AmeliaPustak AmeliaPustak
281
BLOG

Omamy pozacierne

AmeliaPustak AmeliaPustak Rozmaitości Obserwuj notkę 16

 Pewnie wielu z was zastanawiało się dlaczego dziś rano byłam tak mało aktywna w internecie. Otóż spowodowane to było swoistego rodzaju przeżyciem o którym teraz napisze. Ale żeby je dobrze opisać muszę najpierw naświetlić wam postać drugiego po Walusiu mojego idola, w zasadzie traktowanego przeze mnie na równi z Kulawym Genkiem o którym wielokrotnie już pisałam na swoim blogu zanim zaczęłam pisać w tym szacownym miejscu.

Pan Edek to postać kultowa. Wiele lat był woźnym w ulokowanej w pobliżu podstawówce i jeszcze w czasach mojej młodości poznałam go z jak najlepszej strony, mało tego rozpoznałam w nim bratnią duszę. Otóż wtedy Pan Edzio, dziś po prostu Ed miał taki kantorek – swój pokój, tam trzymał te klucze wszelakie, szmaty, kije do mioteł i tak dalej – cały ten asortyment woźnego. Ale Ed lubił walnąć lufę zwłaszcza w czasie lekcji bo na przerwach chodził po kondygnacjach naszej szkoły i wzbudzał wielki respekt a nawet strach za pomocą swojej czerwono sinej twarzy, choć respekt ten słabł z upływem dnia bo tak po czternastej Ed już miał w ryju nieźle i lekko się zataczał. Edzio był kuzynem z pierwszej linii dyrektora, więc go nie zwalniali ze szkoły. Dyrektor – niepijący, 100 procentowy abstynent, co okupił kilkuletnią terapią i długotrwałym odwykiem, wymyślił wtedy na Eda taki oto sposób. Wybudowali mu z pleksiglasu kantorek w rogu korytarza. I Ed był non stop na widoku chłe chłe – non stop sto procent inwigilacji. No to Ed pił w toalecie ale ile razy można łazić zwłaszcza że to na trzecim piętrze więc schody, a on już młodości niepierwszej. Wiec Ed musiał opanować szybkie sposoby picia.

Jak wam już napisałam, ale powtórzę poprzez zwykłe kopiuj – wklej bo to akurat najlepiej ze wszystkich robić umiem, Pan Edek to postać kultowa. Kultowość jego polega na tym, że opanował on metody tak szybkiego picia że nikt nie widział jak pije. Poza tym zważcie, że musiał też opanować metodę picia jakiegoś że tak powiem substytutu no bo czysta w grę nie wchodzi (otworzyć, przechylić – w pudle z przejrzystymi szybami nie do zrealizowania). Więc Edzio opanował technikę mistrza którą dziś to powinien nawet opatentować. Pił płyn do mycia okien. Ponieważ jego żona, tez rodzina dyrekcji, była sprzątaczką (i tez dawała w palnik ale nie w pracy) pomagała mężowi jak umiała i zawsze mówiła że okna w szkole muszą lśnieć bo wiadomo – okna to okna na świat, i zawsze polecała intendentce zakup tego płynu co później Ed pił. Bo ten płyn był na denaturacie chłe chłe. A technika była prosta, zatyczka od płynu musiała być otwarta, co nie było dla Eda kłopotliwe, i wszystko. Opanowania tylko i odpowiedniego podejścia i liczby ćwiczeń wymagało picie, polegające na otwarciu buzi i wtryśnięciu płynu tak żeby broń cię Panie Boże nie zwinklować. Dobranie odpowiedniego kąta i siły nacisku i po sprawie. No to Ed ćwiczył i z początku raz dał sobie po oczach, bo ręce już wtedy mu się trzęsły – później tydzień w czarnych okularach chodził a niedobre dzieci wyzywały go Edi Łonder, ale w końcu stał się mistrzem. Trafiał bez pudła chłe chłe. A ja kiedyś przyłapałam go bo się podkradłam jak uciekłam z lekcji matematyki, i choć grubiutka byłam to mnie nie zauważył, poza tym skupiał się na trafieniu w usta. I wtedy zaczęła się nasza przyjaźń, stałam na czatach jak pił mało tego on mnie nauczył techniki. Później grali my w deblu chłe chłe, on mi strzelał tym płynem ja jemu, na przemian czy dwoma płynami jednocześnie chłe chłe. To był ubaw!! Trochę mi trudno było na lekcjach nie przysypiać bo łapałam szybko fazę ale czego się nie robi dla przyjaźni. Ach te Edkowe dżumy to jedno z moich najpiękniejszych dziecięcych wspomnień… A matematyki później w zawodówce też nie cierpiałam. Stąd u mnie taki logiczny umysł chłe chłe.

 
No dobrze więc Ed był u mnie wczoraj. Ponieważ rozpisałam wśród przyjaciół konkurs z czego można szybko zrobić zacier i pyszny bimberek i takie tam, ważne żeby kop był, to kilku z nich Kulawy Genek z kumplami no i Ed z żoną zaszli wczoraj do mnie na rozstrzygniecie. Miały być nagrody, niestety wypiłam wcześniej, przez co jak zaszli byłam już na niezłej bani. Ale oni też, zresztą jak zwykle – to nasz normalny stan więc każdy kto mnie zna jest przyzwyczajony. Gorzej gdyby ktoś z nich mnie na trzeźwo zobaczył to by dopiero się zmartwili i na pewno zadzwonili na pogotowie. No i zwycięzcą mojego konkursu kulinarnego został Ed z małżonką, którzy opracowali technikę produkcji zacieru ze strączków po fasoli i grochu. Chłe chłe tego pełno jest, a w pobliskiej miejscowości znajduje się fabryka produkująca fasolkę po bretońsku i groszek konserwowy to załatwili nam stały dostęp do odpadu. W zasadzie Edzia kumpel tam śmiecie wywozi na wysypisko, to po co ma się marnować za małego jabolka podjeżdża śmieciarką pod blok Edzia i prosto przez okienko do piwniczki zrzut robi i z głowy. Technologia szybkiej fermentacji Edka strąków jest podobna do technologii produkcji bimberku na zimno, opisywałam ją w swoim drugim wpisie na swoim pierwszym blogu, więc tutaj nie będę nikogo zanudzać. Niewiele surowca, szybko, na zimno. Co prawda bimberku nie ma ale jest taki zacierek który już po dwóch godzinach trzymania w lodówce daje niesamowitego kopa. No i najedli się my tego fazę łapiąc wprost niesamowitą każdy gdzieś padł jak to zwykle na takiej imprezie. Zwłaszcza że przedtem bawiliśmy się w taką zabawę kto z zawiązanymi oczami szybciej trafi do toalety za potrzebą. Mówię wam ubaw niesamowity – oczywiście ja byłam bezkonkurencyjna i wygrałam chłe chłe. Genek mało co przez okno nie wyleciał bo myślał że to WC, ale i tak wszystkich zadziwił kiedy stojąc na parapecie z zawiązanymi oczami sikał wprost do kałuży na chodniku. Jakiego on ma cela! Oj przednia zabawa była. I obudził mnie rano głos Edka że coś dziwnego się stało ze mną i że brzuch mam jakiś wielki. Nie ukrywam, że najwięcej kop – zacieru zjadłam ale jak na kilogram wagi liczyć to wcale nie więcej niż inni. Ale zapomniałam o moich bobowych wiatrach, o których pisałam wczoraj, poza tym na wielkiej bani nie lubię stawać na głowie bo przełyk mnie pali, i widać jakaś kumulacja nastąpiła. Brzuch stał się ogromniasty tak że lekko nawet zaczęłam się nad ziemię unosić i musiałam chodzić w przechyle na piętach chwytając się mebli i meblościanki, co wyglądało jak Spajdermen co połknął balon z jakimś lekkim gazem, ale lewitacja pijanego kosmonauty. To Edek powiedział żeby jakoś zaradzić – że może mój przyjaciel Franek weterynarz pomoże – próbowali my dzwonić ale w piwnicy on nie ma zasięgu, a ja tam w takim stanie nie zejdę nie ma szans. No to Ed zadzwonił po swojego kumpla tego co mu strąkowe śmiecie wozi na zacierek bo on tez dorabia w MPO na glutwazie po godzinach i zapytał czy glutwaza pusta. Pusta cudem jakimś była i podjechał pod blok, ściągnęli czy może scholowali mnie za nogi po schodach bo coraz lżejsza byłam i w zasadzie unosiłam się nad ziemią, i na dole oni mi zaczęli ten biogaz przetaczać z brzucha za pomocą rurki do tej glutwazy. Połączenie wykonali w duecie przybyły na to wszystko w końcu Franek weterynarz i Genek co na hydraulice zna się jak nikt. Taka brzuszna intubacja po weterynarsku chłe chłe. Ale co się stało – jak wszystko już przetoczone zostało okazało się że glutwaza zaczęła się unosić – tak że tylko na przednich kołach jechała i kolega Eda musiał prowadzić wypatrując przez szyberdach, który Genek mu zrobił za pomocą szybko uruchomionej piły zwanej pospolicie kontówką. Ale i tak nie szło jechać. I wtedy zza rogu wyjechał czołg prześlicznej urody w którym przez okienko jak z Rudego 102 wyglądał mój przyjaciel Krzyś Karzełek. Wiele przygód my przeżyli razem o czym pisałam na moim poprzednim wcześniejszym blogu. Co prawda Krzyś został przeniesiony do marynarki i coś mi już wtedy zaczęło niegrać, niemniej czołg podjechał i tak lufę wbił pod zbiornik glutwazy że dociążył i ta mogła dobrze już jechać wszystkimi kołami po asfalcie. Później się okazało że ten biogaz to jakiś bardzo wysokoenergetyczny i łupki wysiadają w przedbiegach a koncerny paliwowe zaczęły się o niego bić. A wiadomo jak o niego to i o mnie. Ponoć produkcja tania, bioenergetyka co teraz na czasie jest, no i stałam się sławna. Wywiady z człowiekiem – bioelektrownią, popularność no i robiłam co lubię czyli piłam, tzn. jadłam ale się napijałam, no i kasa straszliwa. Wreszcie miałam wszystko i kiedy tak jadłam kawior siedząc na palcu Pigall i karmiąc nim gołębie obudziłam się wszystko okazało snem po strąkowym zacierze.
 
A już by lam sławna, jaka szkoda…
 
A morał z tej historii jest następujący ślicznej urody: za kilka lat wszyscy będą znać ten blog i mnie jako prekursora nowoczesnej ekologicznej techniki produkcji biogazu, czego i wam życzę chłe chłe i tego tam.

o mnie: prowadzę osobiście bloga: http://sramelia666.wordpress.com

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (16)

Inne tematy w dziale Rozmaitości