AmeliaPustak AmeliaPustak
1322
BLOG

Oświadczenie, Delirki wszechczasów: Miejsce 1 – Waluś

AmeliaPustak AmeliaPustak Rozmaitości Obserwuj notkę 24
Zanim przejdę do merituum chciałam oświadczenie wydać bo co poniektórzy z zazdrości o opiniotwórczość mojego bloga popuszczają lekko w reformy i chcą mi zabrać co moje. Analizowałam komentarze i nie jestem “Kazią z pomnika” nawet nie jestem “Wiesią ze statuy” anie nawet “Krysią z podwyższenia”. Jestem Amelia Pustak – przeliterują dla tych co za szybko czytają: P (jak picie), U (jak upijanie), S (jak samogon), T (jak tankowanie) A (jak alkoholik), K (jak korek, od jabolka rzecz jasna choć teraz na zakrętki robią). I na przekór wszystkiemu krzyczę że pisze o sobie choć widziałam w komentarzach że co poniektórzy wręcz marzą żeby to o nich było. A FIGA z MAKIEM jak mawiał mój idol Nikodem Dyzma. Pokrzyczałam i już mi lepiej więc przechodzę do notki.
 
Pisałam już na swoim blogu wcześniej o tym, że opiszę delirkę Walusia. Chciałabym zacząć od swojej ale to zostawię na później bo moja przy walusiowej to pikuś jest i polega w zasadzie na prymitywnym widzeniu białych myszek, stąd kotów ci u mnie dostatek chłe chłe. Ale o tym za jakiś czas. Najpierw o delirce Walusia, i nie o jedynej bo walusiowe delirki to norma – ja chciałam o takiej hipersupermegaturbo delirce. Znam jeszcze wiele innych delirkowych opowieści – zwykle ze spotkań klubu AA, ale niektóre z nich nie nadają się po prostu do opisywania ze względu na sceny drastyczne, jak choćby ta dziadka Wieśka co to w mikrofali kota usmażył bo mu się kot ze schabowym pomylił, czy Stefy, pracownicy drogerii która wypiła zmywacz do paznokci bo pomyliła go na delirce z walerianą.
 
To było w ubiegłe wakacje kiedy Waluś zaprosił mnie i resztę znajomych do siebie do garażu na ekskluzywne party. Tam przed garażem jest taki mały ogródek i ławeczki kradzione z pobliskiego parku i Waluś zasadził jakieś krzaki z porzeczkami coby pod ręką zawsze na zacier maści wszelakiej materiał pobierać. Byłam ja, Kulawy Genek, Krzyś Karzełek i Endżi i jeszcze Walusia miejscowi znajomi, sama elita. Okazja była pierwszorzędna – rocznica pierwszej walusiowej zapaści po bimberku pędzonym z ciastek i to wedle mojego przepisu chłe chłe. Ale o tym opowiem innym razem. Waluś tak się cieszył z przeżycia, że postanowił to uczcić. I każdy zakupił Walusiowi jakiś interesujący i praktyczny prezent, ja na przykład kupiłam mu z takiej reklamy z gazety co znalazłam na śmietniku, piękne białe mokasyny z frędzelkami – podobno znakomite wykonanie, tak na reklamie pisali. Jak przyszły w paczce, a tanie nie były, dałam za parę całe 12 PLN (z kosztami przesyłki, od razu wzięłam dwie pary), to wtedy dopiero zobaczyłam jakie są piękne. Wszystko zrobione w jednym odlewie, nawet sznureczki. But, sznureczki, podeszwy z jednej formy odlewane w pięknym białym chińskim plastiku. Cudo mówię wam. Co prawda trochę dziwne moje koty nudności dostały, a najmniejszy mało nie zdechł od zapachu bo waliły jakby lakierem, ale postały tydzień na parapecie (dociążyłam kamieniami od ogórków) i smród prawie zniknął. To był najpiękniejszy prezent. Poza moim Waluś dostał jeszcze alkohole wszelakie, głównie jabolki i czystą, piękny domowej roboty mieszacz do zacieru wykonany finką z kory drzewa i otoczaków jeszcze w podstawówce przez Genka na kółku z prac ręcznych, oraz prześlicznej urody alkomat kieszonkowy “ZUCH”. I było na prawdę rewelacyjnie, impreza, disco polo i ukochany Frantzl Lang z kaset magnetofonowych i moje prześlicznej urody majteczki w kropeczki. To znaczy te miałam też, choć majty raczej po wymiarze oceniając, ale chodzi mi o piosenkę chłe chłe. I tak ciepłano było i lllatoo i grzaliśmy się i piliśmy grając w wojnę i wznosząc toasty. I wtedy to się stało, Waluś dostał megaderilki. Słonce było i upał jak teraz, radzili żeby dużo pić więc piliśmy, może Waluś pił za mało, nie wiem. Chwycił taki kilof dość ciężki, i myśleliśmy że zacznie nas z tym kilofem gonić i że to jakaś nowa zabawa, ale gdzie tam. Waluś zaczął biegać między tymi porzeczkami, obiegł kilka razy garaż wykonując co jaki czas pady na żużel i waląc kilofem krzycząc “a mam cię!”. W zasadzie nie bardzo rozumieliśmy o co mu chodzi, do czasu kiedy nie wbiegł do garażu i chwycił zmurszałą dętkę od samochodu Syrena 105 którego był kiedyś szczęśliwym posiadaczem. Odrzucił kilof wziął obiema rencami tę dętkę i tak jakby porażony prądem zaczął ją dusić miotając na boki i charcząc. Kiedy się już kompletnie umęczył zasnął przy stole z głową w talerzu owocowej co Zenia ją zrobiła dla nas. Obudził się jak już świtało na drugi dzień i opowiedział nam swoją delirkową wizje. Wydawało mu się, ze goni węgorze, że one zewsząd wypełzły i śmigają pod tymi krzakami jak żmije. Jeden to nawet do garażu się dostał i po ścianie zaczął pełznąć to ją dopadł i własnoręcznie zadusił.
 
 
Ale fajowa delirka – nie to co te moje drętwe myszki. I Waluś później próbował wyjaśnić pochodzenie tej wizji, i nie ma wątpliwości, że to genetyczne i z piciem nic wspólnego nie ma skoro w genach siedzi. Jego ojciec kiedyś raził się prądem jak był łowić metodami ekologicznymi z kolegami ryby, na bani oczywiście i podobno powodem porażenia był ogromny węgorz elektryczny który wynurzył się z zarośli. To znaczy nie do końca wiadomo bo tylko ojciec Walusia tego węgorza widział reszta nie. Ale skoro tak mówił to na pewno prawda. I jak to party się skończyło to Waluś dał mi na pamiątkę CD z nagraniami Frantzla skopiowanymi z kasety i z internetu z podręcznym kursem jodłowania.

A morał z tej opowieści jest następujący: delirka jest dziedziczona w genach więc pijmy do woli, ja już od rana czego wam i życzę chłe chłe
A poniżej wstawiam teledysk Frantzla, oraz tekst – przepiękna melodia i sympatyczny, optymistyczny tekst:):):), czyli fajniasta muzyka na niedzielę:), śpiewajcie jak będziecie już odpowiednio zaimpregnowani.
 


Einen Jodler hör i gern

Hiriririridi!

Einen Jodler hör i gern
Aus der Näh und von der Fern.


Mit der Lieb im Herzen drin
Singt ihn jede Sängerin.

Darum zieh ich jedes Jahr
In die Berge, das ist klar
Und ich sing mit frohem Sinn,
Weil ich dann im Urlaub bin.
Hollareridi…

So ein Jodler, liabe Leit,
Er bringt Stimmung und macht Freud.
Wie ein heller Sonnenschein
Leuchtet er ins Herz hinein.
Überall im Alpenland
Ist ein Jodler wohlbekannt.
Immer wieder sing ich sie,
Diese Jodlermelodie.
Hollareridi…

 

o mnie: prowadzę osobiście bloga: http://sramelia666.wordpress.com

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (24)

Inne tematy w dziale Rozmaitości