Był jedną z najbardziej wyrazistych postaci pierwszego okresu „Solidarności”. Zmarł Marian Jurczyk, sygnatariusz szczecińskich Porozumień Sierpniowych, główny rywal Lecha Wałęsy w wyborach na przewodniczącego związku, były senator i prezydent Szczecina.
Zanim trafił na pokoje w III RP, musiał przejść długą drogę. Wiodła m.in. przez zakłady lniarskie Stradom w Częstochowie, Hutę Częstochowa, Stocznię Szczecińską, strajki w 1970 i 1980 r., komitety założycielskie Solidarności, Halę Olivii i pierwszy zjazd delegatów „S”, „internat” i więzienie, kontestację „okrągłego stołu”, Solidarność ’80, wreszcie – porozumienie z postkomunistami i świetny wynik w wyborach do Senatu.
– Choć był uważany za działacza i polityka kontrowersyjnego, bywał ceniony i dawał się lubić – mówi Mieczysław Jurek, szef zachodniopomorskiej „S”. Stanisław Kocjan, niegdyś członek władz Solidarności Radiu Szczecin opowiadał o Jurczyku z sierpnia 1980 r.: już wtedy dał się poznać jako człowiek godny i niezłomny, ale także skromny. – W czasach triumfu Jurczyka towarzyszyłem mu i widziałem, że wówczas nie stał się bufonem, nie uderzyła mu woda sodowa do głowy – mówi Kocjan.
Zaciągnięty hamulec
Gdy w 1954 r. trafił z budowy Huty Częstochowa do Stoczni Szczecińskiej i pracował jako dźwigowy i spawacz nic nie zapowiadało, że Jurczyk, absolwent zaocznego technikum ekonomicznego czymkolwiek się wyróżni. Podczas strajku w Stoczni im. Warskiego w grudniu 1970r. wybrano go jednak do piątki wydziałowej, a później do prezydium komitetu strajkowego. Był w grupie, która na początku w 1971 r. usłyszała od Edwarda Gierka słynne „pomożecie?”.
W sierpniu 1980 r. kierował szczecińskim Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. I to on – ponoć pod wpływem abp. Kazimierza Majdańskiego, ostrzeżonego przez Jana Pawła II o zagrożeniu dla Polski – 30 sierpnia podpisał, wbrew strajkującym w Trójmieście – pierwsze w Polsce porozumienie z rządem, kończące sierpniowe protesty. Lech Wałęsa był ponoć wściekły i nie mógł mu tego wybaczyć.
Z Wałęsą Jurczyk rywalizował w czasie pierwszego zjazdu delegatów „S” w Hali Olivii jesienią 1981 r. o funkcję przewodniczącego. Przegrał już w pierwszej turze, ale stosunkowo niewiele - biorąc pod uwagę, że głosy przeciwników Wałęsy rozproszyły się.
– Było widać, że przegra. Był przeciwieństwem Wałęsy. Mało przebojowy, stonowany, wyciszony, za spokojny na tamte czasy, jakby miał zaciągnięty hamulec – mówi Andrzej Słowik, ówczesny szef łódzkiej Solidarności, członek władz krajowych związku. – Nie potrafił porwać sali jak Wałęsa. Inna sprawa, że Wałęsa miał za sobą nie tylko salę. Był wspierany także przez media reżimowe.
Na szkodę PRL
Poza Polską usłyszano o Jurczyku po raz pierwszy jesienią 1981 r., gdy rozdmuchano wyrwane z kontekstu słowa, ze spotkania w fabryce w Trzebiatowie. Zagadnięty o odpowiedzialność ekip partyjnych za katastrofę gospodarczą, miał powiedzieć: „być może dla niektórych osób trzeba będzie zbudować szubienice”.
– Grupa korowska zrobiła z tego wielkie halo, choć nikt nie wiedział, co dokładnie powiedział. Niektórzy chcieli go zlinczować, broniliśmy go – mówi Andrzej Słowik. – Pomijając fakt, że rozliczenia należały się komunistom, jak psu zupa. Lepiej było nie mówić, a to robić.
Internowany w stanie wojennym, Jurczyk wrócił do domu dopiero w 1984 r. Znalazł się wśród czołowych działaczy związku, których w 1982 r. aresztowano pod zarzutem działań na szkodę PRL, ale potem zwolniono na mocy amnestii. Jeszcze w „internacie” dotknęła go osobista tragedia: w sierpniu 1982 r. zginęli bliscy - syn Adam i synowa Dorota. Choć śledztwo wykazało samobójstwo, wątpliwości w tej sprawie nigdy nie wyjaśniono.
Pod koniec lat 80. był wśród liderów „S”, którzy nie uznawali prawa Wałęsy do powoływania nowych władz związku i stworzył Grupę Robocza Komisji Krajowej. Działającemu z nim w GR Andrzejowi Słowikowi udało się w Łodzi doprowadzić do wspólnych – ze zwolennikami linii Wałęsy – wyborów i wygrał je. Jurczyk natomiast poszedł – bo musiał iść - inną drogą.
– Konflikt obu grup: Jurczyka i Andrzeja Milczanowskiego był bardzo ostry, obie strony w żaden sposób nie mogły się porozumieć – mówi Mieczysław Jurek. – W Szczecinie doszło do rozłamu. Marian utworzył swój związek, Solidarność ’80 w którym szybko doszło do kolejnych rozłamów.
Najpiękniejszy dzień
Kiedy w 1997 r., jako kandydat niezależny wygrał w Szczecińskiem wybory do Senatu, a rok później Rada Miejska wybrała go na prezydenta Szczecina, wielu przecierało oczy ze zdumienia. To był wielki zwrot w jego karierze. Prosty robociarz, zepchnięty – wydawało się – na margines życia publicznego, robił karierę! Prezydentem był do 2000 r., gdy Trybunał Konstytucyjny, stwierdził, że funkcji prezydenta miasta na prawach powiatu nie można łączyć z mandatem senatorskim.
– Analizowaliśmy wynik wyborów do Senatu. Wielu ludzi nie znało niuansów. Kojarzył się z Solidarnością, uwiarygodniała go przeszłość, to że strajkował w 1970 r., kierował strajkiem w 1980 r., siedział w więzieniu, stracił dzieci itp. Ludzie mu to pewnie wynagrodzili, głosując na niego – mówi Jurek. – Ale pierwszy wybór na prezydenta, dzięki porozumieniu z SLD wielu odebrało z niesmakiem. Mówiono: Chciał stawiać komunistom szubienice, a teraz współpracuje z nimi?!
Kiedy w 2000 r. sąd lustracyjny prawomocnie uznał go za tzw. kłamcę lustracyjnego, co doprowadziło do utraty mandatu senatora, wydawało się, że tak zakończy się kariera polityczna Jurczyka. Jednak choć sąd lustracyjny czterokrotnie (dwukrotnie po dwie instancje, po nakazie Sądu Najwyższego ponownego rozpatrzenia sprawy) orzekł, że Jurczyk jest kłamcą lustracyjnym, SN orzekł, że oświadczenie lustracyjne Jurczyka było jednak prawdziwe.
Uzasadnienie było mętne; według SN, współpraca Jurczyka z SB (jako TW ps. Święty odbył kilkanaście spotkań z funkcjonariuszem SB), nie miała charakteru tajnego, przekazywane informacje były pozbawione wartości operacyjnej, a sama SB oceniała tę współpracę jako mało przydatną m.in. z powodu braku lojalności.
– Czytałem książkę o TW Swiętym – przyznaje Mieczysław Jurek – i powiem, że tamta rzeczywistość nie była czarno-biała. Sam byłem zatrzymywany przez SB i wiem, że możan było się załamać, gdy bili, czy grozili śmiercią. Ale uważam, że trzeba było się do tego przyznać. Marian unikał tego tematu.
Po orzeczeniu SN, Jurczyk odżył, mówił, że to najpiękniejszy dzień w jego życiu. Umożliwiło mu to kandydowanie i ponowny wybór na prezydenta Szczecina. Tym razem w wyborach powszechnych. W cuglach wygrał z kandydatem SLD.
Anioł wolności
Relacje „S” (kierowanej przez Mieczysława Jurka od 1998 r.) z prezydentem Jurczykiem układały się różnie. – W Szczecinie dochodziło do strajków, protestów głodowych, różnych spięć – wspomina Mieczysław Jurek. – Miasto reformowało się, a my nie chcieliśmy się godzić na likwidacje firm, redukcje zatrudniania itp. Jurczyk nie chciał w tym uczestniczyć, wysyłał zastępców.
Dopiero jak sprawy stawały na ostrzu noża, włączał się w to. Często wtedy dochodziło do porozumienia. – Bo jak Marian nie pamiętał o swojej przeszłości związkowej, staraliśmy się mu ją przypomnieć – mówi Jurek. – Jeżeli go zasypaliśmy argumentami, że coś jest z krzywdą dla ludzi, itp., przychylał się.
Ważne zastrzeżenie Mieczysława Jurka: wiedział, że jak coś się z Jurczykiem dobrego ustaliło, trzeba było to szybko podpisywać. Jak było coś na gębę, mogło różnie się potoczyć. Jurczyk był „wpływowy”, przyjmował argumenty ostatniego rozmówcy. Ktoś mu mógł powiedzieć coś innego i mógł szybko zmienić zdanie.
Wielu nie zapomni Jurczykowi, że jako prezydent doprowadził do budowy pomnika „Anioła wolności”, upamiętniającego wydarzenia z grudnia 1970 r. Bliscy ofiar czekali na to 35 lat. Ale sporo krwi napsuła sprawa hipermarketu na szczecińskich Pomorzanach. Tuż po objęciu urzędu prezydenta, Jurczyk zerwał umowę, którą podpisał z niemiecką spółką jego poprzednik. Sprawa zerwania umowy i wypłaty przez miasto kilkumilionowego odszkodowania ciągnęła się latami.
Jak większość szczecinian oceniło prezydenturę Jurczyka, pokazały kolejne wybory, w 2006 r., gdy otrzymał… 3 proc. głosów.
Jak każdy z nas
Wynik spowodował, że podłamał się, choć nie dał tego poznać po sobie – mówili jego znajomi. Sam tłumaczył po latach, że nie rozpacza, że przegrał, choć był zaskoczony.
– Bolało, że straciłem tyle głosów. Ale na demokrację się nie będę obrażał – powiedział po latach, już jako emeryt, podczas promocji książki „Zły prezydent”.
Po latach oceniano Jurczyka lepiej, niż w czasach, gdy był działaczem i politykiem. Anna Nowak, niegdyś biska współpracowniczka Jurczyka, przyznaje, że bywał wręcz naiwny w ufności w stosunku do ludzi, ale dodaje, że wierzył w prawdziwą solidarność między ludźmi.
Bartłomiej Sochański, jego poprzednik na fotelu prezydenta Szczecina, tłumaczy, że Jurczyk mający swoje wzloty i upadki, lepsze i gorsze chwile, był człowiekiem jak każdy z nas i pewnie dlatego cieszył się taką sympatią. Ludzie wyczuwali w nim swojego człowieka.
Jan Rulewski, niegdyś jeden z liderów „S”, a dziś senator uważa, że działalność Jurczyka w czasach PRL jest chwalebna. - Bezpieka traktowała go jako wielkie zagrożenie dla komunizmu – twierdzi. - Należy mu się szacunek, bo dołożył swoją cegiełkę do odzyskania niepodległości.
– Dawało się go lubić, nie był złym, zacietrzewionym człowiekiem – ocenia dziś Mieczysław Jurek. – Gdy rozmawiało się z nim osobiście, było normalnie. Ale gdy przemawiał, np. przed Stocznią Szczecińską, nie poznawałem go, jakby ktoś mu to pisał, jakby nie mówił swoim głosem.
Marian Jurczyk zmarł 30 grudnia. Miał 79 lat. Został pochowany dziś na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie.
Wojciech Dudkiewicz


Komentarze
Pokaż komentarze (18)