Motta mojej dzisiejszej głęboko inspirującej jak zwykle notki są dwa:
“Najpierwej soliłam, później pieprzyłam, ostatnio chrzaniłam.”
“Knuje, solę, pieprzę chrzanie, i od tego wciąż mam banie”.
Nigdy wam tego nie pisałam ale urodziłam w pobliżu kopalni soli, w związku z tym z głębokiego sentymentu i takie tam, soliłam kiedyś jak szalona. Soliłam wszystko, nawet ciasto i kompoty. Poszłam w końcu zupełnie po bandzie, bo z wewnętrznej potrzeby udałam się kiedyś na bezkrwawe łowy do pobliskiego zagajnika i pokradłam sarnom i jeleniowatym takie lizawki żeby w domu porozwieszać. I ponieważ one zawieszone dość nisko były, to jak mnie już tak znacząco potrzeba dopadła rzucałam się do takiej lizawki na czworakach i lizałam jak oszalała do upadłego. Najbardziej sprawdziła się ta w toalecie bo od razu popić było czym. Niestety życie to ciągła walka o przetrwanie, i to solenie nie zakończyło się dla mnie dobrze. Po pierwsze pić się chciało non stop, a to oznacza nie mniej nie więcej jak nowe koszta dobrego cukru, drożdży i innych surowców tudzież wody. Ale to mniej ważne. Ważniejsze było to, że po jakimś czasie zaczęłam u siebie zauważać pojawianie się brody i rogów. Przy czym broda coś na kształt Koziołka Matołka a rogi takie zwykłe jak u jelenia. Franek weterynarz – ten z naszego bloku, co ma ekskluzywny gabinet w piwnicy, jednoznacznie stwierdził jak już zaczęły mi rosnąc wymiona, że to wyniki terapii hormonalnej jaką sobie mimowolnie zastosowałam bo zwierzyna leśna na tych lizawkach swoje hormony zostawiała latami przez to lizanie. Ech co robić do cholery, co robić? Kopyta ułatwiały mi co prawda tarcie zacierów, no ale jak w takim wyglądzie na zakupach się ludziom na oczy pokazać? Na szczęście są jeszcze przyjaciele. Za pieniądze jakie zarobiłam zatrudniając się u nich jako żywy turoń bez charakteryzacji podczas najbliższych świąt Bożego Narodzenia aż do Wielkiej Nocy, kupiłam w Internecie specjalny poradnik “Od krowy do Sowy czyli tajemnice transformacji świata zwierząt” i jedząc nieprawdopodobne ilości chrzanu, jak terapia radziła, zmieniłam się w ptaka. Zawsze to lepsiejsze pomyślałam. Co prawda zamiast racic są skrzydła ale zawsze cała że tak powiem sylwetka jest bliżej do anioła, a złośliwi powiedzą że do kwoki jaką bez wątpienia jestem, chłe chłe. Zatem buczałam i pohukiwałam po nocach ale byłam dumna bo sowa to znak mądrości wśród zwierząt, choć ornitolodzy twierdzą coś zgoła innego chłe chłe. Franek tym razem lepiej wiedział co robić bo on jest specjalista od ptaków weterynarz, i uplótł mi taki kubraczek z liści laurowych. W ogóle był kochany poił mnie bimberkiem z poidełka dla ptaków i zaciery wg mojej pohukiwanej receptury mi robił. I te liście laurowe pomogły w kolejnej transformacji którą wspomogły też czopki z ziela angielskiego i wcieranie we mnie przypraw do ogórków pod pióra. Stałam się znowu sobą. Co prawda później w celu utrwalenia tej transformacji musiałam codziennie jeść dwa wianki czosnku bez obierania ale co tam. No i kłopot z ludźmi bo z powodu wydzielanych zapachów brali mnie za słoik z ogórkami kiszonymi przez jakiś czas, ale dało się żyć. Wielokrotne kąpiele w moim dyżurnym saganie parowniku do bimberku oczyściły mnie ze wszystkiego.
A morał z tej historii jest taki: za duże lizanie może doprowadzić do nieoczekiwanych efektów genetycznych i blokady gara do bimberku co spowalnia produkcję! Ale ja i tak dalej chrzanię bo mam banię, czego i wam życzę chłe chłe.


Komentarze
Pokaż komentarze (41)