewien schemat zachowań i profil osobowościowy poszkodowanych. Za wyjątkiem jednego przypadku, wszyscy z narciarzy, którzy zostali zabici przez lawiny, znajdowali się na trasach zamkniętych z powodu zagrożenia, lub poza trasami.

Ten jeden wyjątkowy wypadek też wart jest opowiedzenia, bo jego przebieg pokazuje, całkiem realną sytuację, choć, na co dzień wydaje się wręcz niemożliwą. Otóż nauczyciel będąc z grupą uczniów na szkolnym wyjeździe, prowadząc tę grupę na dobrze przygotowanej trasie, utracił kontrolę nad nartami i wjechał w głęboki śnieg poza trasą. Upadł lecąc głową do przodu i zanurkował w głębokim śniegu, z którego nie potrafił się wydostać. Uczniowie też nie byli w stanie udzielić mu pomocy, bo śnieg sięgał im po szyję! Na oczach całej grupy nauczyciel udusił się, do końca próbując wydostać się ze śniegu.

Absurd? Nie. Przypominam sobie, jak jako młody chłopak zjeżdżałem z Kasprowego do wyciągu na Goryczkowej w bardzo gęstej mgle. W latach siedemdziesiątych praktycznie na tym terenie nie używano ratraków, a trasa zjazdowa była bardzo skromnie wyznaczona drewnianymi tyczkami. Wydawało mi się, że trasę znam na pamięć. Zresztą odgłosy pracującego wyciągu wydawały się swoistym rogiem mgielnym. Pojechałem za źle założonym śladem, który nagle się urwał zasypany śniegiem. Było to, jak mi się wydawało, jakieś 200 metrów powyżej stacji w miejscu gdzie Dolina Pod Zakosy przechodzi w wąski żleb. Żleb zachęcał, aby się nim puścić, bo wypełniony był na tyle śniegiem, że zniknął nawet obecny tu zawsze latem prożek z małym wodospadem. Miałem wtedy narty „Rossignol Strato” o długości 2,2 m, wysokowysklepione gigantówki. Nie chciało mi się podchodzić w głębokim śniegu jakieś 20 - 30 metrów w górę, aby trawersem dostać się z powrotem do trasy zjazdowej, którą w oczywisty sposób zgubiłem. Wiedziałem o tym, a jednak żleb kusił zjazdem w głębokim śniegu, zapraszał wygodnym i efektownym podjazdem pod dolną stację. No i puściłem się nim w dół, choć było dość wąsko, a moje gigantowe narty nadawały się do tego celu całkiem średnio, a w zasadzie w ogóle.

Jazda żlebami nie była mi obca, ale zawsze jeździłem na firnie, a tu śnieg coraz głębszy, co gorsza od lewej i prawej strony pojawiła ściana dorodnego lasu świerkowego. Pogorszyło to sytuację, bo tu nie operowało dostatecznie słońce i od wiatru było wszystko osłonięte, więc śnieg był całkowicie sypki i bardzo lekki. Poruszałem się coraz wolniej, a narty nie dawały się wynurzyć ze śniegowej kipieli. Mgła pogarszała klaustrofobiczne uczucie. Gdzieś w górze z prawej strony słyszałem charakterystyczne mlaskanie rolek wyciągu na podporze i przygłuszone rozmowy jego pasażerów. W pewnym momencie śnieg sięgał mi już piersi i pozostałem w bezruchu. Każde drgnienie nartą powodowało, zapadanie się jeszcze głębiej w śniegu. Fatalna pułapka – pomyślałem, ale tylko z powodu głupiej dumy nie wrzeszczałem o pomoc. Miałem takie stalowe kijki, z talerzykami skórzano-metalowymi. Rozpaczliwie szukałem nimi oparcia, aby odepchnąć się w stronę lewego brzegu żlebu, gdzie widoczne były gałęzie kosodrzewiny wystające nad śnieg. Ale nic z tego. Świadomość, że pod moimi nartami znajduje się jeszcze niewiadomo ile śniegu, powodowała uczucie paniki. Do lewego ograniczenia żlebu miałem jakieś 2,5 metra i nie mogłem się wygrzebać w tamtą stronę. Każdy ruch powodował tylko pogrążanie się w białym pyle, który sięgał mi już po szyję. Dopiero w tym momencie poczułem, że krawędź jednej narty chrobocze o jakiś głaz, na którym oparła się dość pewnie. Pozwoliło mi to rozpocząć myślenie nad tym jak wygrzebać się z tej sytuacji. Głupio mi było wołać o pomoc… Z kijków wyszarpałem talerzyki, co dało mi szansę na lepsze sondowanie otoczenia w poszukiwaniu punktu oparcia. Po kilkominutowym sondowaniu oparłem kijki o coś, co wydawało mi się pniem drzewa leżącym w poprzek żlebu, na głębokości nie wiele większej niż oparta narta. Miałem wiązania „Markera” słynne Rotomaty. Poruszałem ostrożnie nartami w nadziei, że nie wypną, bo bez nart sytuacja wydawała się beznadziejną. Przyznam, że wykonując najdziwniejsze ruchy zupełnie na wyczucie, opierając się na kijkach, udało mi się dziobami nart zahaczyć o brzeg żlebu. Adrenalina powodowała, że nie czułem zmęczenia i jakoś wygramoliłem się w miejsce gdzie śniegu było po pas. Wyjście ze żlebu nie było wcale łatwiejsze, pod nartami zgrzytała skała i co chwila obsuwały się one po jakiś skałach. W pewnym momencie jedna narta wypięła. Dobrze, że wtedy używano pasków łączących nartę z nogą, co zapobiegło jej zgubieniu w białej topieli, ale wypięta narta zachowywała się jak kotwica. Z 20 minut zajęło mi wydobycie jej na powierzchnię i … Okazało się, że wiązanie wypinając wyrzuciło tylną sprężynę z jarzma, co było typową wadą pierwszych Rotomatów. Włożenie jej na mrozie przez 12- latka wydawało się beznadziejnym zabiegiem. Utkwiłem na zboczu rynny żlebu na dobre i zastanawiałem się, co począć, bo bez wpiętej narty wszelkie szanse na wgramolenie się były małoprawdopodobne. Wezwać pomoc? Cholera, jak się dowie mój tata, co nawyprawiałem, to będzie szlaban na samotne zjazdy z Kasprowego – pomyślałem. Do dziś nie wiem w jaki sposób udało mi się wdusić tę cholerną sprężynę w jarzmo, i zapiąć nartę. Kiedy wreszcie trawersując las wydostałem się na trasę zjazdową było dziwnie pusto. Okazało się, że w międzyczasie z powodu mgły zamknięto wyciąg, a ja w żlebie spędziłem ponad 2 godziny!

Wykop Skomentuj73
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport