5 obserwujących
15 notek
10k odsłon
  877   3

SMOLEŃSK 2010 – Dziwne sprawy

Wykazane w dwóch poprzednich notkach  dwie przyczyny sine qua non tej katastrofy wykluczają umyślne jej sprowadzenie. Samo nakierowanie samolotu na brzozę było niewystarczające do jej zaistnienia, gdyby samolot jednocześnie nie utracił wysokości, a to nastąpiło wskutek zdarzenia, którego nie dało by się z góry założyć. Ale czy Rosjanie nie dążyli i nie chcieli wywołać choćby tylko skandalu, który mogliby propagandowo wykorzystać do zneutralizowania wystąpienia Prezydenta L. Kaczyńskiego w Katyniu? Na to wskazują już nie tylko machinacje Putina z organizacją uroczystości katyńskich, ale też dziwne okoliczności w trakcie lotu do Smoleńska. A ściślej – trzy zagadkowe zmiany i niekonsekwencje w zachowaniu się Rosjan.
Punkt pierwszy – moskiewskie Centrum Kontroli Lotów o godz. 8:14 dzwoni do Mińska, aby załogę Tu-154 uprzedzić o mgle w Smoleńsku. Ale kiedy około 8:23 już samo przejmuje polski samolot, to o mgle już nie tylko nie daje choćby najmniejszej wzmianki, ale wprost mu zleca dalsze zniżanie się w kierunku Smoleńska. A wielokrotnie dane Kierownikowi smoleńskiego lotniska ppłk. P. Plusninowi obietnice zabrania polskiego samolotu do Moskwy-Wnukowo pozostały niespełnione.
Punkt drugi – o 7:42 przebywający nielegalnie na wieży w Smoleńsku płk N. Krasnokutski (tę jego tam obecność MAK próbował tuszować) informuje oficera operacyjnego w Moskwie o mgle w Smoleńsku. A choć zakłada, że polski Tu-154 zrobi kontrolne podejście, to sugeruje też, by po podejściu zabrać go do Moskwy-Wnukowo. Potem wychodzi na teren lotniska, a wtedy telefonicznie poszukuje go niejaki gen. Benedyktow z Moskwy, którego rola w „obsłudze” tego lotu właściwie do dziś nie jest jasna. Ale generał z legalnym Kierownikiem Lotniska – ppłk. P. Plusninem rozmowy nie przyjął, za to możliwe, że krążącego po lotnisku Krasnokutskiego złapał na komórkę. A gdy Krasnokutski wraca, to „wcina się” KL Plusninowi w jego rozmowę z Kapitanem A.  Protasiukiem.
I właściwie za Plusnina wydaje zgodę na próbne podejście, bo gdy Plusnin wyraźnie się zawahał, a mając taki obowiązek – możliwe że rozważał odmowę, to Krasnokutski pytaniem o zapas paliwa po podejściu stawia Plusnina przed faktem, że ta zgoda stała się już oczywista.
A gdy Plusnin wciąż się nie poddaje i nadal chce walczyć w Moskwie o przekierowanie polskiego samolotu, Krasnokutski mu te starania wprost ucina: „Pasza, doprowadzasz do stu metrów. Sto metrów. Bez dyskusji, kurde…”. Bo już przedtem zameldował „górze”, że Kapitan samolotu podejście jednak wykona i że sam o nim zdecydował.
A potem „podejście do trawersu” melduje również Benedyktowowi.
I wreszcie punkt trzeci – odpowiedzialny za podejście Kierownik Strefy Lądowania mjr W. Ryżenko. Choć wcześniej podchodzącym Jakowi-40 i Iłowi-76 podawał komendy korygujące („Lewieje” i „Prawieje”), to dlaczego zupełnie ich zaniechał wobec jeszcze bardziej odbiegającego od ścieżki tupolewa, a wręcz go zapewniał, że jest „… na kursie i ścieżce”?
Wcześniej byłem skłonny przyjąć, że Ryżence po prostu nasilił się powczorajszy kac. Ale skoro Krasnokutski tak nachalnie wtrącił się Plusninowi, to dlaczego nie miałby pokierować również Ryżenką? Choć w tym wypadku nie słychać „nie poprawiaj go”, bo jawna taka ingerencja byłaby już za gruba. Ale szepty lub gesty się nie nagrywały.
Te trzy dwuznaczne postawy nasuwają konkluzję, że gdy informacja o mgle dotarła do rosyjskich oficjeli, może nawet do samego Premiera Putina, to dostrzeżono okazję przykrycia wizyty Prezydenta L. Kaczyńskiego w Katyniu medialnym hałasem o próbie lądowania w trudnych warunkach. Media już nieraz udowodniły, że około Prezydenta L. Kaczyńskiego potrafią zrobić aferę, więc zrobiłyby ją też po całkiem legalnym podejściu i bezpiecznym odlocie samolotu.
A jeśli polowano na taką okazję – to można było ją zauważyć już wcześniej, po zapoznaniu się z prognozą, czyli może nawet poprzedniego dnia. A w takim razie warto zwrócić uwagę na jeszcze dwie okoliczności.
Pierwszą była sama mgła. Choć tego dnia wystąpiła na obszarze paru tysięcy kilometrów kwadratowych, to jej nasilenie i duża zmienność w Smoleńsku była niezwykła, nawet dla miejscowych służb meteo. Wprawdzie komisja Millera  i tutaj  popisała  się  swoją  umiejętnością oceny po fakcie, która z paru prognoz była trafniejsza i powinna być przekazana Pilotom, ale wtedy tego nie wiedział jeszcze nikt, nawet gdy samolot już nadlatywał nad lotnisko. Bo spora część dialogów na wieży ujawnia zaskoczenie tą mgłą. Krasnokutski: „Nikt nie przewidywał mgły i rano wszystko było dobrze”, „Ale (…) skąd mgła o godzinie 10-tej?”, „Widzialność była powyżej dziesięciu, już pozwolenia wydaliśmy, w prognozie niczego nie ma”. Plusnin: „Słuchaj, ten z meteo niepoczytalny, czy co? (…) On teraz podaje 800 metrów!”. Krasnokutski: „No właśnie, 800 metrów, a tam spójrz, jakieś 200, 300 metrów jest, a tam 200 metrów maksimum”.
To tylko niektóre z przejawów ich zaskoczenia. Części nie można nawet zacytować, nie opatrzywszy tej notki klauzulą „tylko dla dorosłych”. A skrajne nasilenie mgły nastąpiło tuż przed ostatnią prostą.
I okoliczność druga – OMON. Co ta milicyjna formacja do zadań specjalnych robiła w pobliżu smoleńskiego lotniska, wszak miała tam lądować polska oficjalna delegacja, a nie polski desant?
Ale obie te okoliczności się splatają jeśli zauważyć, że mgłę w Smoleńsku nasiliły masowe wypalania łąk i nieużytków, co wtedy sfotografowały satelity i co podaje również raport Millera. A w takim wypadku wystarczyłoby do ognisk z nawietrznej strony lotniska dorzucić jeszcze parę świec dymnych, by wszelkie prognozy wzięły w łeb, a we właściwym momencie warunki gwałtownie się pogorszyły.
I mimo przepisu nakazującego w tych warunkach lotnisko zamknąć, pod bezpośrednim naciskiem płka Krasnokutskiego samolot do niego doprowadzono. Do tego zadania był najodpowiedniejszy, bo jako od kontrolerów wyższy rangą i funkcją mógł nimi tak pokierować (nawet bez ich wiedzy), aby ten plan się spełnił. Z kolei on sam nie musiał wiedzieć ani o OMON-ie, ani OMON o nim. Od tej wiedzy mógł być ktoś, kto stał znacznie wyżej, a pojedyncze trybiki tego mechanizmu uruchamiał w miarę potrzeby i w miarę rozwoju sytuacji.
A jeśli rezultat przerósł nawet wstępne założenia – to na pewno nie rozczarowało tak cynicznego gracza, jak Putin. On już wiedział ściskając Premiera Tuska, że w rozgrywkach z Polską ten nadzwyczajny dar przypadku będzie wykorzystywał jeszcze przez długie lata.

Lubię to! Skomentuj79 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka