Okazuje się, że Wojsko Polskie otrzymało w ramach zamówień na specjalistyczny, tajny, cichociemny, poufny i „przed użyciem spalić” – sprzęt GPS, który w ogóle nie nadaje się do użytku. W ramach organizowanego przetargu na przełomie 2006 i 2007 roku dostarczyła firma H. 40 odbiorników przeznaczonych na zagraniczne misje, np. w Czadzie i Afganistanie.
Jak podają różne źródła, po zakupie tych odbiorników zaczęły się testy w kilku jednostkach, co już jest skandalem, bo, po jaką cholerę testować coś, co już kupiono? Każdy mało inteligentny człowiek wie, że taki sprzęt testuje się PRZED zakupem. Firma H. (oraz i inne startujące w walce o kontrakt) powinny dostarczyć urządzenia i czekać spokojnie na wyniki testów polowych. No, ale nie takie rzeczy nasza wspaniała armia ma za sobą. Krótko mówiąc te czterdzieści sztuk GPS tajnych i niesamowicie „wojskowych” trafiło po zakupie do kilku polskich jednostek (m.in. GROM-u)
Nasi żołnierze stwierdzili, co następuje:
1. Brak wewnętrznej anteny powoduje, kompletna nieprzydatność tego sprzętu
2. GPS zamiast żądanego miejsca w Afganistanie GPS-y pokazywały miejsca w Afryce albo naszą piękną Zieloną Górę
3. Ładowanie map i uruchomienie samego sprzętu trwało około 15 minut
4. Przy wyłączeniu urządzenia, wszystkie wprowadzane dane były kasowane
5. Bateria działał około 2 godzin w trybie ciągłym
6. Przy podłączeniu anteny zewnętrznej nie za bardzo można wykonywać zadania, bo jest tak długa, że przeszkadza dosłownie we wszystkim.
No cóż, na polu walki jednak taki sprzęt może uratować życie, bo jest ostatnia deską ratunku dla żołnierza, kiedy już mu brakuje wszystkiego może włączyć GPS lub nie, w każdym razie może użyć go, jako pały i napieprzać przeciwnika po głowie, aż do jej roztrzaskania lub tego właśnie tajnego urządzenia GPS. Może też tym klocem przesłuchiwać okoliczną ludność wmawiając im, że to zdalny detonator, czym na 100% uzyska informacje gdzie się obecnie znajduje.
Ja tutaj sobie robię niestosowne, żarty ale Agencja Mienia Wojskowego nie ma mojego poczucia humoru i co robi po stwierdzeniu tych zalet zamówionych GPS-sów? Otóż zamawia kolejna partię, tym razem większą bo 50 sztuk. Całość zrealizowanego kontraktu w tym momencie obejmuje kwotę około 1 miliona złotych. Wychodzi na to, że jedna sztuka tego nic nie wartego sprzętu kosztuje nas podatników 11 111,11 zł. Oczywiście, że wiem o serwisie, dodatkowym osprzęcie, gwarancjach itd. Grunt, że wszyscy właściciele GPS wiedzą, że jest to „mała cena” za pojedynczy odbiornik „porównywalna” z dostępnymi na rynku podobnymi urządzeniami.
Jeżeli Polskie Wojsko w trybie przetargu zamawia takie cudeńka, to pomijając fakt, że jest to bezpośrednie narażanie życia żołnierzy, może mieć problem z wycofaniem wojsk z Afganistanu, bo po prostu nigdy naszych żołnierzy tam nie znajdziemy. Niejakim pocieszeniem dla naszych dzielnych chłopców jest fakt, ze MON się przeraził tak bardzo, ze zakupił inne urządzenia w innej firmie za 1, 2 miliona złotych. Miejmy nadzieję, że są to lepsze GPS posiadające np. przycisk on/off albo w ogóle posiadające ekran. Niech by nawet były oparte na technologii lampowej i posiadały monitor jak stary telewizor, grunt żeby miały jakieś akumulatorki, bo 230V w Afganistanie nie ma wszędzie. A może Wojsko Polskie wykupi abonament w GoogleEarth i netbooki?
I tak się zastanawiam, jaki jest lepszy rodzaj niewiedzy w naszym MON:
- czy to, że żołnierze nie wiedzą gdzie w ogóle są, przy pomocy najbardziej technologicznie zaawansowanej 12 kanałowej jednostce GPS firmy H.
-czy może gorsze jest to, że nie mamy wiedzy ile razy zamawiający w MON sprzęt wojskowy ludzie, mają większe kieszenie od mózgów?
Pozdrawiam
PS
Myślałem, że pewien rodzaj bandyctwa już się skończył w MON, ale widzę, że jeszcze wiele może mnie zaskoczyć. To się po prostu w głowie nie mieści…może rzeczywiście wojskiem powinien zarządzać psychiatra?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)